Tag: emocje

  • Twórcza odżywka

    Twórcza odżywka

    Cześć, Autorze!

    Czym się karmisz? Jako twórca oczywiście. Co czytasz, czego doświadczasz i co oglądasz? Czy przyglądasz się temu, jak odbierane treści, działają na Ciebie?

    Dawno temu przeczytałam zasadę o trzymaniu się z ludźmi spod tej samej etykiety i bardzo mi się nie spodobała. Postanowiłam nawet udowodnić jej bezzasadność.

    Mocno się poturbowałam.

    Dziś tę zasadę doceniam i czuję się jak brzydkie kaczątko po odnalezieniu stada łabędzi. Innymi słowy czuję się na miejscu, kiedy jestem wśród ludzi twórczych. Jeśli mogę otaczać się pisarzami, to już w ogóle jestem szczęśliwa, rozkładam skrzydła. Jeśli mogę z tymi pisarzami współpracować, rozmawiać o tekstach, to zaczynam szybować w przestworzach.

    „Ludzie spod tej samej etykiety” ma jednak wiele znaczeń i płaszczyzn.

    Oznacza dla mnie ludzi ciekawych świata, otwartych na różnorodność i rozwiązania, miłośników zwierząt, pasjonatów nowych smaków, degustatorów sztuk wizualnych, introwertyków, empatów.

    Kryje się też za tym pływanie na właściwej fali. Dla mnie to fala sztuki, dobrego filmu, wybornej muzyki, medytacji, nocnych przemyśleń i rozmów pełnych refleksji.

    Jeśli coś mnie zmusza do odpłynięcia w inne rejony, robię się niespokojna.

    To dlatego, że wiem, jak bardzo inne nurty są niebezpieczne, jak mnie porywają i niosą daleko na nieznane wody aż tracę siły.
    Mój umysł postrzega to jako zagrożenie dla integralności.

    Mówię tu szczególnie o pozbawionych sensu obowiązkach (bo na przykład pracodawca coś sobie wymyślił), konieczności załatwiania spraw urzędowych (wszelkich i na dwa państwa), wkręcaniu się w politykę (bo dziś ciężko ignorować temat, a zarazem ciężko zachować spokój), scrollowaniu social mediów (chyba to wszyscy czasami robimy, co nie?), kręceniu się bez celu po lotnisku (samotne podróże zużyły moje nastawienie: “Ahoj, przygodo!”), szkoleniach BHP (aż skóra drętwieje na samo hasło).

    Ot, masz teraz listę moich głównych wrogów, moich największych wyzwań.

    Kiedy mnie już porwą te nurty, to tylko słuszny gniew pomaga wrócić na brzeg. Tam muszę trochę odetchnąć, odzyskać azymut i mogę płynąć dalej.

    Kosztuje to jednak sporo energii i tu przydaje się właściwa odżywka. Książka, film czy przyjaciel. Bijące po oczach wielkie etykiety, dzięki którym wracam do bycia sobą.

    Polecam więc gromadzenie swojego stada. Cokolwiek Ci służy, miej to blisko. Otulaj się i korzystaj w chwilach słabości. Tak życie staje się lżejsze.

    Ściskam,
    m

  • Odpoczynek mentalny

    Odpoczynek mentalny

    Cześć, Autorze!

    Jak Ci minęły ostatnie dni? Co robisz? Co planujesz? O czym myślisz?

    U mnie czas wytchnienia. Zrobiłam, co mogłam, by zorganizować się na zapas i dziś mogę po prostu siedzieć i gapić się w chmury. Robię to z tym większą przyjemnością, że wiem, jakie wspaniałe korzyści przynosi to mojemu mózgowi. Dawniej myślałam, że to tylko fanaberia, potrzeba resetu. Dziś wiem, że to też czas dbania o synapsy.

    Gapię się więc bezczelnie.

    W ruch poszły kredki i stare kolorowanki. Nie takie dla dorosłych, bo one stresują mnie detalami. Po prostu stare, dobre rysunki klasycznych animacji, ostrzenie kredek i dopasowywanie kolorów. Jaskółki fruwają, liście lipy szumią za oknem, a ja smaruję po papierze.

    Muzyką odcinam się od dźwięków nieprzyjemnych. I siedzę tak sobie na randce z nutami, w ciemności. Zanurzam zmysły, pozwalam sobie po prostu doświadczać. Muzyka to moje ukojenie, nośnik emocji i filtr świata. Rzeczywistość odbieram poprzez częstotliwości, w relacje wchodzę na odpowiednich falach. Moja dusza jest pewnie muzyką.

    Umysł zatem odpoczywa.

    Ciało karmi się pysznym jedzeniem. Smakuję kolejno owoce – te chrupiące, soczyste i słodkie. Od czasu do czasu przegryzam coś, co wykrzywia mi usta.

    Przełykam ciepłą kawę i komponuję ją z ciastem z lokalnej ciastkarni.

    Na spacer idę w towarzystwie miłości, by spotkać się z drzewami i trawą. Zaglądam w krzewy, zbieram stokrotki. Przyglądam się psom, które za pan brat mają się z radością.

    Na te dni odłożyłam obowiązki, zapomniałam, co to oczekiwania. Odarta z planów, po prostu jestem. I tylko na tym się koncentruję. Balans wraca samoczynnie.

    Jest czas na sentyment, więc sięgam po starego przyjaciela Goodkinda i czytam. Nie przejmuję się tym, co jest nie tak. To moja podróż w beztroskę. Cieszę się nią, pozwalam być i witam chwile.

    W końcu jest Dzień Dziecka…

    Z radością,
    m

  • Coraz cieplej

    Coraz cieplej

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie? Ja w minionym tygodniu przyglądałam się anglojęzycznemu rynkowi. Dzieje się.

    Temperatura wokół literatury rośnie. Mam na myśli trend poprawiania tekstów klasycznych i popularnych. Czyszczeniu poddawane są książki Agathy Christie, Roalda Dahla, a w kolejce już czeka Szekspir. Nie dość, że ociera się to o cenzurę, to niebezpiecznie kieruje nas w stronę historii znanej ot choćby z “451 stopni Fahrenheita”. Zdaje się, że co jakiś czas ludzkość po prostu musi palić książki. Powodów wymyśla bez liku. Obecnie jest to intencja wpuszczenia wolnościowego podejścia.

    Zanim się obruszysz, chcę zaznaczyć, że sama patrzę na ludzi równo. Często myślę o różnych mniejszościach, stąd na przykład w tekście, nad którym teraz pracuję, zgłębiam kulturę rdzennych Alaskan. Mam otwarte podejście do wielu kwestii, jestem ciekawa odmiennych perspektyw, ale…

    Przekonywanie czytelników, że w poprzedzających nas wiekach nie było rasizmu, seksizmu i szowinizmu, body shamingu i innych godzących w jakość życia konceptów, uważam za szkodliwe. To tak, jakby próbować wymazać historię. Wygumować trochę tu, trochę tam, a wraz z tym zatrzeć krzywdę milionów ludzi.

    To moje pierwsze “nie”.

    Może być jeszcze gorzej, niestety.

    Gillian Bridge – angielska psycholingwistka – poruszyła w artykule dla Daily Telegraph temat niszczenia mózgu przez wygładzoną literaturę. Już wyjaśniam.

    Jak wiadomo, mózg to mięsień i należy go ćwiczyć. Na przykład hipokamp zawiaduje naszym poczuciem orientacji w terenie i pamięcią. Ćwiczymy go, wynajdując nowe trasy czy poddając się nowym warunkom środowiska. Co ważne, ćwiczymy hipokamp również czytając.

    Jeśli zagłębiamy się w lekturę obfitującą w odmienne perpektywy, pomysły i argumenty, hipokamp pomaga nam zorientować się w tym abstrakcyjnym środowisku.

    Wiesz już, do czego zmierzam, prawda?

    Zanim wyprowadzę konkluzję, powiem coś jeszcze.

    Żyjemy w czasach, kiedy choroby cywilizacyjne takie, jak depresja, lęki, nerwice, demencja uginają nam kolana. Coraz lepiej radzimy sobie z chorobami fizycznymi, a nawet z wirusami. Mózg natomiast to wciąż pole minowe zagadek i pytań.

    Hipokamp to ta część mózgu, która jako pierwsza reaguje na wyżej wymienione choroby. Wobec zmian, jakie zachodzą, kurczy się, a więc słabnie nasza zdolność do orientowania się w terenie i gąszczu idei.

    I to jest moje mocne, drugie nie.

    Staję ramię w ramię z Tomem Hanksem i Whoopi Goldberg i mówię: czytajmy teksty takie, jakimi zostały napisane.

    Rozumiem delikatne unowocześnianie języka, ponieważ różne słowa wypadają z użytku. Natomiast nie zaakceptuję usuwania na przykład takich słów, jak “gruba”, bo obecnie jest ono uznane za niestosowne.

    Marzy mi się, by ludzie traktowali się w sposób dojrzały. Z szacunkiem. Z założeniem, że mają do czynienia z rozmówcą czy odbiorcą inteligentnym. Przeraża mnie natomiast, kiedy coś z gruntu dobrego (bo przecież akceptacja mniejszości to zacna idea), staje się formą faszyzmu.

    Krzyczę zatem: “Nie!”.

    I czy się w Tobie zagotowało, czy masz chęć wejść ze mną w dyskusję, zapraszam.
    Rozruszajmy hipokampy!

    Otwarta na polemikę,
    m

     

  • Czego się boisz?

    Czego się boisz?

    Cześć, Autorze!

    Jaką masz pierwszą myśl w odpowiedzi na pytanie z tytułu? Jakie jest pierwsze skojarzenie?

    Dobre pytanie na sesję coachingową, patrz, ile otwiera drzwi! Ale przecież my tu nie w tym obszarze… To, o co mi chodzi?

    Mogę Cię zaczepić, jak to czasem robię i wiercić dziurę w brzuchu o Twoją karierę literacką: czego się boisz? Co, jeśli wydasz tę książkę? Spokojnie, cofnijmy się nieco: co, jeśli napiszesz to zdanie? Co, jeśli ukończysz ten draft? Co tam na Ciebie czyha? Tak, czyha, nie czeka, bo przecież pytam o obawę.

    Ale wcale nie o to mi chodziło, kiedy myślałam, o czym chcę w tym tygodniu do Ciebie napisać… Choć, oczywiście, jeśli sobie przeanalizujesz swoje lęki w procesie twórczym, to tez dobrze.

    Moje pytanie jest dokładnie takie, jak widać: czego się boisz – w filmach, opowieściach, książkach? Co Cię straszy? Co wzbudza akceptowalny lęk – taki, dzięki któremu mózg tworzy scenariusze “na wszelki wypadek”?

    Wracam często myślami do filmu “Midsommar. W biały dzień”. Wiele osób seans napawał strachem, a nawet wielu pisało, że nie pamiętają tak strasznego filmu! Mnie nie straszył, ale ciekawił i do dziś się zastanawiam, jak twórcy dokonali tego, że mimo słonecznych dni, oglądamy wydarzenia z napięciem. Wszystko jest na opak, strach nie czai się w ciemności, a bezczelnie patrzy nam w oczy w pełnym blasku dnia. Czyli nie ma już, gdzie się ukryć…

    Dzieci w “Lśnieniu”. Tak często przywoływane w serialach, teledyskach. Kultowa wizja. Słodkie dziecko z nieznanymi zamiarami to przepis na dreszcze. Wiadomo, że dzieci mają nieograniczoną wyobraźnię, a jak pisał William Golding we “Władcy much”, człowiek ma opór na krzywdzenie dzieci. Jak się więc przed takim osobnikiem bronić?!

    Najgorsze jest to, czego nie widać. Nie wiadomo, jak się przygotować, w co uzbroić. Na tym, moim zdaniem, bazują najlepsze historie. Napięcie się kumuluje, czytamy z wypiekami na twarzy. Ostatnio taką historią była dla mnie niepozornie zaczynająca się książka Erin A. Craig: „Dom soli i łez”.

    Umierają kolejne dziedziczki rodu. Jaka klątwa na nich ciąży? Czy młodsze siostry zdołają się uratować?

    Początkowo klimat jest baśniowy. Można wyczuć obecność fatum. Czytałam i szukałam powodu, czekałam na wyjaśnienia i liczyłam na to, że siostry się uratują. Z czasem kolejne umierają. Ich śmierć jest wytłumaczalna – znaczy, wcale nie musi być w to zaangażowana zła siła. Wypadki się zdarzają.

    Autorka tańczy z czytelnikiem: podsuwa podpowiedzi, kamufluje je. Ta część była dla mnie najciekawsza! Bałam się wręcz, że ostateczne odpowiedzi mnie zawiodą.

    Nie zawiodły – dlatego właśnie polecam Ci tę książkę, zanim się pogoda ustabilizuje. Dobra towarzyszka do wieczornej herbaty.

    Zapytam więc jeszcze raz: czego się boisz?

    Po jakie filmy lub książki sięgasz, żeby się bezpiecznie pobać? 😉

    Bardzo jestem tego ciekawa u progu mojej przygody z grozą. Każdy z nas przecież choć raz w życiu sięgnął po horror – w tej lub innej formie.

    Boję się tego. Wkraczanie w konkretny gatunek, osadzanie się w nim napawa mnie lękiem. Zastanawiam się, czy potrafię straszyć? Czy potrafię budować napięcie, które sprawia, że czytelnik boi się, ale czyta, żeby poznać odpowiedzi? Czy już jestem literacko gotowa?

    Boję się i działam.

    Podziel się swoimi strachami, Autorze. Bo razem raźniej 🙂

    Wciągających historii,
    m

  • Strach przed nowym

    Strach przed nowym

    Cześć, Autorze!

    Co myślisz o nowym? Nowy dokument, nowy rozdział, nowy pomysł, nowa strategia pisania w ogóle… Sporo jest nowości w trakcie pisania. Mózg truchleje na to hasło, bo nowe oznacza, że mapa działań jeszcze nie została opracowana i trzeba się wysilić. O ile łatwiej zjeść kawałek czekoladowego tortu i zalec na kanapie przy wciągającym serialu!

    Tak oto otwiera się puszka wymówek, oporów i prokrastynowania.

    Pójście za tym, co wysypuje się z puszki do trenowanie lęku, pesymizmu. Podcinanie sobie skrzydeł.

    Oczywiście biorę pod uwagę, że czasem opór sygnalizuje potrzebę odpoczynku albo samego przebodźcowania. Zachowaj tu jednak czujność, nie daj się zwieść. Poznawaj siebie i na tej podstawie decyduj, czy coś jest już o jednym zadaniem za dużo, czy to tylko strach.

    I co z tym dalej zrobić?

    Umilać sobie.

    Opakować nowe w przyjemne. Może lepiej się dziś poczujesz z nowym notesem w rękach? Może potrzebujesz towarzystwa ludzi w trakcie pisania i kawiarnia okaże się wspaniałym miejscem. Może research roznieci na tyle ekscytacji, że chęć przelania myśli na papier przełamie lęk przed pustą stroną.

    Szukaj. Baw się. Korzystaj z umysłu dziecka. Ba! Nawet poobserwuj dzieci, jeśli możesz. Nad wieloma działaniami się nie zastanawiają. Sięgają, próbują, podejmują wyzwania. Niech Cię to zainspiruje.

    Dlaczego o tym akurat piszę?

    Oswajam lęk.

    Mierzę się z pomysłem pisania po angielsku i wciąż unikam podejścia do kartki.

    Znajduję wymówki tak logiczne, że wytrącają mi intencję. Na przykład: nie ma sensu teraz zaczynać pisać po angielsku, skoro jestem w rozgrzebanym tekście. Najpierw skończ jedno. Co, jeśli pomysł po angielsku mi się spodoba, a nie będę go w stanie dociągnąć do końca? Cały wysiłek pójdzie na marne i będę musiała zacząć od początku.

    Czy mój styl przeniesie się w inny język? Czy znam go na tyle, żeby mój styl mógł się przejawiać? Po polsku lubię przełamywać powiedzenia, ale nie na tyle, żeby zmiana męczyła czytelnika. Znam już swoje odruchy, wycinam bez sentymentów.

    Mój logiczny, dorosły mózg działa na najwyższych obrotach. Pomysł o oddaniu tekstu do tłumaczenia nie wchodzi w grę przed podjęciem próby. Czułabym, że złożyłam broń przed wyzwaniem.

    Dzielę się tym z Tobą, bo może masz podobne doświadczenia. Siedzisz i kłębisz myśli.

    Izolacja we własnej głowie jest o tyle męcząca, że w kółko wracają te same myśli i wnioski. Nic się nie zmienia. Przez bardzo długi czas.

    Teraz, gdy podzieliłam się z Tobą moimi przemyśleniami, widzę jak bardzo idą z głowy. Odbierają mi radość tworzenia. Korzystania z drugiego języka, który szczerze kocham. Pozbawiają mnie frajdy poznawania siebie na nowo.

    Nie muszę przecież od razu pisać całego opowiadania. Skrawek tekstu już pokaże mi, jak się czuję. Sama zadecyduję, czy w to idę, czy jednak rezygnuję. Zrobię to na podstawie doświadczenia. I będę to pamiętać! Jeśli pisanie po angielsku nie zadziała, to chociaż łaskawszym okiem spojrzę na tłumacza, któremu oddam swój tekst.

    Dziel się więc swoimi skłębionymi przemyśleniami. Wpuszczaj radość w swoje decyzje. Ćwicz mięsień rozwiązań i optymizmu. W końcu jesteś twórcą – tworzysz nowe!

    Z wiarą,
    m

  • Sztuczna sztuka

    Sztuczna sztuka

    Cześć, Autorze!

    Czy Ty też miewasz okresy wzmożonych przemyśleń i dywagacji? Ja właśnie zaliczyłam taki tydzień. Wiele tematów układało mi się w głowie – część z potrzeby, część w związku z książką Brene Brown: “Z odwagą w nieznane” (gorąco polecam). Wiele kwestii filtrowałam przez siebie, bo nie były tylko czymś, co domaga się opinii, ale też były to cząstki mojego kolejnego procesu. Wzrosłam przez ostatni tydzień i z zaciekawieniem patrzę na swoją transformację, odkrywam siebie.

    Mimo wszystko, kiedy zadałam sobie pytanie, o czym chcę dziś do Ciebie napisać, myśli pokierowały mnie ku sztucznej inteligencji. Uczy się wiele, potrafi coraz lepiej tworzyć obrazy i nawet napisać opowiadanie. Lęk o zapotrzebowanie na artystów i oburzenie wobec kradzieży dzieł wstrząsa artystycznym światem. To się dzieje teraz i jest dla nas ważne. Dotyczy naszego życia i zaprasza nas do podjęcia rozmów o etyce w zupełnie nowym ujęciu. Nie jesteśmy w filmie science-fiction. Uczymy sztuczną inteligencję tworzyć to, co było dotychczas tylko nasze.

    Przychodzi mi na myśl odcinek pierwszego sezonu antologii: “Miłość, śmierć i roboty”. Nie napiszę tytułu, żeby nie spojlować. W każdym razie jest w tej historii maszyna, która opanowała sztukę. Ta maszyna ma motyw do tworzenia dzieł. To maszyna uczłowieczona na tyle, że nie sposób odmówić jej wrażliwości. Jej historia dotyka, bo odnosi się do naszej wrażliwości i tęsknot.

    W realnym świecie jeszcze nie jesteśmy na tym etapie. Czy kiedykolwiek będziemy – nie wiem. Sztuczna inteligencja tworzy na bazie danych. Jej dzieła to syntetyka tego, co skrywa się pod konkretnym hasłem.

    My artyści również budujemy swoiste podsumowania. W powieściach, a nawet wierszach próbujemy zamknąć doświadczenia lub uczucia, które nas łączą. Malujemy to, co przemówi nie tylko do oka, ale i do serca. Przede wszystkim jednak w dziele zawieramy własną historię, perspektywę, radość i ból.

    Jeśli odejmiemy od siebie te elementy, zbliżymy się do definicji człowieka jako biologicznej maszyny, która istnieje napędzana miarowo pompującym płyny i gazy silnikiem.

    Uważam, że jesteśmy czymś znacznie więcej. W trakcie życia zmieniamy się wielokrotnie. Upadamy i zbieramy się, by posklejać roztrzaskane kawałki na nowo. Reagujemy na świat – przyjmujemy do bazy danych nowe informacje, ale też odkrywamy nowe sposoby na wrażliwość. Bezustannie się rozwijamy, a wraz z tym rozwija się nasza twórcza inteligencja. To informacje połączone z sercem, czyli tym, co filtruje doświadczenia i wciela je w osobowość.

    Tworzymy nowe formy i przestrzenie, bo świat wokół nas się zmienia – rozwijamy go z potrzeb i ambicji, a zaraz potem rozwijamy siebie, by do tego świata dorosnąć.

    Nade wszystko czujemy.

    Czucie to temat, który dla wielu z nas jest potężnym wyzwaniem, a jednak czucia nie sposób wyłączyć.

    I tu myślę o filmie: “Ona”. Koncepcja uczuć sztucznej inteligencji została tam zgłębiona niezwykle umiejętnie. Zakończenie historii ściska mi serce na samo wspomnienie. Jednocześnie wydaje mi się właśnie taki obrót spraw najbardziej prawdopodobny (konsekwentnie odmawiam spojlerów, a film jest wspaniały, więc polecam).

    Myślę zatem, że sztuczna inteligencja nie wytworzy takiej sztuki, jaką my. Nawet jeśli na bazie zapisanych danych wytworzy coś nowego, to będzie inne niż nasze – ludzkie. Sztuczna inteligencja nie zawrze w dziele swojej historii, swojej perspektywy, ponieważ nie czuje. Nie filtruje poprzez wrażliwość.

    Dla mnie, jako odbiorcy dzieła, ta właśnie część jest najważniejsza: historia, odczucia, jakie się za nią kryją. Co się działo, jaki był kontekst i jak postacie ujęte w obrazie doświadczały tej chwili? Dlaczego taka, a nie inna historia zrodziła się w wyobraźni pisarza. Co się filtrowało przez serce poety?

    Z odpowiedzi wyłania się autentyczność.

    Autentyczność to żywotność, prawda w odniesieniu do rzeczywistości, wrażliwość i otwartość, by się podzielić doświadczeniem. To jest prawdziwa odwaga twórcza. W tym tkwi zalążek wartości sztuki. Dla mnie przynajmniej.

    I z tych względów obieram drogę rozwoju i otwartości w kontakcie ze sztuczną inteligencją. Niech się rozwija, niech się rozwijają specjaliści. Rozwój to wiedza, inspiracje i nowe pomysły. Tego się trzymam w moim spojrzeniu na sztuczną sztukę.

    A Ty jak czujesz ten temat?

    Otwarta na rozmowę,
    m

  • O umyśle

    O umyśle

    Kochany Autorze!
    U mnie kolejny tydzień sporych zmian i ruchów tektonicznych w życiu, ale jest ok. A u Ciebie? Moje doświadczenia pchnęły mnie do takich oto przemyśleń tym razem…
    Ćwiczymy się w trikach pisarskich, uczymy rzemiosła, poddajemy krytykanckim imadłom, a przecież w istocie, jak nie zadbamy o jedno, to wszystko się sypnie.

    Umysł!

    To nasze podstawowe narzędzie. Wyobraźnia tam jest. Przetwarzanie danych. Przekazy neuronowe. Zapamiętywanie. To wszystko tam, w głowie!

    I jak o tę głowę dbasz?

    A jak ja dbam?

    Czasami nie dbam wcale. Idę spać późno, bo się zaczytam albo zagadam. O netflixowaniu nie wspomnę. Ba! Niezliczone razy zarywałam noce po prostu na muzyce!
    Chodzę utartymi ścieżkami, bo tak jest szybciej. Robię rzeczy na skróty i trzymam się schematów, bo zmiana to jakiś straszny stwór i po co go budzić?!

    Mój umysł się starzeje.

    Nie, to nie będzie smutny list. To po prostu konstatacja nieuniknionego: czas mija i procesy się toczą.

    Także staram się nie być ignorantką i łączyć nabytą wiedzę z życiem.

    Jem zdrowo, nawet jeśli w chwili stresu lub przemęczenia czekoladowe ciastki to mój niezbędnik. Najlepiej z kawą! Zawsze mogę też liczyć na kogoś bliskiego, kto przypomni o nawadnianiu. I w moim przypadku ta rada czyni cuda.

    Czytam. Ostatnio coraz więcej, bo znalazłam swój wygodny sposób, a i rutyny wspierają czas na czytanie. Sprawdza mi się też prawda, że im więcej się robi, tym więcej się pojawia. Pojawiają się całe zastępy książek. Fabularnych i poradnikowych. Uczę się więc i pozwalam wyobraźni szybować.

    Gapię się w ścianę. To musi wyglądać śmiesznie, dlatego okazyjnie udaję, że patrzę w okno. Prawda jest jednak taka, że jestem jak mój kot – medytuję pustkę do ściany. To fenomenalne. Tam jestem ja i mój umysł. Nawet jak nasze spotkanie zostanie przerwane, wracam. W wannie. Przy gotowaniu makaronu. Jak czekam aż się kawa zaparzy. Ściana jest zawsze gdzieś w pobliżu.

    Rozmawiam. Niekiedy o wiele za wiele. Jednak to są mądre rozmowy z mądrymi ludźmi. Słucham. Pozwalam sobie przemyśleć kwestie. Odkrywam czasem, że wiem więcej, niż myślałam. Innym razem natomiast uczę się dużo.

    A na koniec tego wszystkiego… medytuję. Już po ludzku, czyli na poduszce. Z nogami skrzyżowanymi. Na kanapie, też z nogami skrzyżowanymi. Oddycham spokojnie. Pozwalam myślom płynąć. Emocjom szumieć spokojnie. I odpływać. Zerkam na nie. Jestem. Tak sobie praktykuję. To mi pomaga na tyle, że spokojniej podchodzę do różnych sytuacji i szybciej odzyskuję balans. Potrafię zwerbalizować, czemu się wkurzyłam i nie kręcę wokół tego afery.

    Gdy przychodzi czas zwątpienia do pisania, przyjmuję to z pogodnym uśmiechem, bo wiem, że to też minie. Obserwuję to przecież od lat.

    Piszę to wszystko, bo obecność medytacji w moim życiu pchnęła mnie do naturalnego wniosku: podcast, który tworzę, nie może być tylko teorią. Nie jest zatem. Najnowszy odcinek: “Medytacja odpoczynku i powrotu” to dobry punkt, by zacząć. Dać sobie wytchnienie. Poszlifować ten diament, który pracuje na nasze teksty. W tych kilkunastu minutach odnajdziesz jakościowy odpoczynek. Spotkasz się ze sobą.

    A jeśli Ci prowadzenie zbędne, to polecam ścianę. Ściana akceptuje wszystko. Jest doskonałym rozmówcą dla pisarza.

    Do zobaczenia na szlakach wyobraźni!
    m

    P.S. Tak, to naprawdę mój kot na zdjęciach. Napisałam samą prawdę – prawdziwą, jak szczere złoto, jak mawiał stary czarodziej Zedd.

  • Miszmasz

    Miszmasz

    Drogi Autorze!

    Co słychać? Czy słońce Cię ładuje? A może skrywasz się w zakamarkach najciemniejszego pomieszczenia w domu i czekasz na ochłodzenie? Mnie zdecydowanie bliższe to drugie.

    Miniony tydzień toczył się jakby poza moją kontrolą. Podróże. Zmiany zawodowe. Przełożone spotkania. Długi weekend. Wspaniałe spotkania! Nowe możliwości. Stres. Niewyspanie. Zmęczenie upałem.

    I jak w tym pisać?

    Czy w takich okolicznościach niepisanie to już prokrastynacja?

    Myślę też o tym, że dla mnie to raptem tygodniowy miszmasz, a co jeśli taki stan rzeczy trwa długo?

    To jest doświadczenie, które znamy wszyscy, prawda? Niezależnie od tego, co piszemy – albo przerywamy tworzenie, albo nie tworzymy dość dobrego tekstu, albo przesuwamy terminy. To jest moment, kiedy życie weryfikuje plany. Czasami może nawet daje nam wycisk, dlatego właśnie uważam, że w kontrze należy otulić się… łagodnością.

    Oczywiście z biegiem dni dopadło mnie poczucie winy, bo pomysł nie przelewa się na papier. Przetrzymany pomysł traci witalność. Staje się odtwórstwem. Jakość spada, przynajmniej u mnie.
    Szybko jednak przypomniałam sobie, że pomysł lubi odleżakować. Czas przynosi więcej odkryć w materiałach researchowych. To z kolei daje mi szansę na lepszą jakość.

    Co więcej, daję sobie zrozumienie. Kiedy życie wysypuje zabawki, po co sięgać po kolejną? Pisanie przecież ma to do siebie (mówiłam o tym z Olgą Bartnik w jednym z odcinków podcastu “bez okładki”), że chłonie wszystkie nasze doświadczenia. Dzięki okresom miszmaszu mogę opisać poczucie przytłoczenia, konflikt introwertyka z radością bycia z ludźmi, a stresem zbudować pięknie nakręcające się napięcie!

    A jak się ten stan rzeczy utrzymuje? To może czas przestać nazywać go miszmaszem, a zacząć na przykład “kochanym kociołkiem”. Być może taki jest styl życia? Musi się dziać. Musi być różnorako. Inaczej jest nudno, pusto, cicho. Trzeba wtedy sprawiedliwie zadać sobie pytanie: “gdzie mogę dodać chwilę na pisanie?”. I zamiast robić w życiu rewolucję, skorzystać z elastyczności kociołka i dodać tę jedną rzecz, która cieszy, która ładuje baterie.

    Może jednak kociołek męczy? To miejsce niewygodne i przytłaczające. Obstawiam, że wtedy pojawia się zagłuszona natłokiem potrzeba zmiany. Warto jej posłuchać. Porozmawiać z przyjacielem. Zapytać, jak się mają inni piszący. Jeśli to nie pomoże, to sięgnąć po pomoc specjalisty. Po wsparcie pozytywnych zmian – czyli coacha, lub po wsparcie w budowaniu przyjaźni ze sobą – czyli psychoterapeutę.

    Zatem czy odkładanie pisania w miszmaszu to już prokrastynacja?

    U mnie nie.

    Co dzień pytam siebie, co dziś wymaga mojej największej uwagi. Dobieram priorytety. Mierzę siły na zamiary. Gdy pojawia się stres, wiem, że najważniejsze to zadbać o siebie. Usiąść z kawą. Pogłaskać kota. Iść na spacer. Gdy nie ma możliwości dopisać nawet jednego zdania, bo gość w przetłoczonym przedziale rzuca co raz wyzwania do walki na łokcie, a żar leje się z nieba tak, że tory cudem się jeszcze nie rozpuściły, to patrzę na złość. Bo przecież każdy bohater literacki ją czuje, a moim zadaniem jest umieć ją dobrze oddać.

    I cieszę się tymi drobiazgami, zamiast sobie wyrzucać. Bo po co dokładać sobie napięcia?

    To moja forma pracy z miszmaszem, a Twoja?

    Z łagodnością,
    m

  • O braku chęci

    O braku chęci

    Cześć, Autorze!

    Jak tam u Ciebie? Skwar czy strugi deszczu? Działasz? Może ulegasz pogodowym zmiennym, a Twój humor razem z nimi? U mnie dość stabilnie, choć wakacyjne wibracje rozpraszają. Miałam napisać coś mądrego, więc tu jestem, ale prawda jest taka, że po głowie chodzi mi jedna myśl.

    A co, jak się nie chce?

    Bo czasem po prostu tak jest, prawda? Pomysł jest świetny, przygotowanie na sto procent, być może nawet odbiorcy czekają, a nam się nie chce. Bo słońce świeci, bo morze szumi, bo przyjaciele zapraszają, bo w pracy działo się sporo, bo dzieci domagają się uwagi, bo milion spraw nagle wypłynęło. Tęsknota za cichym kątem i przelaniem myśli na papier jest, ale nie sposób się przemóc.

    To przecież jeszcze nie prokrastynacja. I warto to odróżniać, żeby nie wywoływać niepotrzebnego poczucia winy.

    Czy piszę o tym, bo nie chciało mi się pisać tego listu?
    Tak!

    Jestem z Tobą szczera i nikogo nie udaję. Nie piszę na akord i nie jestem robotem. Wynalazłam za to sposób, który mnie się sprawdza: mówienie o tym, co naprawdę we mnie jest. Tym razem pojawił się brak chęci.

    Spacerowałam dziś po Londynie, odkryłam wspaniały sklep z japońskimi pysznościami, zajrzałam do kapliczki straży pałacowej, przyglądałam się barwnym kwiatom w parku i wiewiórkom porywającym orzeszki. Słońce świeciło, wiatr mnie studził. Spacer zamienił się w całą wycieczkę.
    Widzisz więc, że nie chodzi zupełnie o to, że zabrakło mi serca do napisania listu. Po prostu świat mnie wezwał, cieszyłam się nim. Ciało się zmęczyło, głowa najbardziej łaknęła ciszy.


    Wiedząc, że chcę napisać ten list do Ciebie, postanowiłam się przechytrzyć. Mam to szczęście, że mogę sama zadecydować o temacie, który tu poruszę. Jeśli jednak naciskają Cię terminy albo oczekiwania przełożonych czy plan fabuły, to spróbuj poszukać tych partii, które na ten “nie-chce-mi-się moment” wydadzą się możliwe do wykonania.

    Kompromisy są też fajne. Napisać troszkę i obiecać sobie dokończyć następnego dnia. Uszanować obietnicę i się z niej wywiązać! To konieczne.

    Jest jednak jeszcze to jedno… Podarowanie sobie tego, co potrzebne.
    Chwila ciszy. Herbata. Zabawa. Zakupy.

    Co Ci gra w duszy. Czego potrzebuje Twoje wewnętrzne dziecko? Bo w sumie o to tutaj chodzi. Chwilka zatroszczenia się o nie może zdziałać cuda. Wyciszone wewnętrzne dziecko przestaje domagać się spełnienia zachcianek. Balans sam wypływa.

    Teraz zdecydowanie pisanie tego listu przynosi mi frajdę. Moje wewnętrzne dziecko jest zadowolone. Wiem też, że zadanie wykonane, a ja mam jeszcze czas, by wypić w spokoju kawę i nacieszyć się swoim towarzystwem.

    Pisania zintegrowanego z życiem…
    Tego Ci dziś życzę, Autorze.

    m

  • O powrotach

    O powrotach

    Cześć, Autorze!

    Piszesz? A może wakacjujesz? Odpoczywanie jest bardzo ważne i czasami wręcz trzeba się go uczyć. Znasz to? Cudowne morze, a Ty przewijasz strony w necie, bo mózg domaga się zajęcia? Jak mija ten czas?

    U mnie dzieje się wiele. W myśl idei przyciągania – im więcej rozmawiam z ludźmi o pisaniu, tym więcej pisania w moim życiu. Jeszcze nigdy nie czułam się tak zintegrowana z moją pasją. Nie ma to znamion nowej miłości, kiedy każdy dzień to cząstka miesiąca miodowego, ale jest stabilną więzią, która ładuje mi baterie.

    Ostatnimi dniami na przykład rozmawiałam z Olgą Bartnik w naszym podcaście “bez okładki” o powracaniu do pisania po przerwie. Odkryłyśmy, jak ważne jest, by sobie zdefiniować pisanie. W trakcie rozmowy bowiem okazało się, że możemy mówić o co najmniej dwóch różnych kwestiach!

    Wygląda na to, że kluczowe jest też w tej sprawie nastawienie. Różnie wygląda sytuacja, kiedy przerwa w pisaniu jest przez nas zaplanowana i zupełnie pod kontrolą, a kiedy przeżywamy coś, co nas od pisania odciąga.

    Kiedy doświadczałam stanów depresyjnych, nie panowałam nad swoim umysłem. Dla mnie jest on najważniejszym narzędziem do tworzenia historii. To tu przefiltrowane odczucia zostają przekonwertowane na refleksje, zdania, akapity. Mój mózg odmawiał współpracy. Była we mnie chęć, a nawet potrzeba, by pisać, ale nie pomagało ani planowanie, ani siadanie nad kartką. W głowie miałam pustkę albo chaos.

    Przerażało mnie to.

    Szukałam jakiegokolwiek sposobu, by siebie przechytrzyć. Wiedziałam, że gdybym tylko dała radę coś napisać, poczułabym się choć trochę lepiej.
    Oliwy do ognia dolał fakt, że napisane wcześniej opowiadania poszły na stratę wraz z zepsutym laptopem.
    Nie mogłam przestać myśleć, że skoro tekst nie ma szansy przetrwać, to nie ma sensu go pisać. To podcinało celowość wszelkich prób. Równia pochyła.
    W odmętach moich stanów, rozemocjonowania, bezsensu i ogólnym kryzysie wydawało mi się, że moja przygoda z pisaniem już się skończyła.

    Zajęłam się kolorowaniem. Był to trochę powrót do dzieciństwa, bo w tamtych czasach nie było jeszcze kolorowanek dla dorosłych. Ożywiałam więc Kubusia Puchatka i księżniczki Disneya. Czasem bez większych oczekiwań szkicowałam twarze.
    Teraz wiem już, że łagodnie pobudzałam mięsień wyobraźni do działania. Robiłam to instynktownie, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jako ludzie jesteśmy naturalnie twórczy.

     


    W końcu przyszło lato, a z nim wizja pewnej postaci. Na początku odwiedzała mnie dość nieśmiało, ale z czasem tak bardzo przykuła moją uwagę, że zaprosiłam ją na dłużej. Sprawdzałam, jaka jest, kim jest, skąd się wzięła i jaką opowieść próbuje mi przekazać.

    Słowa zaczęły płynąć.

    Do dziś pamiętam pierwszą scenę zapisaną po wielu miesiącach posuchy. Toczyła się w lesie. Płonęły ogniska. Muzyka powstawała z radosnych intencji grupy kobiet. Tańczyły. Nie przejmowały się czasem ani planami. 
    Pisząc tę scenę czułam, jakbym obudziła się z długiego snu. Zrozumiałam, że pisanie jest we mnie zawsze. Czeka, nawet jeśli inne rzeczy mnie odciągają. To moja głęboko osadzona umiejętność. Pasja. Płynie mi w żyłach, pompuje ideami patrzenie na świat. Nie sposób ją przegonić lub wyciąć.

    Wystarczy ją kochać i szlifować.

    Tak więc robię.

    A Ciebie, Autorze, zapraszam do odsłuchania naszego podcastu. Znajdziesz go na platformach: spotify, google, apple, youtube. Teraz znasz moją personalną historię z przerwą od pisania, ale w podcaście podeszłyśmy do tematu szerzej, bo przecież ilu ludzi pióra, tyle doświadczeń.

    Pozdrawiam Cię!
    m

Magdalena Krok Naprzód
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.