Brakowało Ci mnie? Pomyślałam, że mogło troszkę brakować, więc już daję znać: wszystko u mnie dobrze. Jak to w wakacje, były rozjazdy, wyjazdy, rozluźnienie. Jednocześnie dopinałam część projektów, a inne w końcu przekładałam do worka: “w trakcie”.
Niebawem będę się nimi dzielić i chwalić.
To szczególna dla mnie jesień, ponieważ idą zmiany.
Dawno temu złożyłam sobie obietnicę, że zaprowadzę w moim życiu harmonię.
Wiedziałam już, o co mi chodzi i w czym czuję się dobra, więc naturalnym stało się podążanie za wnioskami. Plan się dopełnia od jakiegoś czasu, ale w tym roku zmiana jest wyrazista i staram się bardzo przechodzić przez nią jak najbardziej świadomie.
Piszę Ci o tym dlatego, że tak wiele wspominam o konsekwencji, o budowaniu i nie chcę, żeby teraz zdawało Ci się, że to wszystko bzdura.
Nie śpię. Działam.
Znaczy sypiam dobrze, ale konsekwentnie spełniam moje marzenia.
Niebawem będę miała znów czas na dłuższe posty, a tymczasem
Co słychać? Co czytasz? Co piszesz? Czym się inspirujesz?
Czy mówiłam Ci kiedyś, jak lubię poznawać nowe słowa? Wprost uwielbiam, kiedy czytam książkę i odkrywam nowości. Mogą to być słowa, które po prostu wypadły z użytku albo sięgamy po nie tak rzadko, że są mi obce.
Czuję wobec takich słów wystrzał energii. Umysł mi się otwiera i chłonie. Cieszę się niczym dziecko z nowej zabawki. Ekscytuje mnie dodatkowo, jeśli są to słowa dźwięczne, jak na przykład: “barłog”. Głoski wręcz tańczą na języku!
Jednakże słowo takie, jak: “westybul”, które brzmi płasko niczym Wielkie Równiny, też rozbudza moje synapsy. Czym dokładnie jest ten tajemniczy przedsionek? Jak wygląda? Gdzie go znajdę? To zaproszenie do nowego świata!
“Portyki”, “kajet”, “kurhan” i “trytytki” – od samego wymieniania szaleje wyobraźnia!
Kocham za to pisanie i czytanie jeszcze bardziej!
Słowa zawsze mnie skłaniają do zgłębiania wiedzy!
Z tych samych względów uwielbiałam jeździć na wykłady prof. Miodka do Wrocławia. Ile było tam pasji! Brzmienie, dociekliwość i wspaniała dykcja przynosiły mi więcej radości, niż najlepszy koncert (a pamiętaj, że kocham muzykę!).
Dziś brakuje mi czasu na wysłuchiwanie wykładów, ale zawsze z ciekawością podpatruję ciekawostki językowe i zagapiam się w obce mi słowa w książkach. Na chwilę otulam się ekscytacją, a później pędzę dalej przez tekst.
Jak się masz? W którym świecie przebywasz: twórczym czy nietwórczym?
Niedawno pisałam o tym, jakie ważne jest otaczanie się stadem spod tej samej etykiety. Dziś chcę zwrócić uwagę na inny aspekt.
Bez nietwórczego świata też się nie da.
Oczywiście dobrze, żeby to nie były światy na zasadzie kontrastu. Tutaj też muszą być ludzie odpowiedni: pełni szacunku, o podobnych wartościach i tacy, wobec których czujesz się swobodnie. Inaczej życie staje się bardzo skomplikowane.
Czym jednak jest dla mnie nietwórczy świat?
To te przestrzenie w życiu, kiedy zajmuję się zakupami, remontami, praniem kota. Kiedy spotykam się na ploty ze znajomymi, którzy nie wiedzą nic o budowaniu fabuły. Może to też być czas tanecznego szaleństwa, śpiewów i tarzania się ze śmiechu. To chwile, kiedy prowadzę warsztaty medytacji albo pracuję coachingowo z nieliterackimi klientami.
Dzięki temu podtrzymuję balans.
Bardzo fajnie pisała o tym Bonda w “Maszynie do pisania”. Wspomniała, jakie to ważne, by wstać od biurka, naprawić kran albo pomyć gary.
Przeniesienie uwagi na temat zupełnie niezwiązany z tekstem jest zdrowe.
Jesteśmy pisarzami, prozaikami, publicystami, ale też jesteśmy po prostu ludźmi. Bez doświadczania życia, wyzwań, nie zgromadzimy doświadczeń, które posłużą za inspirację.
Grunt, by zachować odpowiednie proporcje.
Nie wiem, jakie są najlepsze. Zdaje mi się to indywidualne.
Dla mnie wyznacznikiem jest podtrzymywanie kontaktu z tekstem. Dopóki mogę swobodnie przypomnieć sobie, o czym napisałam ostatnią scenę, emocje wciąż we mnie są, jest OK. Jeśli natomiast wymaga to przekopania się przez stosy notatek, to już pora dzwonić na alarm.
Przyznam się szczerze, że jeszcze nie potrafię zauważyć momentu przed alarmem. Zdarza mi się zagłębić w nietwórczy świat za bardzo. Rozumiem już jednak, dlaczego tak się dzieje i szukam w życiu takich zmian, które pomogą mi szanować swoje proporcje. Za jakieś pół roku dam znać, jakie mam obserwacje.
Tymczasem ciekawa jestem Twoich technik i spostrzeżeń. Napisz, jak to u Ciebie wygląda.
Znasz ten stan, kiedy czegoś bardzo chcesz, ale świat i los, i kto wie, co jeszcze, zdają się po prostu nie składać?
Pisałam niedawno o realistycznym podejściu do życia. Tutaj zdecydowanie też się przydaje… o czym sama zapominam.
Mam strusia pędziwiatra w sobie. Łączy się z wewnętrznym perfekcjonistą. Jak już obiorę cel, to chcę się u niego znaleźć. Już! Natychmiast! I na 100%. Mam wielkie wizje, że wszystko idzie cudownie i po mojej myśli. Nawet, jeśli pojawiają się przeszkody, to skaczę nad nimi jak preriowy króliczek.
Nic mi nie straszne!
A potem budzę się umęczona, bo właśnie ile można skakać i lawirować. Przeszkód jest za wiele, cel się oddala. Myśli w głowie się mnożą, niezadowolenie z siebie rośnie.
Bez sensu.
Wszystko zaczyna się w głowie i spojrzeniu na świat.
Z wiekiem wydaje się, że łapiemy coraz więcej dystansu, wprawy i lekkości. Ja na pewno się uelastyczniłam i ufam swojej umiejętności spadania na cztery łapy.
Pobieram od świata kolejną naukę: nie wszystko naraz.
Jest w tym sporo mądrości, bo kiedy biorę na siebie zbyt wiele planów, projektów i nawet marzeń, żadne z nich nie może wybrzmieć, do żadnego nie mam serca i frustruje mnie stanie wobec nich w miejscu.
Zdarza się również, że pomocne osoby, dzięki którym miałam do celu wręcz doskoczyć, też mają swoje przeszkody. Samo życie.
Jak bardzo odległe od życia stworzyliśmy podejście: wszystko na już, za pomocą jednego kliknięcia. Zdaje się ono wykładnią obecnego społeczeństwa Zachodu i męczy nas kolektywnie.
Bierzemy kredyty, żeby już kupić i mieć. Godzimy się na byle wydawcę, żeby znaleźć się już na półkach. Podpisujemy umowy natychmiast, zamiast skonsultować się z prawnikiem. Wrzucamy posty, by otrzymać już-reakcję.
Życie, a pisanie tym bardziej, to sztuka warzenia. Pyrkoli pomalutku. I do wszystkiego dojrzewa w swoim czasie.
Po pierwsze potrzeba czasu, by zrozumieć, co chce się pisać. Jak. Po co. Zyskać dystans do swoich tekstów, by móc je poprawiać i przepisywać. Więcej dystansu, żeby poprawiać mogli je inni. Potrzebujemy dojrzeć, by mówić solidne: “Nie”, by współpracować z właściwymi ludźmi.
Może masz już w szufladzie gotowy tekst. Bardzo chcesz zobaczyć go już w księgarni. Głęboko wierzysz, że właśnie tym podbijesz serca czytelników. Wydawca jednak się z Tobą nie zgadza. Nie ma przestrzeni, zapotrzebowania. To nie ten czas.
Weź głęboki wdech i wypuść powietrze. Pozwól sobie jeszcze dojrzeć. Szlifuj warsztat. Ucz się. Działaj nad swoją pasją, bo to ona przynosi Ci uśmiech w oczy. To poprzez nią przytulasz swoją duszę.
Być może coś innego wymaga Twojej obecności i działań w świecie nietwórczym. Sprawdź. Zaopiekuj się. I ufaj, że Twój czas nadejdzie. Bo nadejdzie, ja wiem.
Czym się karmisz? Jako twórca oczywiście. Co czytasz, czego doświadczasz i co oglądasz? Czy przyglądasz się temu, jak odbierane treści, działają na Ciebie?
Dawno temu przeczytałam zasadę o trzymaniu się z ludźmi spod tej samej etykiety i bardzo mi się nie spodobała. Postanowiłam nawet udowodnić jej bezzasadność.
Mocno się poturbowałam.
Dziś tę zasadę doceniam i czuję się jak brzydkie kaczątko po odnalezieniu stada łabędzi. Innymi słowy czuję się na miejscu, kiedy jestem wśród ludzi twórczych. Jeśli mogę otaczać się pisarzami, to już w ogóle jestem szczęśliwa, rozkładam skrzydła. Jeśli mogę z tymi pisarzami współpracować, rozmawiać o tekstach, to zaczynam szybować w przestworzach.
„Ludzie spod tej samej etykiety” ma jednak wiele znaczeń i płaszczyzn.
Oznacza dla mnie ludzi ciekawych świata, otwartych na różnorodność i rozwiązania, miłośników zwierząt, pasjonatów nowych smaków, degustatorów sztuk wizualnych, introwertyków, empatów.
Kryje się też za tym pływanie na właściwej fali. Dla mnie to fala sztuki, dobrego filmu, wybornej muzyki, medytacji, nocnych przemyśleń i rozmów pełnych refleksji.
Jeśli coś mnie zmusza do odpłynięcia w inne rejony, robię się niespokojna.
To dlatego, że wiem, jak bardzo inne nurty są niebezpieczne, jak mnie porywają i niosą daleko na nieznane wody aż tracę siły. Mój umysł postrzega to jako zagrożenie dla integralności.
Mówię tu szczególnie o pozbawionych sensu obowiązkach (bo na przykład pracodawca coś sobie wymyślił), konieczności załatwiania spraw urzędowych (wszelkich i na dwa państwa), wkręcaniu się w politykę (bo dziś ciężko ignorować temat, a zarazem ciężko zachować spokój), scrollowaniu social mediów (chyba to wszyscy czasami robimy, co nie?), kręceniu się bez celu po lotnisku (samotne podróże zużyły moje nastawienie: “Ahoj, przygodo!”), szkoleniach BHP (aż skóra drętwieje na samo hasło).
Ot, masz teraz listę moich głównych wrogów, moich największych wyzwań.
Kiedy mnie już porwą te nurty, to tylko słuszny gniew pomaga wrócić na brzeg. Tam muszę trochę odetchnąć, odzyskać azymut i mogę płynąć dalej.
Kosztuje to jednak sporo energii i tu przydaje się właściwa odżywka. Książka, film czy przyjaciel. Bijące po oczach wielkie etykiety, dzięki którym wracam do bycia sobą.
Polecam więc gromadzenie swojego stada. Cokolwiek Ci służy, miej to blisko. Otulaj się i korzystaj w chwilach słabości. Tak życie staje się lżejsze.
Jak idzie planowanie wakacji i odnajdywanie się w tym letnim czasie? Ja już zabrałam kapelusz, spakowałam walizkę i nawet wróciłam. Minęła cudowna pora, by grzać się w słońcu, chłonąć górskie powietrze i robić nic.
Mam w tym tygodniu refleksje dotyczące prokrastynacji, ale inaczej. Mianowicie sporo się nasłuchałam od piszących o tym, jak bardzo pisanie wymaga od nas konsekwencji. Czujemy to pod skórą, mówią o tym poradniki. Zjawiaj się nad kartką. Bądź przy klawiaturze. Rób przestrzeń na pisanie, nawet jeśli nie napiszesz niczego.
To wszystko prawda, na dodatek bardzo pomocna. Rytm pracy i stabilny harmonogram to struktura, na której możemy budować nawet ogromne projekty. Dziś jednak przykuwa moją uwagę pewien aspekt.
Skąd w nas poczucie, że konsekwencji działania musimy się nauczyć?
Od pierwszych dni życia jesteśmy konsekwentni!
Z uporem poruszamy rączkami i nóżkami. Bezustannie próbujemy złapać dany przedmiot. Ćwiczymy mięśnie twarzy aż nauczymy się uśmiechu! A kiedy już opanujemy te sztuczki, zaczynamy siadać. Znów i znów.
O wstawaniu nie wspomnę!
Konsekwencja jest więc naszą opcją podstawową.
Mamy ją wgraną, z czasem tylko aktualizacje się kotłują.
Myślę sobie więc, że warto instalować je pojedynczo.
Bardzo często narzucamy sobie plany zgodne z oczekiwaniami, nie bacząc na faktyczne okoliczności, co prowadzi do poczucia przeciążenia. Zwoje się przepalają.
Realistyczne patrzenie na świat, na swoje możliwości i moce leży w naszej władzy. Panujemy nad tym. Jesteśmy w pełni decyzyjni.
Być może teraz się burzysz, ale czytaj dalej.
Jak często czujesz, że trzeba coś zrobić inaczej, ale upierasz się przy nieadekwatnym podejściu? Jak często po prostu nie chcesz zmienić swojej wizji, bo sprawdziła się raz lub lata temu? Jak często myślisz, że jakoś to pisanie pójdzie, chociaż dobrze wiesz, że przy pracy, rodzinie i domowych obowiązkach pisanie to ostatnie, o czym masz siłę pomyśleć na koniec dnia? Jak często narzekasz, że postaciom brak autentyczności, ale odrzucasz kursy, poradniki i blogi, które mogłyby ten problem rozwiązać? Jak często sypie się fabuła, ale uparcie nie planujesz, bo to usztywniające i nudne, niewarte artysty?
Dałam Ci do myślenia?
Jednocześnie zobacz, że używasz w tym konsekwencji, tyle że negatywnie. Negatywna konsekwencja to upór oparty na tunelowym podejściu do życia.
Mało w tym kreatywności, prawda?
Dlatego właśnie zacznij już dziś. Pomału rób aktualizacje własnego systemu aż zrobisz porządek. Zajmij się tym, co najważniejsze, lub drobiazgami – zgodnie z tym, co lepiej Cię zmotywuje.
Przywracaj funkcję wrodzonej konsekwencji.
I buduj na niej swoje twórcze życie.
Moja nauka konsekwencji owocuje tym oto, pięćdziesiątym listem do Ciebie. Rok temu postawiłam stronę na nowo. Niczego tutaj nie było. Dziś jest całkiem spory materiał na książkę 🙂
Konsekwentne działanie popłaca – czujesz to natychmiast, a także budujesz w sobie pozytywny stan, który wzmacnia wiarę w siebie, zaufanie do siebie, poczucie wewnątrzsterowności. To się przekłada na jakość życia.
Jak się czujesz w te słoneczne dni? Czy u Ciebie równie ciepło? Deszczowo? Burzowo?
U mnie trwa ładowanie baterii, które już za chwilkę zamieni się w oficjalne wakacje.
Sporo myślę o dojrzewaniu do tworzenia. Kiedy miałam jedenaście lat zapakowałam do koperty wystukane na maszynie bajki i wysłałam je do wydawnictwa. Miesiąc czekałam na odpowiedź, a każde zdanie z listu czytałam milion razy. Na pewno wielu kwestii nie rozumiałam, ale dojrzała wtedy we mnie odwaga.
Naprzestrzenilattaodwagakurczyłasię, a wiedzawzrastała. Stawałam się introwertyczną kobietą z bagażem doświadczeń.
Różne stany emocjonalne wpływały na moje podejście i jakość pisania. Teksty, którestraciłam, nauczyłymniewiele. Najpierw maniakalnych odruchów zapisywania, a później stopniowo wiarywsiebie, botoprzecieżjapiszę. To ja jestem źródłem, a każde zapisane zdanie to więcej wprawy i mądrości. Może być zatem tylko lepiej i dziś wiem, że nie ma co rozpaczać nad straconymi tekstami.
Dojrzewałam warsztatowo i to nigdy się nie skończy. Nie uważam się za pisarską geniuszkę. Uczę się ciągle, szlifuję, sięgam po nowe narzędzia. Jestem ciekawa innych perspektyw i wiecznie dopytuję o różne techniki. Widzę po tekstach, jak praca nad warsztatem popłaca. Nabierają barw, mięsistości, coraz lepiej wyrażają moją pewność.
Najwięcej dojrzałości jednak to efekt moich indywidualnych doświadczeń. Moich reakcji na świat.
Dawno temu obrałam sobie drogę przez życie. Obiecałam życie kochać, degustować się jego menu, jakie by nie było. Obiecałam trzymać serce otwarte, umysł w ciekawości. Pytać. Uczyć się egzekwować sprawiedliwość względem siebie.
Powiem Ci, Autorze, że to nie jest łatwa droga. O wiele łatwiej byłoby czasem czegoś nie dostrzec i nie filtrować przez siebie. Zamrozić relacje i zimnym podmuchem trzymać zdarzenia na dystans.
Bywało bardzo ciężko, bo człowiek, taki jak ja, naiwnie wierzy, że ludzie mają podobne założenia. Musiałam przyjąć do serca fakty o: patologicznych, toksycznych relacjach; nałogach i kompulsjach; projekcjach i przeniesieniach; egoistycznych intencjach; ułomności emocjonalnej i znieczulicy.
Kosztowało mnie to sporo łez, energii i emocjonalnego wyczerpania. Przyjaciel zapytał mnie któregoś dnia, dlaczego o tym nie napiszę. Nie potrafiłam. Bałam się skleić światy z mojej wyobraźni z tym, czego realnie doświadczałam. Bałam się, że w ten sposób stracę panowanie nad sytuacją i już nic mnie nie uratuje, nie przyniesie wytchnienia.
Pomalutku czerpałam siły z nauczycieli. Słuchałam mądrości i z ich wsparciem zaglądałam w siebie. Nabierałam dystansu.
Odkleiłam spojrzenie na sytuacje od doświadczania. I dzięki temu mogłam w końcu skleić doświadczenia z wyobraźnią.
Na swoich zasadach zaczęłam filtrować, by to, co przeżyłam, wzbogacało moje teksty.
Dziś piszę Ci o tym z wdzięcznością. Jeszcze otulam się łagodnie i czasem smucę, że musiałam cierpieć, ale głównie doceniam. Mrok kształtuje światło. Zmusza do przemyśleń i poszukiwania rozwiązań, a to z kolei poszerza horyzonty. Ludzie, którzy przyczynili się do moich łez, nie wzrastali. Być może wciąż są tacy, jakimi ich pamiętam.
Ja wzrosłam.
Znalazłam inne drogi. Odważyłam się na więcej, niż sądziłam, że mogę. Z każdym nowym rozwiązaniem budowałam siebie. I w tym wszystkim utrzymałam serce otwarte.
Dzięki temu mogę napisać mięsistą powieść. Moi bohaterowie są autentyczni, bo budowani na mojej wrażliwości i doświadczeniach. Nabyta wiedza to rusztowanie dla związków przyczynowo-skutkowych. Moje przeżycia to wykładnia natury życia, a ono jest karmicznie sprawiedliwe.
Dostrzeganie tego, czerpanie i finalnie przekuwanie w tekst uważam za twórczą dojrzałość. Idę w to z zaufaniem, by dojrzewać dalej.
Jak Ci minęły ostatnie dni? Co robisz? Co planujesz? O czym myślisz?
U mnie czas wytchnienia. Zrobiłam, co mogłam, by zorganizować się na zapas i dziś mogę po prostu siedzieć i gapić się w chmury. Robię to z tym większą przyjemnością, że wiem, jakie wspaniałe korzyści przynosi to mojemu mózgowi. Dawniej myślałam, że to tylko fanaberia, potrzeba resetu. Dziś wiem, że to też czas dbania o synapsy.
Gapię się więc bezczelnie.
W ruch poszły kredki i stare kolorowanki. Nie takie dla dorosłych, bo one stresują mnie detalami. Po prostu stare, dobre rysunki klasycznych animacji, ostrzenie kredek i dopasowywanie kolorów. Jaskółki fruwają, liście lipy szumią za oknem, a ja smaruję po papierze.
Muzyką odcinam się od dźwięków nieprzyjemnych. I siedzę tak sobie na randce z nutami, w ciemności. Zanurzam zmysły, pozwalam sobie po prostu doświadczać. Muzyka to moje ukojenie, nośnik emocji i filtr świata. Rzeczywistość odbieram poprzez częstotliwości, w relacje wchodzę na odpowiednich falach. Moja dusza jest pewnie muzyką.
Umysł zatem odpoczywa.
Ciało karmi się pysznym jedzeniem. Smakuję kolejno owoce – te chrupiące, soczyste i słodkie. Od czasu do czasu przegryzam coś, co wykrzywia mi usta.
Przełykam ciepłą kawę i komponuję ją z ciastem z lokalnej ciastkarni.
Na spacer idę w towarzystwie miłości, by spotkać się z drzewami i trawą. Zaglądam w krzewy, zbieram stokrotki. Przyglądam się psom, które za pan brat mają się z radością.
Na te dni odłożyłam obowiązki, zapomniałam, co to oczekiwania. Odarta z planów, po prostu jestem. I tylko na tym się koncentruję. Balans wraca samoczynnie.
Jest czas na sentyment, więc sięgam po starego przyjaciela Goodkinda i czytam. Nie przejmuję się tym, co jest nie tak. To moja podróż w beztroskę. Cieszę się nią, pozwalam być i witam chwile.
Jaką wiedzą karmisz się ostatnimi dniami? Mamy do niej dostęp łatwy, jak nigdy. Czego sobie nie wymyślimy, Internet otwiera przed nami bezmiar informacji, opcje kontaktu z ludźmi nawet na drugim końcu świata i podglądania miejsc, do których nie dotarliśmy fizycznie.
Z sentymentem wspominam dni, kiedy zabierałam notes do biblioteki i szperałam w katalogach. Stosy właściwych tytułów czekały na mnie w zaprzyjaźnionych filiach. Szum kartek, zapach papieru i atmosfera skupienia tworzyły symfonię z moim zaciekawieniem.
Znasz to?
Dziś wpadam w bezmiar wiedzy. Ekscytuję się być może bardziej, ale i tęsknię za kolektywnym poszukiwaniem. Na szczęście niesie mnie ten sam głód pogłębiania informacji, a za nimi podąża inspiracja.
Zatoczyłam wielkie kręgi gromadzenia wiadomości i po kilku tygodniach zbliżam się do sedna.
Wszystko dlatego, że w obecnie wystukiwanym na klawiaturze tekście bohaterem uczyniłam Indianina. Najpierw przypomniałam sobie wszystkie filmy z dzieciństwa, a później mowę oscarową, którą Marie Louise Cruz z plemienia Apaczów wykonała w imieniu Marlona Brando. Zdałam sobie sprawę, że o Indianach współczesnych wiem bardzo mało.
Początkowe błądzenie po Internecie przerodziło się w pełne pasji studiowanie. Odezwałam się do stowarzyszeń rdzennych Amerykanów. Z każdą informacją moje zrozumienie rosło, a bohater zyskiwał kolejną warstwę.
Rdzenni mają niebywale bogatą kulturę. Języki i obyczaje, których ilość może konkurować z europejskimi (i to wliczając gwary!). Przynależność do ziemi jest w nich tak silna, jak w naszych przodkach. Podtrzymywanie tradycji w trakcie weekendowych festiwali Pow Wow podtrzymuje symboliczny ogień plemiennych palenisk. Elastyczne podejście do trudności pozwoliło rdzennym przyjąć zachodnie koncepcje religijne. Jednocześnie wieki niszczenia rdzennej kultury przekładają się na dzisiejsze życie. Obumieranie języków i obyczajów, bieda, wysoka przestępczość i postrzeganie rdzennych jako gorszych trwa.
Przedstawiciele plemion od Czirokezów, przez Lakotów po Nawaho mówią zgodnie: “Wciąż tu jesteśmy”.
Te słowa przeszywają mnie na wskroś – swoją prostotą i szczerością. To wyraz potęgi ducha. Oświadczenie mocniejsze niż girlandy słów celebrytów i polityków.
“Wciąż tu jesteśmy”.
W tym punkcie moich researchów zaczęłam się zastanawiać, dlaczego rdzenni tak mnie poruszają? Z tego, co wiem, w moich żyłach raczej nie płynie krew żadnego z amerykańskich plemion. Serce jednak zapala mi się na niesprawiedliwość. Umiłowanie kultur, które nie miały za bardzo szansy przetrwać do dzisiejszych czasów, to paliwo dla opowieści. Czuję, że jest tam wiedza i mądrość, którą, przez ignorancję przodków, musimy odkrywać na nowo. Mam potrzebę sięgać do niej i chociaż sygnalizować jej istnienie, skoro brak mi takiego poziomu ekspertyzy, by nieść ją dalej.
Tak, to moja idealistyczna i może nieco romantyczna strona…
W każdym razie, po przeczytaniu tony tekstów, obejrzeniu reportaży, przyszedł czas na rozrywkę. Lubię obłożyć się wiedzą, a później zanurkować w empatię, by przekazać jak najlepszy obraz świata moich bohaterów.
Szukałam czegoś dobrego jakościowo i tak trafiłam na serial: “1883”. Przez kilka dni oglądałam zmagania europejskich osiedleńców, którzy na nowy dom wybrali Oregon. Serial pokazuje ich jako ludzi poszukujących swojego miejsca, niegodzących się na życie pod jarzmem tyranów. To marzyciele, którzy wyprawili się na drugi koniec świata bez przygotowania, bez znajomości ziemi i zagrożeń. To też ludzie, którzy, mimo przeciwności, idą naprzód.
Na ich nieszczęście przemierzana ziemia miała już swoich mieszkańców. I nie mówię tylko o wilkach czy grzechotnikach, ale o plemionach, które słynęły ze swojej waleczności.
Taylor Sheridan postarał się, by w jego dziele oddać rdzennym sprawiedliwość. Powiedział zresztą: “Nie ma chyba innej grupy społecznej, przedstawionej w amerykańskim kinie bardziej mylnie, niż rdzenni Amerykanie. Jeśli tylko mogę ten wizerunek poprawić i przedstawić go zgodnie z prawdą historyczną, zrobię to”.
Dlatego właśnie na plan zaproszono tubylczych konsultantów, użyto tradycyjnych artefaktów, a obyczaje przedstawiono z autentycznością. Dzięki temu poznajemy technologię, medycynę i wymiar sprawiedliwości mieszkańców tamtych ziem, i to z różnych plemion.
Fabuła jest prowadzona na tyle dobrze, że podbiła nie tylko moje serce i wyobraźnię, ale i dała mi do myślenia. Uzmysłowiłam sobie, że historia była świadkiem bardzo pierwotnego procesu: mocniejszy pokonał słabszego.
Cywilizacja Europy zetknęła się z kulturą Ameryki i pokonała ją. Jeśli odłożymy na bok chciwość, arogancję i kult władcy, zostaniemy z obrazem ludzi przeciw ludziom. Odmienny postęp cywilizacyjny doprowadził do powstania różnych technologii, a to z kolei poskutkowało pokonaniem słabszego.
Tu moja chęć oddania sprawiedliwości rdzennym nieco się uspokoiła. Przestałam chcieć prowadzić lud na barykady. Nabrałam dystansu, tak bardzo potrzebnego, by pisać. Zabieram się więc do dalszego uderzania w klawiaturę i mam nadzieję, że swoim wywodem zachęciłam Cię do researchów, a może nawet i do zainteresowania się tubylczymi Amerykanami.
Z zapalonym sercem, m
P.S. Pierwszy kadr pochodzi z serialu „1883”, drugi z „Rdzenni i wściekli”. Polecam obydwa.
Co u Ciebie? Ja w minionym tygodniu przyglądałam się anglojęzycznemu rynkowi. Dzieje się.
Temperatura wokół literatury rośnie. Mam na myśli trend poprawiania tekstów klasycznych i popularnych. Czyszczeniu poddawane są książki Agathy Christie, Roalda Dahla, a w kolejce już czeka Szekspir. Nie dość, że ociera się to o cenzurę, to niebezpiecznie kieruje nas w stronę historii znanej ot choćby z “451 stopni Fahrenheita”. Zdaje się, że co jakiś czas ludzkość po prostu musi palić książki. Powodów wymyśla bez liku. Obecnie jest to intencja wpuszczenia wolnościowego podejścia.
Zanim się obruszysz, chcę zaznaczyć, że sama patrzę na ludzi równo. Często myślę o różnych mniejszościach, stąd na przykład w tekście, nad którym teraz pracuję, zgłębiam kulturę rdzennych Alaskan. Mam otwarte podejście do wielu kwestii, jestem ciekawa odmiennych perspektyw, ale…
Przekonywanie czytelników, że w poprzedzających nas wiekach nie było rasizmu, seksizmu i szowinizmu, body shamingu i innych godzących w jakość życia konceptów, uważam za szkodliwe. To tak, jakby próbować wymazać historię. Wygumować trochę tu, trochę tam, a wraz z tym zatrzeć krzywdę milionów ludzi.
To moje pierwsze “nie”.
Może być jeszcze gorzej, niestety.
Gillian Bridge – angielska psycholingwistka – poruszyła w artykule dla Daily Telegraph temat niszczenia mózgu przez wygładzoną literaturę. Już wyjaśniam.
Jak wiadomo, mózg to mięsień i należy go ćwiczyć. Na przykład hipokamp zawiaduje naszym poczuciem orientacji w terenie i pamięcią. Ćwiczymy go, wynajdując nowe trasy czy poddając się nowym warunkom środowiska. Co ważne, ćwiczymy hipokamp również czytając.
Jeśli zagłębiamy się w lekturę obfitującą w odmienne perpektywy, pomysły i argumenty, hipokamp pomaga nam zorientować się w tym abstrakcyjnym środowisku.
Wiesz już, do czego zmierzam, prawda?
Zanim wyprowadzę konkluzję, powiem coś jeszcze.
Żyjemy w czasach, kiedy choroby cywilizacyjne takie, jak depresja, lęki, nerwice, demencja uginają nam kolana. Coraz lepiej radzimy sobie z chorobami fizycznymi, a nawet z wirusami. Mózg natomiast to wciąż pole minowe zagadek i pytań.
Hipokamp to ta część mózgu, która jako pierwsza reaguje na wyżej wymienione choroby. Wobec zmian, jakie zachodzą, kurczy się, a więc słabnie nasza zdolność do orientowania się w terenie i gąszczu idei.
I to jest moje mocne, drugie nie.
Staję ramię w ramię z Tomem Hanksem i Whoopi Goldberg i mówię: czytajmy teksty takie, jakimi zostały napisane.
Rozumiem delikatne unowocześnianie języka, ponieważ różne słowa wypadają z użytku. Natomiast nie zaakceptuję usuwania na przykład takich słów, jak “gruba”, bo obecnie jest ono uznane za niestosowne.
Marzy mi się, by ludzie traktowali się w sposób dojrzały. Z szacunkiem. Z założeniem, że mają do czynienia z rozmówcą czy odbiorcą inteligentnym. Przeraża mnie natomiast, kiedy coś z gruntu dobrego (bo przecież akceptacja mniejszości to zacna idea), staje się formą faszyzmu.
Krzyczę zatem: “Nie!”.
I czy się w Tobie zagotowało, czy masz chęć wejść ze mną w dyskusję, zapraszam. Rozruszajmy hipokampy!