Tag: pomysł

  • System notatek

    System notatek

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie? Ja mam poczucie, że wpadłam do tunelu czasoprzestrzennego. Dni ciągną się i umykają jednocześnie. Szczęśliwie niebawem czas odpoczynku, a później nawet wakacje. Chyba dotrwam 😉

    Z racji zmęczenia, rozproszenia i nadmiaru obowiązków dużo myślę o prowadzeniu notatek do powieści. Jaki Ty masz system? U mnie jeszcze żaden nie sprawdził się na sto procent, ale próbuję wytrwale. Zaraz Ci napiszę, co testowałam.

    Tablica korkowa.
    Była taka. Zapełniłam ją zdjęciami i kluczowymi hasłami. Zerkałam na nią często, ale nie miałam jeszcze wtedy pomysłu na planowanie fabuły. Czuję, że nie wykorzystałam potencjału do końca.

    Tablica magnesowa.
    To po prostu druga strona wyżej wymienionej. Była o tyle lepsza, że mogłam po niej pisać. Minus taki, że flamastry się wypisywały, a jeśli jakiś napis trwał na tablicy za długo, ciężko się go zmazywało. Ponadto była za mała na wszystko, co potrzebowałam umieścić. Finalnie tablica zaginęła w przeprowadzkach, a materiały zamknęłam w teczce.

    Notatki na biurku.
    Tak, na biurku. Ołówkiem. Bezpośrednio na blacie. Och, to lubię chyba najbardziej. Blat był biały, a moje bazgroły bardzo kreatywne i stymulujące. Niestety zmazywały się, ale nie to jest najgorsze. Kiedy nadszedł czas wyprowadzki, musiałam porzucić biurko. Notatek było za wiele na przepisywanie, a zdjęcia to nie to samo.

    Karteczki, karteluszki.
    Zawsze sobie jakieś upatrzę. Czasem kolorowe, czasem grubsza gramatura. Puste lub w kratkę. Notuję koślawo: albo spodziewam się, że zmieszczę więcej, albo że zanotuję tylko kluczowe informacje. Czy wypadają później z mojego pamiętnika i notesów? Tak, oczywiście!

    Notesy i wyklejanki.
    Skoro karteluszki wypadają, to trzeba je przytwierdzić. Raz na jakiś czas zatem robię porządek, systematyzuję. Już przeglądanie zapisków pomaga i przynosi kolejne pomysły. Porządek owocuje odkryciami połączeń, których wcześniej nie dostrzegałam. Niestety wciąż podróżuję, a notesy mam spore. Nie wspomnę, że spokojniej mi, gdy wiem, że są bezpieczne w domu.

    Canva.
    Część zapisków przeniosłam i uporządkowałam w Canvie. To działa o tyle, że podczas podróży mam zawsze dostęp do zapisków. Na jednej tablicy mieści się wiele i mogę łączyć tekst ze zdjęciami. Przygotowywanie takiej info-grafiki jest fajne, ale nie aż tak, jak ręczne bazgroły.

    Foldery zakładek.
    Zbawienne! Zwłaszcza, jeśli przeglądarka w telefonie jest zsynchronizowana z tą w komputerze. Tu jednak niezmiernie jest dla mnie ważny limit. Innymi słowy: kiedy zakładek jest zbyt wiele, przestaję je przeglądać.

    Widzisz więc, że na wszystko mam plusy i minusy. Po powrocie do domu planuję testować tabelki. Możliwość patrzenia na notatki jakby z lotu ptaka, to moje marzenie. Być może mój uporządkowany umysł znajdzie w tabelkach ukojenie. Spróbuję skorzystać też z Painta i trochę pobazgrać albo dodać w okna obrazy. Taką mam wizję…

    Dam Ci znać, dokąd mnie to zaprowadzi. Być może Ty teraz trzymasz się za głowę, bo Twoje notatki mieszczą się na karteluszce A6 i nie wiesz, o co robię ten raban. Wiedz jednak, że obydwie historie, które spisuję, są bardzo rozbudowane. Bez właściwego podejścia daleko nie dotrę.

    Jeśli masz jeszcze inne pomysły, to podziel się. Wszelkie triki mile widziane. I, tak, porządkowanie w Scrivenerze też opanowałam 😉

    Porządkująca…
    m

  • Coś nowego

    Coś nowego

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie? U mnie inspirująco, ale inaczej niż zazwyczaj. Dziś wyszłam z tematów mafii i przeszłam do tematyki dworskich obyczajów. Innymi słowy bardzo wnikliwie oglądałam koronację Karola III. Mało opowiadam o tym obszarze moich researchów, ale przyjdzie czas dzielić się ich efektami. Tę wiedzę gromadzę bardzo na spokojnie i pozwalam, by wypełniała luki mojej historii.

    W zasadzie jednak dziś chciałam o czymś zupełnie innym, ale jak tu nie wspomnieć koronacji, która się zdarza tak rzadko w dzisiejszym świecie?

    Poprzednio abstrakcyjnie podsumowywałam warsztaty, a dziś przechodzę do konkretu.

    Otóż jeden z wniosków brzmi następująco: jesteśmy na Facebooku.

    Większość uczestników moich warsztatów natknęła się na wiadomość o nich właśnie na tej platformie. Dlatego rozumiem, że my piszący naprawdę lubimy korzystać z Facebooka. Nie byłabym jednak sobą, gdybym tego tematu nie zgłębiła.

    Słyszałam głosy, że FB rozprasza, że tylko przeszkadza w pisaniu, bo powiadomienia, wiadomości i jeszcze reklamy, kiedy się próbuje znaleźć coś konkretnego.

    Zgadzam się.

    Do tego dodam nawet inną kwestię: kiedy zaczynasz pisać i próbujesz budować swoją rozpoznawalność jako autor, na FB jesteś ziarnkiem piasku. Taka prawda. Jest nas tam naprawdę dużo! Zatrzęsienie! Każdy dzieli się swoim tekstem, swoją historią, spotkaniami, sukcesami.

    Ale wiesz co? To jest też cenna lekcja. Dla cierpliwości i wytrwałości. Dla kreatywnego podejścia do marketingu. Dlatego, jak się domyślasz, powiem: działaj dalej!

    Ja wyciągam z obserwacji coś jeszcze. Postanowiłam w końcu utworzyć na FB swoją stronę. I, słuchając potrzeb ludzi pióra, opakuję tę stronę w wartości, którymi żyję. Innymi słowy: robię stronę z intencją stworzenia miejsca ukojenia dla pisarskich umysłów. Nie będzie bombardowania ofertami. Nie będzie pstrokato. Nikogo do niczego nie będę nawoływać.

    Zapraszam.

    Tak, jak zapraszam na warsztaty i sesje indywidualne i cieszę się, gdy widzę błysk w oku klienta, uśmiech w kąciku, rozprężenie ramion, tak chcę pomagać rozwijać się odbiorcy mojej strony.

    Jak to zrobię? Dokładnie jeszcze nie wiem, ale będę słuchać serca. Ono mi mówi to, co powiedziała mentorka: zrobione jest lepsze niż doskonałe. Trzymam się tego solidnie i działam. Ufam swoim decyzjom.

    Do odwiedzania mojego facebookowego kąta zachęcam. Sugestii wysłucham lub je przeczytam. Przypominam też, że jeśli jesteś z Łodzi lub okolic, to możesz dołączyć do grupy Rozpisana Łódź. Idziemy tam w jakość, nie w ilość i celem jest coraz lepsze pisanie. Ot, tak, po prostu.

    Tak więc widzisz, otwieram przestrzeń. Daj znać, jak poczujesz chęć odwiedzin.

    Pozdrawiam Cię serdecznie,
    m

  • Niepisarskie narzędzia

    Niepisarskie narzędzia

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie tej śnieżnej wiosny? U mnie nowości, choć też przebodźcowanie. Organizm doprasza się odpoczynku, zmęczyłam go researchem, nauką i… jeszcze większą ilością nauki. Zanim jednak przejdę do wielkanocnego resetu, podzielę się odkryciami.

    W mojej podróży pisarskiej objawiło się zupełnie nowe rozgałęzienie. To autostrada! Moja własna, szerokopasmowa i z drzewami na poboczach – tyle bowiem się na tej trasie dowiaduję.

    O narzędziach do edycji tekstu pisałam jesienią, o tu. Teraz odkrywam, jak ważne są narzędzia, które zupełnie nic nie mają wspólnego z edytorami! I w tym jest ogromne pole dla kreatywności!

    Mam na myśli nie tylko karteczki i kolorowe mazaki lub zakreślacze na legendarnej tablicy. Nie mogę sobie na takie rzeczy pozwolić – tablicy nie sposób zapakować do walizki. Korzystam więc z apek. Graficznie ratuję się Canvą. Diagramy, plansze skojarzeń, historie postaci w pigułce – co rusz wymyślam coś, co ułatwia mi pisarskie życie.

    Apki do organizowania sobie czasu świetnie sprawdzają się również do ogarnięcia ogromnego projektu, jakim jest powieść. Zwykła lista “to do” nie wystarcza. Podczas tworzenia powieści próbujemy przecież okiełznać cały świat. Wszystko trzeba spasować, ustalić i mieć do tego dostęp, by pracować skutecznie.

    Niezależnie od tego, jaki gatunek piszesz: im więcej wątków oraz inwencji, tym więcej notatek, a przebijanie się przez sterty karteczek to przepis na pisarski blok.

    Ułatwiaj sobie pracę. Polecam zwykły planer, z którego być może korzystasz na co dzień w celach zawodowych. Pobaw się, sprawdź, jak może Ci pomóc uporządkować świat, postaci, fabułę, plan pisania. Niech Ci przyświeca idea uporządkowania, zamiast wykorzystania kolejnego narzędzia do ganienia siebie za niepisanie.

    Podejście do planowania fabuły naprawdę bardzo wiele zmienia. Mam wrażenie, że ta część nie bawi nas tak bardzo, jak pisanie samo w sobie. Dopóki nie odkryjesz w sobie miłości do tego, o czym chcesz napisać, jest ryzyko, że napięcie Cię zblokuje.

    Moja bonusowa nauka z minionych tygodni jest taka, że nie muszę wszystkiego wymyślać sama.

    Wydaje Ci się to śmieszne?

    Mnie trochę też, ale zamiast się śmiać, pomyśl: jak bardzo chcesz być nowatorski?

    Wiemy, że napisano już o wszystkim. Przypominamy sobie, żeby pisać z własnej perspektywy i na podstawie własnych doświadczeń. I jest w tym pułapka, bo można sobie wyrobić przekonanie (jak u mnie), że wszystko trzeba wymyślić od nowa.

    Uch, aż mi się ciężko zrobiło na samą myśl.

    Na szczęście to już za mną! Z pasją rzuciłam się w research. Wcześniej również czytałam, sprawdzałam i filtrowałam przez siebie, ale teraz czuję się prawie jak reporterka.

    Co rano budzę się i wpada mi do głowy, z kim jeszcze mogę porozmawiać i gdzie zajrzeć! Wyobrażasz sobie, jak mi to ładuje baterie?!

    Research to więc moje bonusowe niepisarskie narzędzie.

    Podsuwam Ci je i podpowiadam: znajdź swój sposób na research. Pytaj, sprawdzaj, rozmawiaj. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże Ci napisać książkę. Karm się wiedzą i przelewaj ją w swoją historię. Pozwalaj sobie na akty odwagi, nawet jeśli jesteś introwertykiem. Kontakt z ludźmi ożywia fabułę, jak nic. Realne materiały i prawdziwe miejsca dadzą Ci doświadczenia, których nie wymyślisz.

    Znajoma pisarka testowała nawet męskie zapachy w perfumerii, by znaleźć odpowiedni dla swojego bohatera.

    I tak właśnie rób – szukaj frajdy na każdym etapie tworzenia, bo to Twoja najlepsza nagroda w tym procesie!

    Rozentuzjazmowana,
    m

    P.S. A wiosnę już naprawdę znalazłam, jak widzisz 🙂

  • Miłość do słów

    Miłość do słów

    Autorze!

    Jak ja kocham słowa! Uwielbiam! Przejawia się to w słowotoku, który czasem wypływa mi z ust niczym strumienie dialogów “Gilmore Girls”. Innym razem słucham w wielkim skupieniu i przyznam się, że w myślach zdarzy mi się poprawiać rozmówcę, ale chyba tylko dla udowodnienia sobie samej, że zwracam uwagę i znam słowną prawdę. Potrafię też nad słowami medytować. W kompletnej ciszy, gapiąc się w przestrzeń albo kartkując słowniki, albo zasłuchując się w piosenki. Cenię ten stan poszukiwania słowa, zwłaszcza jeśli chcę umieścić je w tytule.

    Znajdywanie tytułu to dla mnie wspaniała przygoda. To smakowanie wina. Rozkoszowanie się ciastem czekoladowym. Nacieszanie oka dziełami Salvadora Dalego. Chłonięcie pejzażu i gry światła na horyzoncie. Nawet jeśli tytuł potrzebuje więcej czasu, żeby się wyłonić, cierpliwie go wyczekuję.

    Szukam słów niejednoznacznych, zaskakujących i takich, które zmuszą do myślenia lub zatrzymania się. Nie martwię się, kiedy brakuje słowa w języku polskim. Dlatego właśnie wybrałam tytuł “Nu gui” – to brzmi znacznie lepiej niż “zły damski duch”, “upiorzyca”, “zjawa”. To już coś mówi o mojej bohaterce i przywodzi na jaw ducha rodem z “Kręgu” czy “Klątwy”, a nie jedną z dam zamkowych, o których to mamy całe mnóstwo legend.

    Podobnie jest z tytułem “Sangue” do opowiadania, które dopracowuję. Mogłoby być po prostu “Krew”, ale włoski odpowiednik niesie już w sobie typ charakteru, wnosi informację, że zapraszam czytelnika do Włoch, do włoskiej rodziny – tam, gdzie krew gotuje się najmocniej. To też odniesienie do tego, z czym próbuje radzić sobie Nana – z krwią na rękach i z relacjami rodzinnymi. W jednym słowie całe bogactwo.

    A na deser mamy “Behesht” – opowiadanie, które już niebawem przejdzie redaktorski szlif. To twarde słowo. Brzmi omalże jak przekleństwo. Nie sposób go mięciutko wyszeptać w ucho dziecka. Jest krótkie – kończy się, zanim naprawdę rozbrzmi. I sięga do starych tradycji perskich, kiedy wyobrażenia nieba i piekła były inne niż znamy je dziś. Które z tych dwóch oznacza? I co to mówi o moim bohaterze? Jeśli nie wygooglujesz, a nawet cierpliwie poczekasz na premierę książki, wyjaśnię to całym tekstem.

    Poza wyszukiwaniem słów do tytułów, uwielbiam też czytać poszukiwania innych. Czy to będą przemyślenia i objaśnienia językoznawców, czy rozprawy socjologów i psychologów. Jaka historia stoi za słowem fascynuje mnie równie mocno, jak to, czym to słowo nam obecnie smakuje.

    Przemianę przeżywa słowo “wiedźma”. Używane coraz częściej z czułością odrywa się od znaczenia “baby jagi”. “Diabeł” również odkleja się od “szatana”. Słowo takie jak “współczucie” nabiera coraz mocniejszego znaczenia “współodczuwania” zamiast “użalania się nad kimś”.

    Wisienką na torcie są analizy słów mocy, wokół której miłośnicy natury człowieka budują całe prace naukowe. To właśnie, obok mądrości, cieszyło mnie najbardziej podczas czytania książek Brene Brown. Podziwiam ją za konsekwentne badanie natury ludzkiej przez pryzmat słów. Nauczyłam się dzięki temu wiele – spędziłam ze słowami takimi jak “przynależność”, “odwaga”, “ autentyczność” całe dni. Mogłam je przeanalizować, a później sprawdzić jak we mnie rezonują. Mogłam zweryfikować ich znaczenie przedstawione przez Brene. Filtrowałam i układałam: słowa w sobie i siebie wobec słów.
    I tak właśnie wzrosłam.

    Niech Cię niosą słowa, Autorze,
    m

  • Sto procent siebie… w sobie

    Sto procent siebie… w sobie

    Kochany Autorze!

    Co porabiasz? Gdzie jesteś? Co przykuwa Twoją uwagę?

    Ja biorę udział w kursie biznesowym, ale wiesz co… Usłyszałam w trakcie jednego z wykładów coś, co sprawdzi się i na naszym pisarskim gruncie.

    “Dostrzeż swoje dziwactwa, przyjmij je i pozwól sobie na nich budować” – powiedział do nas John Williams, autor książki “F*ck it, let’s play”.

    Od razu uspokoję możliwe wzburzenie: oczywiście, że są takie dziwactwa, które wypadałoby uspokoić, ukoić, a nawet zasięgnąć pomocy specjalisty, ale tu mówimy o dziwactwach bezpiecznych. Na przykład mój znajomy nosi kapelusze. Od razu wiadomo, że to on. Na tym może budować swój poetycki wizerunek. Inny bardzo twórczy kolega to zaprzysiężony introwertyk. Nie dość, że siebie takim lubi, to i wsłuchuje się w swoje potrzeby, chodzi swoimi drogami. Rozmowa z nim to bardzo ciekawe doświadczenie, ponieważ wymaga automatycznie wyciszenia.

    Jeśli chodzi o mnie, to optymizm. Jest moim najsolidniejszym filarem. Podczas kontaktu ze mną, na warsztatach i w trakcie sesji otulam nim całą przestrzeń. Być może czasem przez niego wydaję się naiwna, niektórzy mogą postrzegać mnie jako młodszą niż naprawdę jestem, a i pewnie nie jednej osobie przychodzi do głowy, że radość to moja bezpieczna strefa. Wiesz, że nią się zasłaniam i ułatwiam sobie życie.

    Prawda jest taka, że odwiedziłam bardzo mroczne partie siebie. Byłam tam ze sobą. Patrzyłam sobie w oczy i trwałam. Dotknęłam swojego dna i odbiłam się. Wiele doświadczyłam też z różnymi ludźmi i bardzo dobrze wiem, że najwięcej problemów tworzymy sobie poprzez nadmierne trzymanie się… tych właśnie problemów.

    Wiem też, że życie płynie dalej, wszystko się zmienia.

    Poza tym studia psychologii kontemplatywnej pokazały mi, że umysł to narzędzie skomplikowane – na przykład symultanicznie możemy odczuwać smutek i radość.

    Czasami dopada mnie melancholia, czasami mam słaby dzień lub się stresuję, ale i wtedy mam szczyptę dystansu i potrafię rozmawiać o tym z bliskimi. Szukam pomocy lub otulam się ze spokojem. Moja radość przygasa, ale nigdy nie odchodzi.

    A w jaki sposób to się łączy z naszym pisaniem?

    Wiele mówimy i dywagujemy nad poszukiwaniem swojego głosu.

    Dziwactwo może być dla takiego twórczego głosu wspaniałym punktem zaczepienia.

    Być może uwielbiasz dokumenty kryminalne i marzy Ci się zajrzenie do archiwów policyjnych. Być może pracę dyplomową pisałaś o sekcji zwłok (tak, mam tu na myśli bardzo konkretną osobę).

    Wiesz co? Tego chce od Ciebie czytelnik!

    Czytelnik uwielbia patrzeć na świat oczami pasjonata!

    Czymkolwiek się fascynujesz, napiszesz o tym najlepsze teksty. To tym właśnie bakcylem oczarujesz swojego odbiorcę! Tym podbijesz i wydawców, bo Twoje teksty będą prawdziwe i wiarygodne!

    Rozumiesz już, co próbuję powiedzieć?

    Podążaj za swoimi dziwactwami. Zgłębiaj je, dziel się swoją wiedzą, szukaj innych fascynatów. Tworzenie popłynie jak rwąca rzeka, a ludzie poddadzą się jej nurtom.

    Moje dziwactwa… Moje umiłowanie tematu mafii i schodzenia w mroki psychiki. O tych kwestiach mogę rozmawiać bez końca, researchu zawsze mi mało. Może takie tematy i mój promienny uśmiech wywołają u kogoś dreszcz, ale co mi tam! Taka właśnie jestem i idę w to… z radością!

    Z serdecznością,
    m

  • Przebudzenie pisarki

    Przebudzenie pisarki

    Cześć, Autorze!

    Jak się miewasz na tydzień przed Gwiazdką? Choinka już jest? Tli się ciepło w sercu? A może nie obchodzisz Świąt i planujesz właśnie wypad na tych kilka dni w wymarzone miejsce?

    U mnie przygotowania pełną parą, ale znalazł się też czas na refleksję. W tym roku przecież zaszło tak wiele zmian w moim życiu i zależało mi, by je nieco podsumować. Tak, chciałam też mocniej je zaznaczyć, bo wiele wniosły, a nawet nadały kierunek dalszym moim planom.

    Jak już wiesz, piszę od zawsze. Dawno temu snułam pierwsze bajki na dobranoc dla mojej starszej siostry, później odkrywałam magię maszyny do pisania, robiłam rysunki do moich bajek, aż w końcu odważyłam się na bardziej dojrzałe opowieści. Myślę, że jakieś dwadzieścia lat temu pierwszy raz pomyślałam, że chciałabym kiedyś wydać książkę. Wiele się działo przez ten czas, musiałam zaopiekować się sobą, swoją wewnętrzną równowagą i tobołkiem doświadczeń, ale do pisania wracałam.

    Mówiłam już, że pisanie nigdy mnie nie zawiodło.

    Zaschnięty atrament w piórach zawsze pozwalał się wypłukać i błękitne wyrazy zapełniały kolejne kartki zeszytów. Klawiatura także współpracowała, a internet podsunął niespodziewane współprace i twórcze projekty.

    Kilka razy próbowałam zrozumieć rynek wydawniczy, jednak widać nie byłam gotowa, ponieważ albo brakowało mi źródła informacji, albo byłam w niewłaściwych miejscach.

    W tym roku nastąpił przełom.

    To naprawdę dla mnie ważny moment w życiu, bo wszystkie starania, próby i poprawki opłaciły się.

    Inkubowałam jako pisarka. Marzyłam o realnej książce, która trafi w ręce nieznanych mi osób. Bardzo chciałam, by zmyślone przeze mnie postaci mogły zostać poznane przez czytelników.

    Nie spodziewałam się zupełnie, jak wpłynie na mnie ziszczenie tego marzenia.

    Dziś widzę, że przebudziłam się. Z tym spełnionym marzeniem wszystko wskoczyło na właściwe miejsce, jakby tylko czekało na tę chwilę. Przed sobą widzę solidnie wybrukowaną drogę – budowałam ją przez te wszystkie lata i teraz mogę sunąć gładko.

    Czuję się też tak, jakbym odzyskała ręce. Wiesz, co mam na myśli? W baśniach czasem bohaterka traci ręce, ale za sprawą wytrwałości i dobroci odzyskuje je w jakiś magiczny sposób. Dokładnie takie mam wrażenie, dlatego też teraz wiem dokładnie, co robić i jakie decyzje chcę podejmować. Życie zdaje się prostsze.

    Jeśli jesteś wciąż na etapie marzeń, to chcę Ci powiedzieć: trwaj. Rób swoje. Być może to jeszcze nie ten moment, może dzieci albo finanse zatrzymują Cię przed poświęceniem się tworzeniu. Utrzymuj jednak kontakt ze swoją kreatywnością. Przepłukuj pióra, zaglądaj do starych tekstów. Szukaj kręgów pisarskich. Wiedz, że Twój umysł pracuje – dojrzewa, układa sobie, filtruje świat i doświadczenia. Inkubujesz. I przyjdzie ten czas, kiedy ockniesz się w swoich potencjałach i wszystko stanie się proste, oczywiste.

    Tego Ci życzę w nadchodzącym Roku, Autorze.
    Z głębi serca.

    m

  • Osobowość postaci

    Osobowość postaci

    Cześć, Autorze!

    Co tam u Ciebie? Śnieg? Deszcz? Szaleństwo zakupów? Świąteczne filmy?

    Przepraszam, zasypuję Cię pytaniami, ale to dlatego, że jestem podekscytowana. W tym tygodniu ustaliłam termin kolejnych warsztatów w Łodzi, także w styczniu szykuje się kreatywne spotkanie z ludźmi taki, jak Ty i ja! Wpadaj, jak masz chęć – widzimy się 7 stycznia w Bibliotece Wolność, godz. 11:00. Będziemy się rozpisywać na nowy rok, a prokrastynację zostawimy za sobą!

    Teraz już więc rozumiesz. Nie mogę się doczekać tego terminu, a przecież już i tak wypatruję Świąt. Powody do radości mi się namnożyły.
    W trakcie przygotowań do zajęć przeglądam zapiski o różnych ćwiczeniach i coś mi się przypomniało…

    Dawno temu koleżanki po piórze dopytywały znajomej psycholog, czy jej profesja pomaga tworzyć postaci. Wszyscy mamy na uwadze to, że nasze historie bez postaci nie mają sensu – nawet te najkrótsze. Jednocześnie chcemy, by bohaterowie byli ludzcy, prawdziwi, by czytelnik z łatwością mógł z nimi rezonować. Może nam się wydawać, że znajomość psychologii rozwiąże rozterki.

    I tak, i nie…

    Już mówię, dlaczego.

    Postać literacka to twór zupełnie różny od człowieka. To forma stworzona dla przekazania historii. Jej cechy są uproszczone, a uwaga czytelnika, swoiste światła reflektorów skupione są na kontrastujących cechach. Oczywiście można to robić subtelnie i pogłębiać tym samym naturalność postaci. W końcu nie ma potrzeby, by bohater eksplodował złością za każdym razem, jak przemawia, podczas gdy jego tęsknotą jest spokojne życie.

    Niemniej jednak postać to forma zamknięta w ramach prowadzonej opowieści, a jej przemiana zajdzie adekwatnie do wizji autora. Jako czytelnicy najpewniej nie dowiemy się, co się działo, gdy bohater miał lat trzy, z jakiego talerzyka lubił jeść i jakie kołysanki śpiewała mu babcia. Nie są nam potrzebne historie traum wyplecionych ze sobą w różnych proporcjach, by wyłonił się z nich człowiek. Ba! Często nawet nie wiemy, co naszego bohatera rozśmiesza!

    Człowiek jest złożony i gdy próbujemy siebie opisać, mamy problem. Bo jak? Co jest najważniejsze? Jakie są nasze dążenia? Co będzie chwalipięctwem? Nie wspomnę już o tym, że na ogół nie lubimy wokół siebie tak dużej uwagi. Wiele drobiazgów nas onieśmiela, bo coś w przeszłości stworzyło nam taki punkt odniesienia. Ciebie może coś zawstydzać, ja tymczasem zrobię to bez większego wysiłku.

    Poza tym, zachowujemy się inaczej w różnych grupach, a nawet w różnych relacjach. Zmienia nam się ton głosu, przyjmujemy inną postawę ciała. Próbujemy nowych rzeczy i bezustannie się czegoś uczymy.

    Już na tych przykładach widać bardzo mocne różnice między człowiekiem a postacią fabularną. Nie twierdzę przy tym, że nie warto rozmyślać o swoich postaciach, zaprzyjaźniać się z nimi. Sama przecież to robię i potrafię powiedzieć w środku nocy, jaka jest ulubiona piosenka Nany Conucci. Wydaje mi się zresztą, że w świecie filmowym pogłębiony obraz postaci bardzo dobrze się przyjmuje i jest to jednym z powodów tak wielkiego powodzenia kolejnych odsłon Marvela czy Gwiezdnych Wojen. Świat przedstawiony jest tam bardzo rozbudowany, a postaci poznajemy z biegiem w lat w bardzo różnorodnych sytuacjach i jako odbiorcy podczas seansu czujemy się wręcz swojsko.

    Na tych samych postaciach widać jednak, że potrzebne jest pewne wyczucie twórcy. Im bardziej logicznie i spójnie się postać zachowuje, tym lepiej z nią rezonujemy. Psychologia przydaje się zatem od kuchni. Zgłębianie książek poświęconych typom charakterów lub temperamentów pomaga nabierać wyczucia. Uświadamia nam, jak ważne jest, by zachować u bohatera na przykład spójność myślenia i poruszania się. Może podsuwać rodzaje chorób lub niepełnosprawności. Pomaga nam patrzeć na człowieka z zaciekawieniem i zrozumieniem. Dzięki temu możemy tworzyć postaci, które finalnie czytelnik odbiera jako bardziej autentyczne. W końcu jesteśmy ludźmi i natychmiast wyczuwamy fałsz.

    Jestem zanurzona w obu tych obszarach: psychologii i pisaniu, dlatego mogę mówić o tym z własnego doświadczenia. Zanim zaczęłam zgłębiać psychologię, moje postaci były papierowe. Wydawało mi się, że wystarczy, by coś mówiły, czasem popłakały, pośmiały się i tyle. Zajęło mi sporo czasu i dojrzewania zanim pojęłam, kim jest dla mnie postać literacka, a kim człowiek. Jeśli też masz z tym rozróżnieniem kłopot, to podsuwam książki takie jak: “Motywacja i osobowość” Abrahama Maslowa, “Ciało a stres” Gabora Maté czy “Style charakteru” Stephena M. Johnsona. To dobry początek dla pogłębienia tematu. Jeśli natomiast czytasz po angielsku, to polecam blog Helping Writers Become Authors – tam znajdziesz bardzo dobrze opracowane koncepcje budowy postaci. Świetnie też zajęła się tym Bonda w swojej “Maszynie do pisania”.

    To prawie gotowa lista prezentów dla Mikołaja, prawda?

    Pamiętaj tylko, że zarówno budowa postaci, jak poznawanie natury człowieka wymagają czasu i wprawy. Daj sobie to. Sięgaj po wiedzę, testuj i pozwalaj, by to w Tobie pracowało. A z czasem życzę Ci, by zaskoczyła Cię wspaniała postać, która wyłoni się na kartach Twojej powieści.

    Powodzenia,
    m

  • Poprawki poprawek

    Poprawki poprawek

    Cześć, Autorze!

    W tym tygodniu działam prężnie, a Ty? Nie tylko układam w głowie kolejne elementy fabuły historii o Nanie Conucci, ale i popełniłam kilka ważnych dla mnie postów, a na koniec podzieliłam się wiadomością o warsztatach, które będę prowadzić. Warsztaty o prokrastynacji to coś, do czego nieświadomie szykowałam się od dawna. Ostatnie miesiące zaś to porządkowanie i uświadamianie sobie narzędzi, jakie zebrałam do tego, żeby pisać zamiast tylko planować.

    Jestem więc podekscytowana i na pewno w najbliższym czasie jeszcze wrócimy do tego tematu.

    Dziś jednak obiecałam – opowiem o kolejnym etapie procesu pisania. Oczywiście u mnie, bo Ty piszesz swoje historie albo artykuły i masz na pewno własne określenia. I tak, wyjaśnię, po co mi ten świąteczny obrazek powyżej. Cierpliwości…

    U mnie po drafcie oraz impasto następują porządki.

    To jest taki moment, kiedy wklepałam ostatnie zdania, zegar wybił północ i ja już nie widzę nic w tekście. Czuję się wypluta, zmęczona, ale i mam satysfakcję. Przez chwilę łapię powietrze. Patrzę kątem oka na ukończoną formę. Drukuję. Trzymam swoje dzieło w ręce.

    A potem zaczynam nim gnębić osoby postronne.

    Najpierw chrzestną wszystkich moich tekstów: Paulinę Sieczkowską. To moja nieoceniona betareaderka. Nie dość, że rozumie, co chciałam przekazać, to jeszcze ma tyle serca do moich bohaterów, co i ja. Jej uwagi są na wagę złota. Dotyczą fabuły, ale i moich skrótów myślowych. Rytmiki prowadzenia opowieści. Zwrotów akcji.
    Zdarza się, że po jednej obróbce u Pauliny, z tekstu zostaje sam ogryzek i lepię ponownie całą resztę. Także tekst wędruje między nami aż dochodzimy do wniosku, że to jest to. Wtedy weryfikuje go mój zespół czytelników bliskich.
    Są mi bliscy, ale i szczerzy. Wyłapują literówki, dzielą się wrażeniami, zadają kluczowe pytania.

    To, co zainteresuje ich na tym etapie, jest dla mnie inspiracją do kolejnego tekstu. Jest to więc bardzo ważny element porządków – nadaje mi kierunek do dalszych prac.

    Na koniec tekst frunie do takich wprawionych rąk, jak te należące do Ady Johnson. Jako profesjonalna redaktorka (i pisarka z wielką wyobraźnią) magluje tekst na wszystkie strony.
    Nie ma zmiłuj, ale to wyciska z opowieści sam nektar.

    Ponownie partie tekstu mogą wędrować. Zdania zostają skasowane, akapity rozpisane. Toczą się dyskusje na tematy wszelkie – od tego, jak odmieniać imiona, przez to czy można zaglądać do bagażnika tak, by nie uchwyciły tego kamery garażu, po logikę zadawania ciosów w bójce.

    Tu trzeba być twardym, ale i elastycznym ;p

    Innymi słowy w pracy z redaktorem liczą się rzeczy takie: wiedz, co chcesz napisać i kim jesteś. Znajdź wspaniałego redaktora, najlepiej takiego, który lubi gatunek, w którym piszesz. Przygotuj się na uzasadnienia i wiedz, na co możesz się zgodzić.

    Jak już obie strony są zgodne, że mogą się bez blamażu pod tekstem podpisać, to pora na czas korekty. To już raczej drobiazgi. Mogą się pojawić literówki, jakieś przesunięcia przy rozkładaniu tekstu na układ druku (tzw. łamanie – jak okrutnie to brzmi na zakończenie prac, co?), także warto poświecić czas na dopieszczenie.

    Taki wymuskany, wypieszczony tekst przestaje być już tylko mój. Należy do odbiorcy. Zrobiłam robotę, mogę napić się ze spokojem kawy, a czytelnik może się cieszyć lekturą.

    I tak to wygląda u mnie i od strony technicznej.

    A jeśli piszę artykuły? W przybliżeniu tak samo, tylko tekst zamiast przechodzić przez tyle rąk, przechodzi czas leżakowania i sprawdzam, czy będę z niego zadowolona. Czy mnie reprezentuje tak, jak tego chcę. W miarę możliwości, czy będę z niego zadowolona za rok.

    Jeśli więc chcesz pisać książki, to weź to przemyśl…

    Nie, to żart. Pisz! I pisz bez obciążeń, bo zobacz, ile osób jeszcze pomoże Ci uporządkować tekst! Pisz radośnie! I pisz dużo! Na świecie jest miejsce na wielu Stephenów Kingów!

    Szerokich akapitów!
    m

  • Impasto

    Impasto

    Cześć, Autorze!

    Moja podróż jest zwariowana w ostatnich miesiącach i oto, nieplanowanie, jestem nad morzem. Jest pięknie. Wielkie mewy polują na resztki, pająki biegają w poszukiwaniu schronienia, a mnie na plaży wielobarwne kamyki usuwają się spod stóp. Wiatr tańczy niezmęczenie, spraszając na swoją imprezę coraz to lepiej umalowane chmury. Doprawdy, magiczny początek jesieni.

    Nie mylisz się, jeśli już zaświtała Ci myśl, że do czegoś zmierzam z pomocą malowniczego opisu. Żadna to zagadka, jeśli pamiętasz mój poprzedni list albo wiesz, co oznacza tytuł nad tym tekstem.

    Impasto.
    Wspaniała technika malarska, która mnie sprawdza się również w pisaniu. Do określania mojego rzemiosła używam wielu słów, na przykład “lepię”, “sklejam”, “wycinam”. Najwyższa prawda jednak jest taka, że ja… maluję. Warstwami staram się stworzyć opowieść jak najbardziej trójwymiarową. Uważam, że praktyka czyni mistrza i im dłużej w ten sposób pracuję, tym lepsze efekty przychodzą.

    Pierwsza warstwa to podstawa historii, ale na niej zachodzi najwięcej zmian. Niektóre partie zdrapuję, inne zamalowuję, a jeszcze inne stanowią podkład dla głębi koloru na pierwszym planie.
    Tak, jest to czasochłonne. Wymaga nabywania dystansu do tekstu, by widzieć efekty. Odpowiada mi to jednak, ponieważ w ten sposób poznaję historię bardziej. Zanurzam się w nią i cieszę feerią barw. Nie zakładam od początku, że wiem. Jestem tu, by się przyglądać, zadawać pytania… czasem w kółko te same… i zapisywać, malować kolejne warstwy.

    Diabeł tkwi w szczegółach, a na właściwe ich rozmieszczenie potrzeba wyczucia. To zaś przychodzi z wprawą i dojrzałością. Dawniej nie myślałam o wielu elementach historii. Teraz zwracam uwagę na zaskakujące szczegóły. Doceniam subtelne różnice w wypowiedziach bohaterów. Upewniam się, że ich tło kulturowe barwi ich zachowanie. Najlepiej, jak potrafię, próbuję oddać życie w ich świecie. Zgłębiam research i często doczytuję lub pytam o rzeczy, które nigdy nie znajdą się w tekście, ale nadają mu ton.

    Nie twierdzę wcale, że to jest najlepsza technika. Sprawdza mi się jednak i właśnie na tym etapie prac jestem. Dokładam kolejny puzzelek do historii Nany Conucchi i bardzo się cieszę, że mogę być akurat nad morzem. To mnie i Nanę łączy – miłość do morza. Chłonę więc zapachy, dotykam spienionej wody i zanurzam się w świat Nany.

    Już niebawem mój tekst przejdzie w kolejny etap procesu powstawania.
    Napiszę Ci o nim niebawem.
    Tymczasem czekam na Twoje słowo lub dwa o tym, jak Ty lepisz teksty. Może łączy nas więcej, niż nam się zdaje…?

    Pozdrawiam morsko,
    m

  • O drafcie

    O drafcie

    Cześć, Autorze!

    W tym tygodniu moje pisanie było bardzo owocne. Mam nadzieję, że u Ciebie równie pozytywnie?

    Siadam do tego listu z głową pełną świeżych obserwacji o tym, jak piszę drafty. Bawi mnie zawsze to słowo, bo kojarzy się z kartką, którą można potargać i w ten sposób pasuje mi bardziej niż “szkic”. I tu muszę się przyznać, że ja targam z radością. Nie mam ani krzty litości dla tekstu, który jest mi zbędny. Czuję, że to już coś, co nie przynosi mi pożytku i najlepsze, co mogę z tym zrobić, to… unicestwić! Ale… od początku.

    Dawniej nie rozróżniałam pisania szkicu od pisania właściwego tekstu. Było to związane z pisaniem głównie do szuflady i faktem, że moimi czytelnikami byli w zasadzie tylko bliscy. Odkąd zaczęłam wymieniać się moimi tekstami z innymi piszącymi, naturalnym stało się dostrzeganie procesu, przez jaki moje teksty przechodzą. Proces ten z kolei podzieliłabym na trzy potężne etapy:

    Draft.
    Impasto.
    Sprzątanie.

    Draft – zaraz się nim zajmiemy. Impasto to dla mnie najlepsze określenie na to, jak lepię tekst. Podobnie, jak mój ukochany Proust, dokładam warstwy. Tu dopiszę, tam uzupełnię. Uwypuklam, barwię. Dodaję światła, a czasem zmieniam perspektywę lub coś przestawię. Poświęcę jeszcze temu więcej uwagi w kolejnym liście do Ciebie.

    Sprzątanie odbywa się już po zakończeniu tekstu przeze mnie. Zaprasza do współpracy betareaderów i redaktorkę. Słucham uwag, jeszcze zmieniam. Wyrzucam partie, tnę. Jestem bezlitosna. Tekst już nie jest niańczony, choć oczywiście kocham go do cna i walczę o niego, jak lwica. Rozumiem jednak, że zaraz wyfrunie mi z gniazda. Do tego też w przyszłości wrócimy.

    Draft to dla mnie zapis podstawowego pomysłu. Im więcej razy to robię, tym bardziej pozwalam by pierwsza wizja wypływała ze wszystkimi głupotami. Nabieram do siebie coraz więcej zaufania. Piszę emocjonalnie. Poddaję się działaniom wyobraźni.

    Towarzyszy temu wiele radości, wewnętrzny krytyk jest wyciszony, a tekst jak ciastolina. Na tym etapie dbam tylko o zapis – żeby było przejrzyście i jak się należy, zgodnie z zasadami języka. Dbam o odstępy i akapity. Rozpisuję dialogi, ale nie bawię się w tła. Zaznaczam miejsca większych opisów lub odniesienia do metafor, ale nie rozwijam ich. Podobnie daję sobie odnośniki do researchu, na który nie wpadłam wcześniej.

    Jak więc widzisz, jest to etap zabawy z wyobraźnią.

    Taką formę mogę pisać wszędzie, a później doklejać kawałki zapisane w telefonie, na kartce lub w pamiętniku. Potrzebuję na tym etapie też chwil ciszy i gapienia się w przestrzeń, żebym mogła zagłębić się w wizję. Słucham wyobraźni i próbuję zrozumieć, o czym jest historia, która do mnie przyszła.

    Kiedy już natomiast piszę, mam chwile różne. Bywa tak, że sceny przychodzą mi z większym trudem albo miewam przestoje, ale nauczyłam się pozwalać sobie na to i po prostu odnotowywać kierunek, w jakim chcę poprowadzić scenę. Na późniejszym etapie okazuje się to pomocne – są to punkty odniesienia, po których weryfikuję pomysły, rozplanowanie i zwięzłość fabuły.

    Jeśli jestem zadowolona i mam poczucie, że zapisałam całość wstępnej koncepcji, zostawiam tekst na dzień lub dwa. Po tym czasie drukuję go i w ten sposób przechodzę pomalutku do impasto.

    Dobrze wiem, że każdy z nas ma swoje techniki i uznaję dzielenie się nimi za inspirujące. Dzięki temu możemy też dostrzegać niewspierające przekonania, na przykład jak ten o pisaniu ideałów.

    Dla mnie tworzenie tekstu to stawianie budynku. Plan może być doskonały natomiast wykonanie przychodzi etapami i na każdym możliwe jest nanoszenie poprawek. Być może w ten sposób tekst jest też dla mnie żywym tworem… Pracuję nad nim zgodnie z moimi możliwościami, z rzeczywistością wokół mnie i z potrzebami, jakie pobudza we mnie tekst. W taki sposób podchodzę do tworzenia tekstu dziś. Za rok może to ulec bardzo dużej zmianie. Nabieram przecież wprawy, ciągle uczę się czegoś nowego o pisaniu i podchodzę do mojego pisania jak do bezustannie otwartego projektu.

    Niczego nie mogę Ci tu polecić, za to jestem bardzo ciekawa Twojego podejścia. W jaki sposób tworzysz? W jaki sposób podchodzisz do swojego tekstu? Jaką masz relację ze swoim pisaniem?

    Pozdrawiam zaciekawiona,
    m

Magdalena Krok Naprzód
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.