Tag: pisanie

  • O drafcie

    O drafcie

    Cześć, Autorze!

    W tym tygodniu moje pisanie było bardzo owocne. Mam nadzieję, że u Ciebie równie pozytywnie?

    Siadam do tego listu z głową pełną świeżych obserwacji o tym, jak piszę drafty. Bawi mnie zawsze to słowo, bo kojarzy się z kartką, którą można potargać i w ten sposób pasuje mi bardziej niż “szkic”. I tu muszę się przyznać, że ja targam z radością. Nie mam ani krzty litości dla tekstu, który jest mi zbędny. Czuję, że to już coś, co nie przynosi mi pożytku i najlepsze, co mogę z tym zrobić, to… unicestwić! Ale… od początku.

    Dawniej nie rozróżniałam pisania szkicu od pisania właściwego tekstu. Było to związane z pisaniem głównie do szuflady i faktem, że moimi czytelnikami byli w zasadzie tylko bliscy. Odkąd zaczęłam wymieniać się moimi tekstami z innymi piszącymi, naturalnym stało się dostrzeganie procesu, przez jaki moje teksty przechodzą. Proces ten z kolei podzieliłabym na trzy potężne etapy:

    Draft.
    Impasto.
    Sprzątanie.

    Draft – zaraz się nim zajmiemy. Impasto to dla mnie najlepsze określenie na to, jak lepię tekst. Podobnie, jak mój ukochany Proust, dokładam warstwy. Tu dopiszę, tam uzupełnię. Uwypuklam, barwię. Dodaję światła, a czasem zmieniam perspektywę lub coś przestawię. Poświęcę jeszcze temu więcej uwagi w kolejnym liście do Ciebie.

    Sprzątanie odbywa się już po zakończeniu tekstu przeze mnie. Zaprasza do współpracy betareaderów i redaktorkę. Słucham uwag, jeszcze zmieniam. Wyrzucam partie, tnę. Jestem bezlitosna. Tekst już nie jest niańczony, choć oczywiście kocham go do cna i walczę o niego, jak lwica. Rozumiem jednak, że zaraz wyfrunie mi z gniazda. Do tego też w przyszłości wrócimy.

    Draft to dla mnie zapis podstawowego pomysłu. Im więcej razy to robię, tym bardziej pozwalam by pierwsza wizja wypływała ze wszystkimi głupotami. Nabieram do siebie coraz więcej zaufania. Piszę emocjonalnie. Poddaję się działaniom wyobraźni.

    Towarzyszy temu wiele radości, wewnętrzny krytyk jest wyciszony, a tekst jak ciastolina. Na tym etapie dbam tylko o zapis – żeby było przejrzyście i jak się należy, zgodnie z zasadami języka. Dbam o odstępy i akapity. Rozpisuję dialogi, ale nie bawię się w tła. Zaznaczam miejsca większych opisów lub odniesienia do metafor, ale nie rozwijam ich. Podobnie daję sobie odnośniki do researchu, na który nie wpadłam wcześniej.

    Jak więc widzisz, jest to etap zabawy z wyobraźnią.

    Taką formę mogę pisać wszędzie, a później doklejać kawałki zapisane w telefonie, na kartce lub w pamiętniku. Potrzebuję na tym etapie też chwil ciszy i gapienia się w przestrzeń, żebym mogła zagłębić się w wizję. Słucham wyobraźni i próbuję zrozumieć, o czym jest historia, która do mnie przyszła.

    Kiedy już natomiast piszę, mam chwile różne. Bywa tak, że sceny przychodzą mi z większym trudem albo miewam przestoje, ale nauczyłam się pozwalać sobie na to i po prostu odnotowywać kierunek, w jakim chcę poprowadzić scenę. Na późniejszym etapie okazuje się to pomocne – są to punkty odniesienia, po których weryfikuję pomysły, rozplanowanie i zwięzłość fabuły.

    Jeśli jestem zadowolona i mam poczucie, że zapisałam całość wstępnej koncepcji, zostawiam tekst na dzień lub dwa. Po tym czasie drukuję go i w ten sposób przechodzę pomalutku do impasto.

    Dobrze wiem, że każdy z nas ma swoje techniki i uznaję dzielenie się nimi za inspirujące. Dzięki temu możemy też dostrzegać niewspierające przekonania, na przykład jak ten o pisaniu ideałów.

    Dla mnie tworzenie tekstu to stawianie budynku. Plan może być doskonały natomiast wykonanie przychodzi etapami i na każdym możliwe jest nanoszenie poprawek. Być może w ten sposób tekst jest też dla mnie żywym tworem… Pracuję nad nim zgodnie z moimi możliwościami, z rzeczywistością wokół mnie i z potrzebami, jakie pobudza we mnie tekst. W taki sposób podchodzę do tworzenia tekstu dziś. Za rok może to ulec bardzo dużej zmianie. Nabieram przecież wprawy, ciągle uczę się czegoś nowego o pisaniu i podchodzę do mojego pisania jak do bezustannie otwartego projektu.

    Niczego nie mogę Ci tu polecić, za to jestem bardzo ciekawa Twojego podejścia. W jaki sposób tworzysz? W jaki sposób podchodzisz do swojego tekstu? Jaką masz relację ze swoim pisaniem?

    Pozdrawiam zaciekawiona,
    m

  • O narzędziach

    O narzędziach

    Kochany Autorze!

    Jak się miewasz? U mnie w porządku. Jesienne rytmy i organizacja pracy wiodą prym, dlatego tym razem wzięłam na warsztat… warsztat. W sensie naszych edytorskich narzędzi. I nie, nie będę tu niczego reklamować – dlaczego napiszę za chwilkę. Otworzę po prostu ten temat między nami, bo może odnajdziemy coś nowego.

    Mamy dziś naprawdę obfitość narzędzi do pisania. Doceniam to, bo zdarzyło mi się przeżyć najgorszy koszmar pisarza: stracić teksty.

    Znasz to?

    Miałam dawno temu wymuskane opowiadania. Teraz mogę jedynie tworzyć wokół nich legendy. Na pewno to były te wyjątkowe skarby, które zaprowadziłyby mnie na szczyt pisarskich sukcesów. Przepadły jednak. Stary laptop zepsuł się na śmierć i nie dało się nawet podjąć próby ratunku dysku twardego.

    Od tamtej pory obsesyjnie zapisywałam swoje teksty. Na dyskietkach. Potem na płytach. Na pendrivach. Wysyłałam do siebie maile. Od pewnego czasu jednak dzielę się swoimi tekstami, więc zawsze gdzieś się odnajdą. Nie wspomnę, że zaczęłam doceniać siebie jako twórcę tych tekstów, także w razie czego wiem, że mogę napisać coś ponownie.

    Bądźmy jednak szczerzy – dziś wszystko możemy mieć w chmurze. Synchronizacja dzieje się automatycznie i stres związany z utratą tekstu może odejść do lamusa.

    Z czego więc korzystać najlepiej?

    Pisać w Google Doc? Edytor ma swoje wady i znam co najmniej jedną redaktorkę, która ma z nim na pieńku. Mnie najbardziej chyba drażni to, że strony przewijają się bardzo powoli. Jeśli tekst jest dłuższy, mija sporo czasu, by dotrzeć do pożądanego miejsca.

    Stary dobry Office też mnie zniechęcił. Wysyp reklam w darmowej wersji rozpraszał. Kiedy siadam i próbuję przelać na papier coś, co istnieje tylko w mojej wyobraźni, potrzebuję spokoju. Chaos może być, ale kontrolowany. Nie lubię, jak się mnie reklamą zmusza do zakupu czegoś, więc pożegnałam Office’a już dawno.

    Przerzuciłam się na jeden z darmowych edytorów. Szata graficzna pozostawiała wiele do życzenia, a nazwy narzędzi musiały pozostać angielskie, ale dźwięk maszyny do pisania, z dzwoneczkiem obwieszczającym koniec linijki na czele, rekompensował mi defekty.

    Ostatecznie zainteresowałam się edytorami stworzonymi dla pisarzy. Ktoś słusznie na to wpadł. Fajnie jest mieć osobne rozdziały w spójnym okienku. Móc zobaczyć opis postaci i lokacji. Wszystko zgromadzone i uporządkowane w jednym miejscu. W razie potrzeby łatwo przemieszcza się partie tekstu, a wszystkie klasyczne opcje są tam, gdzie by się ich szukało i na dodatek opisane po polsku.
    Są jednak minusy. Na przykład taki, że synchronizować trzeba ręcznie i gdybym chciała pisać na polnej łące przy użyciu telefonu, to ten tekst nie doda się do całości. Muszę go “kopiuj-wklej”.

    Cieszę się zatem obfitością narzędzi. Marzy mi się coś jeszcze lepszego, ale jeszcze tego nie znalazłam. Może coś podpowiesz, Autorze? Co piszesz i w czym?
    Jestem chętna testować nowe.

    Z ciepłym pozdrowieniem,
    m

    P.S. A stary dobry ołówek/długopis wciąż działa. Jedyny minus, że trzeba później przepisać.

  • O nauce

    O nauce

    Drogi Autorze,
    opowiem Ci dziś coś innego, bo zaczął się wrzesień, dzieciaki ruszyły do szkół i w powietrzu aż uniósł się edukacyjny vibe. Ja, jak to ja, zaraz się nad tym zamyśliłam. Powiem Ci zatem tak…

    Kocham pisanie. Pokornie. Na przestrzeni lat nauczyłam się, że zawsze jest w tej podróży coś nowego. Kiedy lata temu czułam, że technikalia na pewno zostały przez kogoś dawno temu opracowane, internet jeszcze nie rozumiał swojej mocy. Dziś mamy do wyboru wszelkie drogi: teksty, podcasty, filmiki. Rozpracowywane są fabuły książek i filmów.

    Technik pisania powieści nie zliczę. Każda ma swoje prawa, a ich bogactwo potwierdza nasze kreatywne podejście do tematu.
    Do tego dochodzą triki: jak pisać dialog, jak pisać opis, jak budować napięcie, jak stworzyć soczystą scenę seksu. Wszystko rozpisane wzdłuż i wszerz.
    Popularni pisarze też nam piszą. Opisują własne doświadczenia, służą poradą i dobrym słowem. Zapraszają nas w pisarski świat.
    Lubię w to sięgać. Dlatego na moich półkach jest i Murakamiego “Zawód: powieściopisarz”, i Llosy “Listy do młodego pisarza”, i Eco “Wyznania młodego pisarza”. Wszystkie trzy pochłonęłam.

    Na rodzimym rynku sięgnęłam po “Maszynę do pisania” Bondy i “O pisaniu na chłodno” Mroza. Lubię też jednak czytać o pisaniu od innej strony – z poziomu naszych doświadczeń, dlatego czytam Julii Cameron (notorycznie myląc ją ze wspaniałą Julią Marcel) “The Right to Write” i Joanny Penn “The Successful Author Mindset”. Chłonę i je, ponieważ na koniec dnia wszyscy jesteśmy ludźmi. Należy znać swoje rzemiosło, ale i przyznawać się przed sobą do słabości.

    Do tego, że boimy się białej kartki. Do tego, że chcemy pisać książki, ale nie chcemy stawiać czoła czytelnikom na spotkaniach autorskich. Do tego, że wiecznie czujemy się jak oszuści. Do tego, że nie potrafimy się zatrzymać w poprawkach.

    Powinniśmy móc rozmawiać o naszych doświadczeniach współpracy z redaktorami i wydawcami. Z grupami piszących. Z narzędziami do pisania.

    Bo często zapominamy o sobie w tym procesie. Zdaje nam się, że to my jesteśmy tacy miaucy, brak nam umiejętności, inni robią lepiej. Krytykujemy siebie bardziej niż innych, bo oczekujemy od siebie więcej.
    Cudownie jest móc brać udział w kursach, warsztatach i spotkaniach z innymi piszącymi. Jednak to dopiero wtedy, gdy integrujemy człowieka w sobie z pisarzem w sobie, odkrywamy w pisaniu najwięcej radości. Deadline’y tracą na wadze, zaczyna się liczyć podróż.

    “Podróż autora” – jak zatytułował swoją pracę Vogler. I zawsze przywodzi mi to na myśl transformację, którą przechodzimy pisząc. Przekazujemy historię naszych bohaterów, a w międzyczasie sami też się zmieniamy.
    Jaki tekst zmienił Ciebie najbardziej? Jaki najwięcej Cię nauczył? Czy wiesz?

    Odwagi na drodze,
    m

  • O umyśle

    O umyśle

    Kochany Autorze!
    U mnie kolejny tydzień sporych zmian i ruchów tektonicznych w życiu, ale jest ok. A u Ciebie? Moje doświadczenia pchnęły mnie do takich oto przemyśleń tym razem…
    Ćwiczymy się w trikach pisarskich, uczymy rzemiosła, poddajemy krytykanckim imadłom, a przecież w istocie, jak nie zadbamy o jedno, to wszystko się sypnie.

    Umysł!

    To nasze podstawowe narzędzie. Wyobraźnia tam jest. Przetwarzanie danych. Przekazy neuronowe. Zapamiętywanie. To wszystko tam, w głowie!

    I jak o tę głowę dbasz?

    A jak ja dbam?

    Czasami nie dbam wcale. Idę spać późno, bo się zaczytam albo zagadam. O netflixowaniu nie wspomnę. Ba! Niezliczone razy zarywałam noce po prostu na muzyce!
    Chodzę utartymi ścieżkami, bo tak jest szybciej. Robię rzeczy na skróty i trzymam się schematów, bo zmiana to jakiś straszny stwór i po co go budzić?!

    Mój umysł się starzeje.

    Nie, to nie będzie smutny list. To po prostu konstatacja nieuniknionego: czas mija i procesy się toczą.

    Także staram się nie być ignorantką i łączyć nabytą wiedzę z życiem.

    Jem zdrowo, nawet jeśli w chwili stresu lub przemęczenia czekoladowe ciastki to mój niezbędnik. Najlepiej z kawą! Zawsze mogę też liczyć na kogoś bliskiego, kto przypomni o nawadnianiu. I w moim przypadku ta rada czyni cuda.

    Czytam. Ostatnio coraz więcej, bo znalazłam swój wygodny sposób, a i rutyny wspierają czas na czytanie. Sprawdza mi się też prawda, że im więcej się robi, tym więcej się pojawia. Pojawiają się całe zastępy książek. Fabularnych i poradnikowych. Uczę się więc i pozwalam wyobraźni szybować.

    Gapię się w ścianę. To musi wyglądać śmiesznie, dlatego okazyjnie udaję, że patrzę w okno. Prawda jest jednak taka, że jestem jak mój kot – medytuję pustkę do ściany. To fenomenalne. Tam jestem ja i mój umysł. Nawet jak nasze spotkanie zostanie przerwane, wracam. W wannie. Przy gotowaniu makaronu. Jak czekam aż się kawa zaparzy. Ściana jest zawsze gdzieś w pobliżu.

    Rozmawiam. Niekiedy o wiele za wiele. Jednak to są mądre rozmowy z mądrymi ludźmi. Słucham. Pozwalam sobie przemyśleć kwestie. Odkrywam czasem, że wiem więcej, niż myślałam. Innym razem natomiast uczę się dużo.

    A na koniec tego wszystkiego… medytuję. Już po ludzku, czyli na poduszce. Z nogami skrzyżowanymi. Na kanapie, też z nogami skrzyżowanymi. Oddycham spokojnie. Pozwalam myślom płynąć. Emocjom szumieć spokojnie. I odpływać. Zerkam na nie. Jestem. Tak sobie praktykuję. To mi pomaga na tyle, że spokojniej podchodzę do różnych sytuacji i szybciej odzyskuję balans. Potrafię zwerbalizować, czemu się wkurzyłam i nie kręcę wokół tego afery.

    Gdy przychodzi czas zwątpienia do pisania, przyjmuję to z pogodnym uśmiechem, bo wiem, że to też minie. Obserwuję to przecież od lat.

    Piszę to wszystko, bo obecność medytacji w moim życiu pchnęła mnie do naturalnego wniosku: podcast, który tworzę, nie może być tylko teorią. Nie jest zatem. Najnowszy odcinek: “Medytacja odpoczynku i powrotu” to dobry punkt, by zacząć. Dać sobie wytchnienie. Poszlifować ten diament, który pracuje na nasze teksty. W tych kilkunastu minutach odnajdziesz jakościowy odpoczynek. Spotkasz się ze sobą.

    A jeśli Ci prowadzenie zbędne, to polecam ścianę. Ściana akceptuje wszystko. Jest doskonałym rozmówcą dla pisarza.

    Do zobaczenia na szlakach wyobraźni!
    m

    P.S. Tak, to naprawdę mój kot na zdjęciach. Napisałam samą prawdę – prawdziwą, jak szczere złoto, jak mawiał stary czarodziej Zedd.

  • Miszmasz

    Miszmasz

    Drogi Autorze!

    Co słychać? Czy słońce Cię ładuje? A może skrywasz się w zakamarkach najciemniejszego pomieszczenia w domu i czekasz na ochłodzenie? Mnie zdecydowanie bliższe to drugie.

    Miniony tydzień toczył się jakby poza moją kontrolą. Podróże. Zmiany zawodowe. Przełożone spotkania. Długi weekend. Wspaniałe spotkania! Nowe możliwości. Stres. Niewyspanie. Zmęczenie upałem.

    I jak w tym pisać?

    Czy w takich okolicznościach niepisanie to już prokrastynacja?

    Myślę też o tym, że dla mnie to raptem tygodniowy miszmasz, a co jeśli taki stan rzeczy trwa długo?

    To jest doświadczenie, które znamy wszyscy, prawda? Niezależnie od tego, co piszemy – albo przerywamy tworzenie, albo nie tworzymy dość dobrego tekstu, albo przesuwamy terminy. To jest moment, kiedy życie weryfikuje plany. Czasami może nawet daje nam wycisk, dlatego właśnie uważam, że w kontrze należy otulić się… łagodnością.

    Oczywiście z biegiem dni dopadło mnie poczucie winy, bo pomysł nie przelewa się na papier. Przetrzymany pomysł traci witalność. Staje się odtwórstwem. Jakość spada, przynajmniej u mnie.
    Szybko jednak przypomniałam sobie, że pomysł lubi odleżakować. Czas przynosi więcej odkryć w materiałach researchowych. To z kolei daje mi szansę na lepszą jakość.

    Co więcej, daję sobie zrozumienie. Kiedy życie wysypuje zabawki, po co sięgać po kolejną? Pisanie przecież ma to do siebie (mówiłam o tym z Olgą Bartnik w jednym z odcinków podcastu “bez okładki”), że chłonie wszystkie nasze doświadczenia. Dzięki okresom miszmaszu mogę opisać poczucie przytłoczenia, konflikt introwertyka z radością bycia z ludźmi, a stresem zbudować pięknie nakręcające się napięcie!

    A jak się ten stan rzeczy utrzymuje? To może czas przestać nazywać go miszmaszem, a zacząć na przykład “kochanym kociołkiem”. Być może taki jest styl życia? Musi się dziać. Musi być różnorako. Inaczej jest nudno, pusto, cicho. Trzeba wtedy sprawiedliwie zadać sobie pytanie: “gdzie mogę dodać chwilę na pisanie?”. I zamiast robić w życiu rewolucję, skorzystać z elastyczności kociołka i dodać tę jedną rzecz, która cieszy, która ładuje baterie.

    Może jednak kociołek męczy? To miejsce niewygodne i przytłaczające. Obstawiam, że wtedy pojawia się zagłuszona natłokiem potrzeba zmiany. Warto jej posłuchać. Porozmawiać z przyjacielem. Zapytać, jak się mają inni piszący. Jeśli to nie pomoże, to sięgnąć po pomoc specjalisty. Po wsparcie pozytywnych zmian – czyli coacha, lub po wsparcie w budowaniu przyjaźni ze sobą – czyli psychoterapeutę.

    Zatem czy odkładanie pisania w miszmaszu to już prokrastynacja?

    U mnie nie.

    Co dzień pytam siebie, co dziś wymaga mojej największej uwagi. Dobieram priorytety. Mierzę siły na zamiary. Gdy pojawia się stres, wiem, że najważniejsze to zadbać o siebie. Usiąść z kawą. Pogłaskać kota. Iść na spacer. Gdy nie ma możliwości dopisać nawet jednego zdania, bo gość w przetłoczonym przedziale rzuca co raz wyzwania do walki na łokcie, a żar leje się z nieba tak, że tory cudem się jeszcze nie rozpuściły, to patrzę na złość. Bo przecież każdy bohater literacki ją czuje, a moim zadaniem jest umieć ją dobrze oddać.

    I cieszę się tymi drobiazgami, zamiast sobie wyrzucać. Bo po co dokładać sobie napięcia?

    To moja forma pracy z miszmaszem, a Twoja?

    Z łagodnością,
    m

  • O wsparciu

    O wsparciu

    Cześć, Autorze!

    Działam niczym pracowita pszczoła. Projekty rosną i przynoszą mi coraz więcej radości. Nowe opowiadanie też rośnie i już niedługo przekażę je do redakcji. Trzymaj kciuki!

    Oczywiście daj znać, jak Twoje pisanie, bo zawsze jestem tego ciekawa. Póki jednak mam głos, to powiem Ci, o czym myślałam ostatnio…

    Otóż postanowiłam tym razem poruszyć sprawę wsparcia.

    Takiego zdrowego i stymulującego elementu naszej pracy twórczej. Nawet moja niepisząca koleżanka powiedziała ostatnio, że pisanie jest bardzo samotnicze. Jak najbardziej się zgadzam. Filtrujemy spojrzenie na świat, konwertujemy myśli na sceny lub akapity, notujemy. To wszystko jest praca z klawiaturą albo piórem.

    Łatwo popaść w tym procesie w izolację.

    Wtedy skazujemy się na wewnętrznego krytyka i najbardziej uczymy się słyszeć słowa niepochlebne. Z drugiej strony możemy nieźle wytrenować się w narcyzmie i popaść w samozachwyt nad naszymi dziełami.
    OK, powiesz pewnie, że tekst trafia do czytelników. Prawda. Jednak czytelnicy mają to do siebie, że sporo z naszym tekstem rozmawiają, a niekoniecznie potrafią nam bezpośrednio powiedzieć, co im się podoba lub nie.

    Dobrze jest zatem mieć chociaż jedną zaufaną osobę, która życzliwie poczęstuje nas konstruktywną krytyką.

    Dopóki siedziałam sama ze swoimi tekstami, potrafiłam miewać bardzo zmienne wrażenia. Jeden tekst czytałam w odstępie pół roku i jego partie wywoływały odmienną ocenę. Nie wspomnę o tym, jak szlifowałam się w perfekcjonizmie. To wszystko z kolei wspaniale spychało mnie na tory prokrastynacji, bo truchlałam na samą świadomość o odpowiedzialności i niepewności, jakie na siebie ściągałam.

    Próbowałam nad moim tekstem być betareaderką, redaktorką, korektorką i wydawcą. A po leżakowaniu tekstu w szufladzie, nawet i czytelnikiem.

    Odechciewało mi się.

    Od czasu do czasu pozyskiwałam zbłąkaną duszę, która czytała moje opowiadania albo wysłuchiwała pomysłów na powieść i kwitowała moje wysiłki hasłem: dobre.

    Usychałam.

    Potrzeba pisania aż się we mnie kotłowała. Nie wspomnę o tęsknocie bycia sobą – tu akurat pod względem wyrażania się jako artysta. Bardzo mi tego brakowało i czułam wręcz, jakbym straciła kawałek siebie. Nie mogłam się w pisaniu rozwijać, więc podcinałam sobie skrzydła twierdzeniem, że nie umiem pisać.

    Na samo wspomnienie tych przejść cierpnie mi skóra.

    Dziś mamy łatwy dostęp do ludzi, którzy podzielają nasze pasje. Istnieją platformy, gdzie łączą swe moce betareaderzy. Nie trzeba się więc angażować w nowe znajomości, a tekst ma szansę otrzymać barwny zwrot. Są też ogólnodostępne grupy na FB. Niektóre zebrane przez ludzi, którzy uczą pisarskiego rzemiosła, inne zebrane siłą chęci piszących.

    Mam szczęście być w gronie pisarzy – takich jak ja. I chociaż tworzymy rzeczy różne, służymy sobie zdrową krytyką, punktem odniesienia dla wrażeń, wsparciem w kwestii poleceń wydawnictw. To całe pole do rozwoju w pisaniu!

    Wiem, że są tacy autorzy, którzy nie lubią grup. Wiem, że można się do grupy zrazić – bo animozje, zazdrości, jednostronność zamiast wymiany.
    Jeśli też jesteś takim autorem, a widzisz, że Twoje pisanie schodzi na manowce, nie chce Ci się rozwijać i najbardziej rozkwitasz w prokrastynacji i braku wiary w siebie, to pozwól sobie pomyśleć, że może jakieś wsparcie by się przydało…

    Czy ja mogę Cię takim wsparciem poratować? Jasne! Zawsze chętnie. Profesjonalnie albo koleżeńsko. Także pisz śmiało, jeśli szukasz.

    Powodzenia!
    m

  • O braku chęci

    O braku chęci

    Cześć, Autorze!

    Jak tam u Ciebie? Skwar czy strugi deszczu? Działasz? Może ulegasz pogodowym zmiennym, a Twój humor razem z nimi? U mnie dość stabilnie, choć wakacyjne wibracje rozpraszają. Miałam napisać coś mądrego, więc tu jestem, ale prawda jest taka, że po głowie chodzi mi jedna myśl.

    A co, jak się nie chce?

    Bo czasem po prostu tak jest, prawda? Pomysł jest świetny, przygotowanie na sto procent, być może nawet odbiorcy czekają, a nam się nie chce. Bo słońce świeci, bo morze szumi, bo przyjaciele zapraszają, bo w pracy działo się sporo, bo dzieci domagają się uwagi, bo milion spraw nagle wypłynęło. Tęsknota za cichym kątem i przelaniem myśli na papier jest, ale nie sposób się przemóc.

    To przecież jeszcze nie prokrastynacja. I warto to odróżniać, żeby nie wywoływać niepotrzebnego poczucia winy.

    Czy piszę o tym, bo nie chciało mi się pisać tego listu?
    Tak!

    Jestem z Tobą szczera i nikogo nie udaję. Nie piszę na akord i nie jestem robotem. Wynalazłam za to sposób, który mnie się sprawdza: mówienie o tym, co naprawdę we mnie jest. Tym razem pojawił się brak chęci.

    Spacerowałam dziś po Londynie, odkryłam wspaniały sklep z japońskimi pysznościami, zajrzałam do kapliczki straży pałacowej, przyglądałam się barwnym kwiatom w parku i wiewiórkom porywającym orzeszki. Słońce świeciło, wiatr mnie studził. Spacer zamienił się w całą wycieczkę.
    Widzisz więc, że nie chodzi zupełnie o to, że zabrakło mi serca do napisania listu. Po prostu świat mnie wezwał, cieszyłam się nim. Ciało się zmęczyło, głowa najbardziej łaknęła ciszy.


    Wiedząc, że chcę napisać ten list do Ciebie, postanowiłam się przechytrzyć. Mam to szczęście, że mogę sama zadecydować o temacie, który tu poruszę. Jeśli jednak naciskają Cię terminy albo oczekiwania przełożonych czy plan fabuły, to spróbuj poszukać tych partii, które na ten “nie-chce-mi-się moment” wydadzą się możliwe do wykonania.

    Kompromisy są też fajne. Napisać troszkę i obiecać sobie dokończyć następnego dnia. Uszanować obietnicę i się z niej wywiązać! To konieczne.

    Jest jednak jeszcze to jedno… Podarowanie sobie tego, co potrzebne.
    Chwila ciszy. Herbata. Zabawa. Zakupy.

    Co Ci gra w duszy. Czego potrzebuje Twoje wewnętrzne dziecko? Bo w sumie o to tutaj chodzi. Chwilka zatroszczenia się o nie może zdziałać cuda. Wyciszone wewnętrzne dziecko przestaje domagać się spełnienia zachcianek. Balans sam wypływa.

    Teraz zdecydowanie pisanie tego listu przynosi mi frajdę. Moje wewnętrzne dziecko jest zadowolone. Wiem też, że zadanie wykonane, a ja mam jeszcze czas, by wypić w spokoju kawę i nacieszyć się swoim towarzystwem.

    Pisania zintegrowanego z życiem…
    Tego Ci dziś życzę, Autorze.

    m

  • O powrotach

    O powrotach

    Cześć, Autorze!

    Piszesz? A może wakacjujesz? Odpoczywanie jest bardzo ważne i czasami wręcz trzeba się go uczyć. Znasz to? Cudowne morze, a Ty przewijasz strony w necie, bo mózg domaga się zajęcia? Jak mija ten czas?

    U mnie dzieje się wiele. W myśl idei przyciągania – im więcej rozmawiam z ludźmi o pisaniu, tym więcej pisania w moim życiu. Jeszcze nigdy nie czułam się tak zintegrowana z moją pasją. Nie ma to znamion nowej miłości, kiedy każdy dzień to cząstka miesiąca miodowego, ale jest stabilną więzią, która ładuje mi baterie.

    Ostatnimi dniami na przykład rozmawiałam z Olgą Bartnik w naszym podcaście “bez okładki” o powracaniu do pisania po przerwie. Odkryłyśmy, jak ważne jest, by sobie zdefiniować pisanie. W trakcie rozmowy bowiem okazało się, że możemy mówić o co najmniej dwóch różnych kwestiach!

    Wygląda na to, że kluczowe jest też w tej sprawie nastawienie. Różnie wygląda sytuacja, kiedy przerwa w pisaniu jest przez nas zaplanowana i zupełnie pod kontrolą, a kiedy przeżywamy coś, co nas od pisania odciąga.

    Kiedy doświadczałam stanów depresyjnych, nie panowałam nad swoim umysłem. Dla mnie jest on najważniejszym narzędziem do tworzenia historii. To tu przefiltrowane odczucia zostają przekonwertowane na refleksje, zdania, akapity. Mój mózg odmawiał współpracy. Była we mnie chęć, a nawet potrzeba, by pisać, ale nie pomagało ani planowanie, ani siadanie nad kartką. W głowie miałam pustkę albo chaos.

    Przerażało mnie to.

    Szukałam jakiegokolwiek sposobu, by siebie przechytrzyć. Wiedziałam, że gdybym tylko dała radę coś napisać, poczułabym się choć trochę lepiej.
    Oliwy do ognia dolał fakt, że napisane wcześniej opowiadania poszły na stratę wraz z zepsutym laptopem.
    Nie mogłam przestać myśleć, że skoro tekst nie ma szansy przetrwać, to nie ma sensu go pisać. To podcinało celowość wszelkich prób. Równia pochyła.
    W odmętach moich stanów, rozemocjonowania, bezsensu i ogólnym kryzysie wydawało mi się, że moja przygoda z pisaniem już się skończyła.

    Zajęłam się kolorowaniem. Był to trochę powrót do dzieciństwa, bo w tamtych czasach nie było jeszcze kolorowanek dla dorosłych. Ożywiałam więc Kubusia Puchatka i księżniczki Disneya. Czasem bez większych oczekiwań szkicowałam twarze.
    Teraz wiem już, że łagodnie pobudzałam mięsień wyobraźni do działania. Robiłam to instynktownie, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jako ludzie jesteśmy naturalnie twórczy.

     


    W końcu przyszło lato, a z nim wizja pewnej postaci. Na początku odwiedzała mnie dość nieśmiało, ale z czasem tak bardzo przykuła moją uwagę, że zaprosiłam ją na dłużej. Sprawdzałam, jaka jest, kim jest, skąd się wzięła i jaką opowieść próbuje mi przekazać.

    Słowa zaczęły płynąć.

    Do dziś pamiętam pierwszą scenę zapisaną po wielu miesiącach posuchy. Toczyła się w lesie. Płonęły ogniska. Muzyka powstawała z radosnych intencji grupy kobiet. Tańczyły. Nie przejmowały się czasem ani planami. 
    Pisząc tę scenę czułam, jakbym obudziła się z długiego snu. Zrozumiałam, że pisanie jest we mnie zawsze. Czeka, nawet jeśli inne rzeczy mnie odciągają. To moja głęboko osadzona umiejętność. Pasja. Płynie mi w żyłach, pompuje ideami patrzenie na świat. Nie sposób ją przegonić lub wyciąć.

    Wystarczy ją kochać i szlifować.

    Tak więc robię.

    A Ciebie, Autorze, zapraszam do odsłuchania naszego podcastu. Znajdziesz go na platformach: spotify, google, apple, youtube. Teraz znasz moją personalną historię z przerwą od pisania, ale w podcaście podeszłyśmy do tematu szerzej, bo przecież ilu ludzi pióra, tyle doświadczeń.

    Pozdrawiam Cię!
    m

  • O autokrytyku

    O autokrytyku

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie? Ja dalej na trasie od pomysłu do tekstu. Obecnie faza research. Czytam fascynującą pracę etnograficzną o mafii. Dowiaduję się wiele, inspiracji czerpię jeszcze więcej. W końcu trafiłam na książkę, która daje mi informacje przekrojowo. I potwierdza starą prawdę, że wszyscy jesteśmy tacy sami – niezależnie od tego, na jakiej szerokości geograficznej mieszkamy.

    Z drugiej strony przyglądam się na trasie ważnemu pasażerowi. Autokrytyk. Zawsze siedzi na tylnym siedzeniu. Nie śpi, nawet jak ja odpoczywam. Pełen pasji zawsze chętnie rzuci uwagę, pomimo że nikt go o to nie prosił. Wywołuję go więc do akapitu!

    Jaki jest Twój autokrytyk?

    Mój to perfekcjonista. Gani mnie nie tylko za pomysły, ale i przelewanie ich na papier, a także za formę zapisu. Jest aktywny nawet na długo po zakończeniu prac nad tekstem. Ba! Kiedy już tekst jest zatwierdzony przez betareaderkę, redaktorkę, on dalej mnie gnębi! Ogólnie jest wiecznie niezadowoloną zrzędą.

    Jest mi jednak lepiej, odkąd go znam.

    Wiem przynajmniej, z kim mam do czynienia i pomaga mi to nie brać jego uwag do serca. Bo uwagi własnego krytyka bolą najbardziej, nie uważasz?
    Pamiętam, że Julia Cameron lub Melissa Gilbert pisała o tym, jak ważne jest, by pierwszy draft zostawić tylko dla siebie. Zbyt krytyczne oko na tym etapie prac może podciąć nam skrzydła, a przecież draft to tylko szkic wizji, którą trzeba wymodelować i oszlifować.

    Co w takim razie z wewnętrznym krytykiem?

    Czy w procesie samodzielnej pracy nad tekstem nie zachodzi ten sam mechanizm:
    – piszemy szkic, jest fajnie
    – wkracza autokrytyk i brzęczy nam do ucha, że to słabe, że się nie nadaje, że nie umiemy pisać
    – truchlejemy i odsuwamy się od tekstu.

    Tracimy wiarę – posłuchaliśmy autokrytyka za wcześnie.

    Kiedy się takie chwile powtarzają, tracimy wiarę w swoją kreatywność i możemy zarzucić ją na długi czas!

     


    Na krótki dystans słuchanie autokrytyka za bardzo może skutkować… prokrastynacją. Bo po co siadać do czegoś, co przynosi wewnętrzne niezadowolenie i poczucie, że nigdy nie urosnę do własnych ambicji? Łatwiej przeczytać książkę i naładować się wymianą wrażeń po niej!

    To jak nie słuchać krytyka?

    Różne są podejścia. I chcę powiedzieć wyraźnie, że jestem zwolenniczką słuchania go trochę. Dla równowagi. Tak, by nie obrosnąć w piórka, nie przestawać się rozwijać.

    Sprawdza się u mnie poznawanie autokrytyka. Rozumiem, dlaczego mnie piłuje i zawiesza poprzeczki wyżej. Decyduję, czy chcę iść aż tak wysoko. Można też jednak przeciwstawić krytycznemu głosowi – pochwalny. Pozwalać im łapać balans między sobą. A można ostro mówić: “Teraz cię nie słucham. Będzie czas po poprawkach.” Czego nie robimy, myślę, że warto autokrytyka adresować. Nie zbywać go, nie udawać, że go nie ma i nie wychwalać jego uwag, wsłuchując się w nie uważnie.

    Zresztą, jeśli już uważnie – można zapisywać jego uwagi, by z czasem móc zobaczyć, jak one się zmieniają. Jakie są bezcelowe, ot, po prostu dla zasady krytykowania. Czasami przecież zmieniamy jedno zdanie bez końca, prawda?

    Jak Ty sobie radzisz, Autorze? Autokrytyk daje Ci się we znaki? Co mówi? Kiedy jest najbardziej upierdliwy?

    Pozdrawiam Was oboje serdecznie!

    m

  • O doświadczaniu

    O doświadczaniu

    Kochany Autorze,

    jak się masz? Ja oczywiście dużo myślałam. Chętnie podzielę się wnioskami. Powiedz, jak sytuacja wygląda u Ciebie.

    Skoro umysł się boi, to o niego zadbałam. Zamiast udawać, że nie wiem o jego strachu, pozwoliłam sobie otulić go zrozumieniem. Zamiast działać przeszłam do doświadczania. Bo jest między nimi różnica.

    Działać znaczy odhaczać z listy “do zrobienia”. Doświadczać znaczy być w działaniu. Oddychać w nim. Zapamiętywać, że się umawiam, że płacę, że pożyczam i gdzie, co notuję. Pozwalać sobie sprawdzać swoje potrzeby.

    Strach nie minął, ale dodałam umysłowi otuchy. Zintegrowaliśmy się. Jest łatwiej.
    Poza tym doświadczanie przynosi wiele refleksji, a te aż chce się zapisać.

    Smakowanie, słuchanie, bycie to też kopalnia inspiracji. Kiedy się pojawiają, to jakby ktoś puszczał fajerwerki. Oczy rozbłyskują mi z każdym kolejnym. Radość tłumi strach.

     


    Pomalutku w ten sposób uczę się czegoś nowego. Staję się inna. Ale ponieważ dzieje się to na fali radości, zachodzi łatwiej. Unikam truchlenia. Przede wszystkim jednak piszę. I sięgam głębiej.

    Na ile to ze mną zostanie i czy nazwanie tych wszystkich rzeczy mnie nie przerazi – nie wiem. Jestem jednak chętna sprawdzać. Bo fajnie się doświadcza. Nie trzeba tak biec, czasu zdaje się więcej, bliskość jest przyjemniejsza, a refleksje dają mi poczucie, że jestem ze sobą.

    Tego życzę i Tobie,
    m

Magdalena Krok Naprzód
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.