Tag: list

  • O umyśle

    O umyśle

    Kochany Autorze!
    U mnie kolejny tydzień sporych zmian i ruchów tektonicznych w życiu, ale jest ok. A u Ciebie? Moje doświadczenia pchnęły mnie do takich oto przemyśleń tym razem…
    Ćwiczymy się w trikach pisarskich, uczymy rzemiosła, poddajemy krytykanckim imadłom, a przecież w istocie, jak nie zadbamy o jedno, to wszystko się sypnie.

    Umysł!

    To nasze podstawowe narzędzie. Wyobraźnia tam jest. Przetwarzanie danych. Przekazy neuronowe. Zapamiętywanie. To wszystko tam, w głowie!

    I jak o tę głowę dbasz?

    A jak ja dbam?

    Czasami nie dbam wcale. Idę spać późno, bo się zaczytam albo zagadam. O netflixowaniu nie wspomnę. Ba! Niezliczone razy zarywałam noce po prostu na muzyce!
    Chodzę utartymi ścieżkami, bo tak jest szybciej. Robię rzeczy na skróty i trzymam się schematów, bo zmiana to jakiś straszny stwór i po co go budzić?!

    Mój umysł się starzeje.

    Nie, to nie będzie smutny list. To po prostu konstatacja nieuniknionego: czas mija i procesy się toczą.

    Także staram się nie być ignorantką i łączyć nabytą wiedzę z życiem.

    Jem zdrowo, nawet jeśli w chwili stresu lub przemęczenia czekoladowe ciastki to mój niezbędnik. Najlepiej z kawą! Zawsze mogę też liczyć na kogoś bliskiego, kto przypomni o nawadnianiu. I w moim przypadku ta rada czyni cuda.

    Czytam. Ostatnio coraz więcej, bo znalazłam swój wygodny sposób, a i rutyny wspierają czas na czytanie. Sprawdza mi się też prawda, że im więcej się robi, tym więcej się pojawia. Pojawiają się całe zastępy książek. Fabularnych i poradnikowych. Uczę się więc i pozwalam wyobraźni szybować.

    Gapię się w ścianę. To musi wyglądać śmiesznie, dlatego okazyjnie udaję, że patrzę w okno. Prawda jest jednak taka, że jestem jak mój kot – medytuję pustkę do ściany. To fenomenalne. Tam jestem ja i mój umysł. Nawet jak nasze spotkanie zostanie przerwane, wracam. W wannie. Przy gotowaniu makaronu. Jak czekam aż się kawa zaparzy. Ściana jest zawsze gdzieś w pobliżu.

    Rozmawiam. Niekiedy o wiele za wiele. Jednak to są mądre rozmowy z mądrymi ludźmi. Słucham. Pozwalam sobie przemyśleć kwestie. Odkrywam czasem, że wiem więcej, niż myślałam. Innym razem natomiast uczę się dużo.

    A na koniec tego wszystkiego… medytuję. Już po ludzku, czyli na poduszce. Z nogami skrzyżowanymi. Na kanapie, też z nogami skrzyżowanymi. Oddycham spokojnie. Pozwalam myślom płynąć. Emocjom szumieć spokojnie. I odpływać. Zerkam na nie. Jestem. Tak sobie praktykuję. To mi pomaga na tyle, że spokojniej podchodzę do różnych sytuacji i szybciej odzyskuję balans. Potrafię zwerbalizować, czemu się wkurzyłam i nie kręcę wokół tego afery.

    Gdy przychodzi czas zwątpienia do pisania, przyjmuję to z pogodnym uśmiechem, bo wiem, że to też minie. Obserwuję to przecież od lat.

    Piszę to wszystko, bo obecność medytacji w moim życiu pchnęła mnie do naturalnego wniosku: podcast, który tworzę, nie może być tylko teorią. Nie jest zatem. Najnowszy odcinek: “Medytacja odpoczynku i powrotu” to dobry punkt, by zacząć. Dać sobie wytchnienie. Poszlifować ten diament, który pracuje na nasze teksty. W tych kilkunastu minutach odnajdziesz jakościowy odpoczynek. Spotkasz się ze sobą.

    A jeśli Ci prowadzenie zbędne, to polecam ścianę. Ściana akceptuje wszystko. Jest doskonałym rozmówcą dla pisarza.

    Do zobaczenia na szlakach wyobraźni!
    m

    P.S. Tak, to naprawdę mój kot na zdjęciach. Napisałam samą prawdę – prawdziwą, jak szczere złoto, jak mawiał stary czarodziej Zedd.

  • Miszmasz

    Miszmasz

    Drogi Autorze!

    Co słychać? Czy słońce Cię ładuje? A może skrywasz się w zakamarkach najciemniejszego pomieszczenia w domu i czekasz na ochłodzenie? Mnie zdecydowanie bliższe to drugie.

    Miniony tydzień toczył się jakby poza moją kontrolą. Podróże. Zmiany zawodowe. Przełożone spotkania. Długi weekend. Wspaniałe spotkania! Nowe możliwości. Stres. Niewyspanie. Zmęczenie upałem.

    I jak w tym pisać?

    Czy w takich okolicznościach niepisanie to już prokrastynacja?

    Myślę też o tym, że dla mnie to raptem tygodniowy miszmasz, a co jeśli taki stan rzeczy trwa długo?

    To jest doświadczenie, które znamy wszyscy, prawda? Niezależnie od tego, co piszemy – albo przerywamy tworzenie, albo nie tworzymy dość dobrego tekstu, albo przesuwamy terminy. To jest moment, kiedy życie weryfikuje plany. Czasami może nawet daje nam wycisk, dlatego właśnie uważam, że w kontrze należy otulić się… łagodnością.

    Oczywiście z biegiem dni dopadło mnie poczucie winy, bo pomysł nie przelewa się na papier. Przetrzymany pomysł traci witalność. Staje się odtwórstwem. Jakość spada, przynajmniej u mnie.
    Szybko jednak przypomniałam sobie, że pomysł lubi odleżakować. Czas przynosi więcej odkryć w materiałach researchowych. To z kolei daje mi szansę na lepszą jakość.

    Co więcej, daję sobie zrozumienie. Kiedy życie wysypuje zabawki, po co sięgać po kolejną? Pisanie przecież ma to do siebie (mówiłam o tym z Olgą Bartnik w jednym z odcinków podcastu “bez okładki”), że chłonie wszystkie nasze doświadczenia. Dzięki okresom miszmaszu mogę opisać poczucie przytłoczenia, konflikt introwertyka z radością bycia z ludźmi, a stresem zbudować pięknie nakręcające się napięcie!

    A jak się ten stan rzeczy utrzymuje? To może czas przestać nazywać go miszmaszem, a zacząć na przykład “kochanym kociołkiem”. Być może taki jest styl życia? Musi się dziać. Musi być różnorako. Inaczej jest nudno, pusto, cicho. Trzeba wtedy sprawiedliwie zadać sobie pytanie: “gdzie mogę dodać chwilę na pisanie?”. I zamiast robić w życiu rewolucję, skorzystać z elastyczności kociołka i dodać tę jedną rzecz, która cieszy, która ładuje baterie.

    Może jednak kociołek męczy? To miejsce niewygodne i przytłaczające. Obstawiam, że wtedy pojawia się zagłuszona natłokiem potrzeba zmiany. Warto jej posłuchać. Porozmawiać z przyjacielem. Zapytać, jak się mają inni piszący. Jeśli to nie pomoże, to sięgnąć po pomoc specjalisty. Po wsparcie pozytywnych zmian – czyli coacha, lub po wsparcie w budowaniu przyjaźni ze sobą – czyli psychoterapeutę.

    Zatem czy odkładanie pisania w miszmaszu to już prokrastynacja?

    U mnie nie.

    Co dzień pytam siebie, co dziś wymaga mojej największej uwagi. Dobieram priorytety. Mierzę siły na zamiary. Gdy pojawia się stres, wiem, że najważniejsze to zadbać o siebie. Usiąść z kawą. Pogłaskać kota. Iść na spacer. Gdy nie ma możliwości dopisać nawet jednego zdania, bo gość w przetłoczonym przedziale rzuca co raz wyzwania do walki na łokcie, a żar leje się z nieba tak, że tory cudem się jeszcze nie rozpuściły, to patrzę na złość. Bo przecież każdy bohater literacki ją czuje, a moim zadaniem jest umieć ją dobrze oddać.

    I cieszę się tymi drobiazgami, zamiast sobie wyrzucać. Bo po co dokładać sobie napięcia?

    To moja forma pracy z miszmaszem, a Twoja?

    Z łagodnością,
    m

  • O wsparciu

    O wsparciu

    Cześć, Autorze!

    Działam niczym pracowita pszczoła. Projekty rosną i przynoszą mi coraz więcej radości. Nowe opowiadanie też rośnie i już niedługo przekażę je do redakcji. Trzymaj kciuki!

    Oczywiście daj znać, jak Twoje pisanie, bo zawsze jestem tego ciekawa. Póki jednak mam głos, to powiem Ci, o czym myślałam ostatnio…

    Otóż postanowiłam tym razem poruszyć sprawę wsparcia.

    Takiego zdrowego i stymulującego elementu naszej pracy twórczej. Nawet moja niepisząca koleżanka powiedziała ostatnio, że pisanie jest bardzo samotnicze. Jak najbardziej się zgadzam. Filtrujemy spojrzenie na świat, konwertujemy myśli na sceny lub akapity, notujemy. To wszystko jest praca z klawiaturą albo piórem.

    Łatwo popaść w tym procesie w izolację.

    Wtedy skazujemy się na wewnętrznego krytyka i najbardziej uczymy się słyszeć słowa niepochlebne. Z drugiej strony możemy nieźle wytrenować się w narcyzmie i popaść w samozachwyt nad naszymi dziełami.
    OK, powiesz pewnie, że tekst trafia do czytelników. Prawda. Jednak czytelnicy mają to do siebie, że sporo z naszym tekstem rozmawiają, a niekoniecznie potrafią nam bezpośrednio powiedzieć, co im się podoba lub nie.

    Dobrze jest zatem mieć chociaż jedną zaufaną osobę, która życzliwie poczęstuje nas konstruktywną krytyką.

    Dopóki siedziałam sama ze swoimi tekstami, potrafiłam miewać bardzo zmienne wrażenia. Jeden tekst czytałam w odstępie pół roku i jego partie wywoływały odmienną ocenę. Nie wspomnę o tym, jak szlifowałam się w perfekcjonizmie. To wszystko z kolei wspaniale spychało mnie na tory prokrastynacji, bo truchlałam na samą świadomość o odpowiedzialności i niepewności, jakie na siebie ściągałam.

    Próbowałam nad moim tekstem być betareaderką, redaktorką, korektorką i wydawcą. A po leżakowaniu tekstu w szufladzie, nawet i czytelnikiem.

    Odechciewało mi się.

    Od czasu do czasu pozyskiwałam zbłąkaną duszę, która czytała moje opowiadania albo wysłuchiwała pomysłów na powieść i kwitowała moje wysiłki hasłem: dobre.

    Usychałam.

    Potrzeba pisania aż się we mnie kotłowała. Nie wspomnę o tęsknocie bycia sobą – tu akurat pod względem wyrażania się jako artysta. Bardzo mi tego brakowało i czułam wręcz, jakbym straciła kawałek siebie. Nie mogłam się w pisaniu rozwijać, więc podcinałam sobie skrzydła twierdzeniem, że nie umiem pisać.

    Na samo wspomnienie tych przejść cierpnie mi skóra.

    Dziś mamy łatwy dostęp do ludzi, którzy podzielają nasze pasje. Istnieją platformy, gdzie łączą swe moce betareaderzy. Nie trzeba się więc angażować w nowe znajomości, a tekst ma szansę otrzymać barwny zwrot. Są też ogólnodostępne grupy na FB. Niektóre zebrane przez ludzi, którzy uczą pisarskiego rzemiosła, inne zebrane siłą chęci piszących.

    Mam szczęście być w gronie pisarzy – takich jak ja. I chociaż tworzymy rzeczy różne, służymy sobie zdrową krytyką, punktem odniesienia dla wrażeń, wsparciem w kwestii poleceń wydawnictw. To całe pole do rozwoju w pisaniu!

    Wiem, że są tacy autorzy, którzy nie lubią grup. Wiem, że można się do grupy zrazić – bo animozje, zazdrości, jednostronność zamiast wymiany.
    Jeśli też jesteś takim autorem, a widzisz, że Twoje pisanie schodzi na manowce, nie chce Ci się rozwijać i najbardziej rozkwitasz w prokrastynacji i braku wiary w siebie, to pozwól sobie pomyśleć, że może jakieś wsparcie by się przydało…

    Czy ja mogę Cię takim wsparciem poratować? Jasne! Zawsze chętnie. Profesjonalnie albo koleżeńsko. Także pisz śmiało, jeśli szukasz.

    Powodzenia!
    m

  • O braku chęci

    O braku chęci

    Cześć, Autorze!

    Jak tam u Ciebie? Skwar czy strugi deszczu? Działasz? Może ulegasz pogodowym zmiennym, a Twój humor razem z nimi? U mnie dość stabilnie, choć wakacyjne wibracje rozpraszają. Miałam napisać coś mądrego, więc tu jestem, ale prawda jest taka, że po głowie chodzi mi jedna myśl.

    A co, jak się nie chce?

    Bo czasem po prostu tak jest, prawda? Pomysł jest świetny, przygotowanie na sto procent, być może nawet odbiorcy czekają, a nam się nie chce. Bo słońce świeci, bo morze szumi, bo przyjaciele zapraszają, bo w pracy działo się sporo, bo dzieci domagają się uwagi, bo milion spraw nagle wypłynęło. Tęsknota za cichym kątem i przelaniem myśli na papier jest, ale nie sposób się przemóc.

    To przecież jeszcze nie prokrastynacja. I warto to odróżniać, żeby nie wywoływać niepotrzebnego poczucia winy.

    Czy piszę o tym, bo nie chciało mi się pisać tego listu?
    Tak!

    Jestem z Tobą szczera i nikogo nie udaję. Nie piszę na akord i nie jestem robotem. Wynalazłam za to sposób, który mnie się sprawdza: mówienie o tym, co naprawdę we mnie jest. Tym razem pojawił się brak chęci.

    Spacerowałam dziś po Londynie, odkryłam wspaniały sklep z japońskimi pysznościami, zajrzałam do kapliczki straży pałacowej, przyglądałam się barwnym kwiatom w parku i wiewiórkom porywającym orzeszki. Słońce świeciło, wiatr mnie studził. Spacer zamienił się w całą wycieczkę.
    Widzisz więc, że nie chodzi zupełnie o to, że zabrakło mi serca do napisania listu. Po prostu świat mnie wezwał, cieszyłam się nim. Ciało się zmęczyło, głowa najbardziej łaknęła ciszy.


    Wiedząc, że chcę napisać ten list do Ciebie, postanowiłam się przechytrzyć. Mam to szczęście, że mogę sama zadecydować o temacie, który tu poruszę. Jeśli jednak naciskają Cię terminy albo oczekiwania przełożonych czy plan fabuły, to spróbuj poszukać tych partii, które na ten “nie-chce-mi-się moment” wydadzą się możliwe do wykonania.

    Kompromisy są też fajne. Napisać troszkę i obiecać sobie dokończyć następnego dnia. Uszanować obietnicę i się z niej wywiązać! To konieczne.

    Jest jednak jeszcze to jedno… Podarowanie sobie tego, co potrzebne.
    Chwila ciszy. Herbata. Zabawa. Zakupy.

    Co Ci gra w duszy. Czego potrzebuje Twoje wewnętrzne dziecko? Bo w sumie o to tutaj chodzi. Chwilka zatroszczenia się o nie może zdziałać cuda. Wyciszone wewnętrzne dziecko przestaje domagać się spełnienia zachcianek. Balans sam wypływa.

    Teraz zdecydowanie pisanie tego listu przynosi mi frajdę. Moje wewnętrzne dziecko jest zadowolone. Wiem też, że zadanie wykonane, a ja mam jeszcze czas, by wypić w spokoju kawę i nacieszyć się swoim towarzystwem.

    Pisania zintegrowanego z życiem…
    Tego Ci dziś życzę, Autorze.

    m

  • O powrotach

    O powrotach

    Cześć, Autorze!

    Piszesz? A może wakacjujesz? Odpoczywanie jest bardzo ważne i czasami wręcz trzeba się go uczyć. Znasz to? Cudowne morze, a Ty przewijasz strony w necie, bo mózg domaga się zajęcia? Jak mija ten czas?

    U mnie dzieje się wiele. W myśl idei przyciągania – im więcej rozmawiam z ludźmi o pisaniu, tym więcej pisania w moim życiu. Jeszcze nigdy nie czułam się tak zintegrowana z moją pasją. Nie ma to znamion nowej miłości, kiedy każdy dzień to cząstka miesiąca miodowego, ale jest stabilną więzią, która ładuje mi baterie.

    Ostatnimi dniami na przykład rozmawiałam z Olgą Bartnik w naszym podcaście “bez okładki” o powracaniu do pisania po przerwie. Odkryłyśmy, jak ważne jest, by sobie zdefiniować pisanie. W trakcie rozmowy bowiem okazało się, że możemy mówić o co najmniej dwóch różnych kwestiach!

    Wygląda na to, że kluczowe jest też w tej sprawie nastawienie. Różnie wygląda sytuacja, kiedy przerwa w pisaniu jest przez nas zaplanowana i zupełnie pod kontrolą, a kiedy przeżywamy coś, co nas od pisania odciąga.

    Kiedy doświadczałam stanów depresyjnych, nie panowałam nad swoim umysłem. Dla mnie jest on najważniejszym narzędziem do tworzenia historii. To tu przefiltrowane odczucia zostają przekonwertowane na refleksje, zdania, akapity. Mój mózg odmawiał współpracy. Była we mnie chęć, a nawet potrzeba, by pisać, ale nie pomagało ani planowanie, ani siadanie nad kartką. W głowie miałam pustkę albo chaos.

    Przerażało mnie to.

    Szukałam jakiegokolwiek sposobu, by siebie przechytrzyć. Wiedziałam, że gdybym tylko dała radę coś napisać, poczułabym się choć trochę lepiej.
    Oliwy do ognia dolał fakt, że napisane wcześniej opowiadania poszły na stratę wraz z zepsutym laptopem.
    Nie mogłam przestać myśleć, że skoro tekst nie ma szansy przetrwać, to nie ma sensu go pisać. To podcinało celowość wszelkich prób. Równia pochyła.
    W odmętach moich stanów, rozemocjonowania, bezsensu i ogólnym kryzysie wydawało mi się, że moja przygoda z pisaniem już się skończyła.

    Zajęłam się kolorowaniem. Był to trochę powrót do dzieciństwa, bo w tamtych czasach nie było jeszcze kolorowanek dla dorosłych. Ożywiałam więc Kubusia Puchatka i księżniczki Disneya. Czasem bez większych oczekiwań szkicowałam twarze.
    Teraz wiem już, że łagodnie pobudzałam mięsień wyobraźni do działania. Robiłam to instynktownie, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jako ludzie jesteśmy naturalnie twórczy.

     


    W końcu przyszło lato, a z nim wizja pewnej postaci. Na początku odwiedzała mnie dość nieśmiało, ale z czasem tak bardzo przykuła moją uwagę, że zaprosiłam ją na dłużej. Sprawdzałam, jaka jest, kim jest, skąd się wzięła i jaką opowieść próbuje mi przekazać.

    Słowa zaczęły płynąć.

    Do dziś pamiętam pierwszą scenę zapisaną po wielu miesiącach posuchy. Toczyła się w lesie. Płonęły ogniska. Muzyka powstawała z radosnych intencji grupy kobiet. Tańczyły. Nie przejmowały się czasem ani planami. 
    Pisząc tę scenę czułam, jakbym obudziła się z długiego snu. Zrozumiałam, że pisanie jest we mnie zawsze. Czeka, nawet jeśli inne rzeczy mnie odciągają. To moja głęboko osadzona umiejętność. Pasja. Płynie mi w żyłach, pompuje ideami patrzenie na świat. Nie sposób ją przegonić lub wyciąć.

    Wystarczy ją kochać i szlifować.

    Tak więc robię.

    A Ciebie, Autorze, zapraszam do odsłuchania naszego podcastu. Znajdziesz go na platformach: spotify, google, apple, youtube. Teraz znasz moją personalną historię z przerwą od pisania, ale w podcaście podeszłyśmy do tematu szerzej, bo przecież ilu ludzi pióra, tyle doświadczeń.

    Pozdrawiam Cię!
    m

  • O autokrytyku

    O autokrytyku

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie? Ja dalej na trasie od pomysłu do tekstu. Obecnie faza research. Czytam fascynującą pracę etnograficzną o mafii. Dowiaduję się wiele, inspiracji czerpię jeszcze więcej. W końcu trafiłam na książkę, która daje mi informacje przekrojowo. I potwierdza starą prawdę, że wszyscy jesteśmy tacy sami – niezależnie od tego, na jakiej szerokości geograficznej mieszkamy.

    Z drugiej strony przyglądam się na trasie ważnemu pasażerowi. Autokrytyk. Zawsze siedzi na tylnym siedzeniu. Nie śpi, nawet jak ja odpoczywam. Pełen pasji zawsze chętnie rzuci uwagę, pomimo że nikt go o to nie prosił. Wywołuję go więc do akapitu!

    Jaki jest Twój autokrytyk?

    Mój to perfekcjonista. Gani mnie nie tylko za pomysły, ale i przelewanie ich na papier, a także za formę zapisu. Jest aktywny nawet na długo po zakończeniu prac nad tekstem. Ba! Kiedy już tekst jest zatwierdzony przez betareaderkę, redaktorkę, on dalej mnie gnębi! Ogólnie jest wiecznie niezadowoloną zrzędą.

    Jest mi jednak lepiej, odkąd go znam.

    Wiem przynajmniej, z kim mam do czynienia i pomaga mi to nie brać jego uwag do serca. Bo uwagi własnego krytyka bolą najbardziej, nie uważasz?
    Pamiętam, że Julia Cameron lub Melissa Gilbert pisała o tym, jak ważne jest, by pierwszy draft zostawić tylko dla siebie. Zbyt krytyczne oko na tym etapie prac może podciąć nam skrzydła, a przecież draft to tylko szkic wizji, którą trzeba wymodelować i oszlifować.

    Co w takim razie z wewnętrznym krytykiem?

    Czy w procesie samodzielnej pracy nad tekstem nie zachodzi ten sam mechanizm:
    – piszemy szkic, jest fajnie
    – wkracza autokrytyk i brzęczy nam do ucha, że to słabe, że się nie nadaje, że nie umiemy pisać
    – truchlejemy i odsuwamy się od tekstu.

    Tracimy wiarę – posłuchaliśmy autokrytyka za wcześnie.

    Kiedy się takie chwile powtarzają, tracimy wiarę w swoją kreatywność i możemy zarzucić ją na długi czas!

     


    Na krótki dystans słuchanie autokrytyka za bardzo może skutkować… prokrastynacją. Bo po co siadać do czegoś, co przynosi wewnętrzne niezadowolenie i poczucie, że nigdy nie urosnę do własnych ambicji? Łatwiej przeczytać książkę i naładować się wymianą wrażeń po niej!

    To jak nie słuchać krytyka?

    Różne są podejścia. I chcę powiedzieć wyraźnie, że jestem zwolenniczką słuchania go trochę. Dla równowagi. Tak, by nie obrosnąć w piórka, nie przestawać się rozwijać.

    Sprawdza się u mnie poznawanie autokrytyka. Rozumiem, dlaczego mnie piłuje i zawiesza poprzeczki wyżej. Decyduję, czy chcę iść aż tak wysoko. Można też jednak przeciwstawić krytycznemu głosowi – pochwalny. Pozwalać im łapać balans między sobą. A można ostro mówić: “Teraz cię nie słucham. Będzie czas po poprawkach.” Czego nie robimy, myślę, że warto autokrytyka adresować. Nie zbywać go, nie udawać, że go nie ma i nie wychwalać jego uwag, wsłuchując się w nie uważnie.

    Zresztą, jeśli już uważnie – można zapisywać jego uwagi, by z czasem móc zobaczyć, jak one się zmieniają. Jakie są bezcelowe, ot, po prostu dla zasady krytykowania. Czasami przecież zmieniamy jedno zdanie bez końca, prawda?

    Jak Ty sobie radzisz, Autorze? Autokrytyk daje Ci się we znaki? Co mówi? Kiedy jest najbardziej upierdliwy?

    Pozdrawiam Was oboje serdecznie!

    m

  • O doświadczaniu

    O doświadczaniu

    Kochany Autorze,

    jak się masz? Ja oczywiście dużo myślałam. Chętnie podzielę się wnioskami. Powiedz, jak sytuacja wygląda u Ciebie.

    Skoro umysł się boi, to o niego zadbałam. Zamiast udawać, że nie wiem o jego strachu, pozwoliłam sobie otulić go zrozumieniem. Zamiast działać przeszłam do doświadczania. Bo jest między nimi różnica.

    Działać znaczy odhaczać z listy “do zrobienia”. Doświadczać znaczy być w działaniu. Oddychać w nim. Zapamiętywać, że się umawiam, że płacę, że pożyczam i gdzie, co notuję. Pozwalać sobie sprawdzać swoje potrzeby.

    Strach nie minął, ale dodałam umysłowi otuchy. Zintegrowaliśmy się. Jest łatwiej.
    Poza tym doświadczanie przynosi wiele refleksji, a te aż chce się zapisać.

    Smakowanie, słuchanie, bycie to też kopalnia inspiracji. Kiedy się pojawiają, to jakby ktoś puszczał fajerwerki. Oczy rozbłyskują mi z każdym kolejnym. Radość tłumi strach.

     


    Pomalutku w ten sposób uczę się czegoś nowego. Staję się inna. Ale ponieważ dzieje się to na fali radości, zachodzi łatwiej. Unikam truchlenia. Przede wszystkim jednak piszę. I sięgam głębiej.

    Na ile to ze mną zostanie i czy nazwanie tych wszystkich rzeczy mnie nie przerazi – nie wiem. Jestem jednak chętna sprawdzać. Bo fajnie się doświadcza. Nie trzeba tak biec, czasu zdaje się więcej, bliskość jest przyjemniejsza, a refleksje dają mi poczucie, że jestem ze sobą.

    Tego życzę i Tobie,
    m

  • O robieniu

    O robieniu

    Witaj, Autorze!

    Jakieś ciekawe wnioski po ostatnim tygodniu? Jak tam cement? Mój nieco spękał. Łagodnie traktowałam go myślą. Zawiodła mnie ona do takich refleksji:

    Robię dużo. Całe dni mam zajęte i nawet noce są za krótkie, żebym mogła się wyspać, a jednocześnie dokończyć wszystko, co czeka. Tak, tak, badamy cement, o którym pisałam ostatnio. Nie odpuszczam. Skoro pamięć nie współpracuje, używam logiki.
    Kiedy moja lista obowiązków sięga od mojego monitora do Twojego, gdziekolwiek dziś jesteś, tworzenie schodzi na plan bardzo daleki. Jestem zawalona, a przecież przyjemne pisanie, które przychodzi mi lekko, zajmie tylko chwilę, więc czas się znajdzie. Później.

    Muszę najpierw posprzątać – rzeczy wokół siebie, jedzenie w lodówce, opłaty w banku, oczekiwania innych, terminy, ustalenia. To są rzeczy ważne, dzięki nim żyję – dosłownie lub jako cząstka społeczeństwa. Co znaczy tworzenie wobec takich kwestii?

    No, właśnie. Co znaczy?

     


    Czym w moim życiu jest tworzenie? Jakie jest ważne? Na jaką potrzebę mi odpowiada?

    Pozwala mi poznawać siebie. Pozwala mi się rozwijać. I dokumentuje rozwój.
    Łączy się więc ze zmianą. Czy to możliwe, że umysł płata mi figla? Bo przecież umysł truchleje na hasło “zmiana”. Nic go raczej bardziej nie przeraża. Czyżby więc to ta kwestia stała za moim odkładaniem?

    Strach przed zmianą… Bardzo ciekawe. Uniwersalne, ale prawdziwe.
    Chyba na dziś mi wystarczy. Mam nadzieję, że u Ciebie równie owocnie.

    Jesteśmy w tym razem. 
    m

  • O później

    O później

    Cześć, Autorze!
    U mnie gorąco, a u Ciebie? Wpadam w naturalne spowolnienie, bo w upale nie chce się ruszać ani ciało, ani umysł. Natchnęło mnie to do rozmyślań o odkładaniu na później…

    “Teraz nie jest dobry moment”. “Mam wszystko w głowie”. “Wiem, co chcę napisać”. “Zostało tylko to napisać, drobiazg”. Czy to są tylko moje myśli, a może też je znasz?

    Podobno ciągle coś odkładamy i przekładamy. Zwłaszcza, jeśli chodzi o działania twórcze, spychamy je na dalszy plan. Ja na pewno niestety to robię. Główna wymówka jest taka, że skreślenie kilku słów idzie mi łatwo, więc nawet na ostatnią chwilę będzie ok. Oczywiście wtedy jestem mniej zadowolona z tekstu, bo mogłam lepiej przemyśleć, rozplanować, wzmocnić konkluzję. Nie wspomnę, że pogłębiłabym temat, wyraziła z siebie coś ważniejszego.

    Piszę to wszystko i lampki w mózgu rozpalają się jak te na świątecznej choince. Już prawie słyszę “Jingle Bells”, bo tak bardzo szaleją. Innymi słowy… dużo się dzieje w temacie odkładania na później. Spróbuję więc sprowadzić nas bardziej do teraz i tutaj z Tobą ten temat otworzyć.

    Masz gotowość?

     


    Zaczynamy!

    Spychać tworzenie na dalszy plan kojarzy mi się ze spychaniem siebie. W końcu to ja i moja wyobraźnia filtrujemy dany temat. To ja chcę coś napisać, podzielić się ze światem. Jeśli zamiast tego wybieram ugotowanie obiadu, zakupy, pięć telefonów i stosy wiadomości, co to o mnie mówi? Ile czasu na siebie sobie daję? Gdzie ja jestem na liście swoich priorytetów? Czy nie powinnam być na początku – w imię zasady tlen najpierw sobie, później innym? Jaka się staję bez tlenu, którym jest dla mnie wyrażanie siebie? Jakie oczekiwania stawiam otoczeniu, jeśli sama sobą się nie zajęłam?

    Mniejsze zadowolenie z tekstu. Jeśli myślisz, że ujęłam to ładnie, to oczywiście masz rację. Tu jest ten punkt wyjściowy: “nie umiem pisać”, “inni robią to lepiej”, “co ja mam do przekazania”, “takich tekstów są miliony”, “wszystko już zostało napisane”, “nie jestem oryginalna”. Wiadro pomyj.

    Trzecia kwestia, to samo poczucie ciężkości, jakie pojawia mi się na myśl o przekładaniu. Jakbym zanurzyła się w cemencie. Im więcej odkładam, tym więcej na mnie cementu i ledwo się ruszam. Niebawem zastygnę, a to wiąże się z przytłoczeniem. W takich okolicznościach już w ogóle nie wiem, od czego chcę zacząć. Potrzebuję zaszyć się pod kołdrą i poczekać aż cement opadnie.

    A przecież nie opadnie sam.
    Trzeba go skuć.
    Bolesne, prawda?

    Ty wiesz i ja wiem, jakie przekładanie jest uciążliwe. A jednak gdzieś się tego nauczyliśmy. Jakoś się zaczęło. Moja pamięć nie chce zdradzić odpowiedzi. Może Twoja jest bardziej posłuszna. A jeśli razem wypieramy to wspomnienie, to zatrzymajmy się w temacie na dłużej, co? Mam poczucie, że warto.

    Bo cement sam nie opadnie.
    Pełna nadziei pozdrawiam,
    m

  • O początku

    O początku

    Cześć, Autorze!

    Od czego zaczynasz? Pomysł? Wizja? Emocja? Postać? Gdzieś tam zawsze najpierw jest zalążek tego, o czym chcemy napisać. Nieważne, co tworzymy i nawet jeśli jest to na zlecenie, potrzebujemy iskry, która pozwoli nam rozniecić ogień. Czym ona jest u Ciebie?

    Dla mnie to postaci. Ludzie mnie fascynują – mówiłam to już? Nie chodzi nawet tyle o ich dramaty, konflikty, co samą w sobie prezencję i dlatego postać wyłania się przede mną z potrzeby. Prawie jakbym robiła sałatkę i wyczuwała, czego jeszcze brakuje do pełnowymiarowego smaku. Dzieje się to automatycznie i zaraz potem wiem już, z kim mam do czynienia – czy tę postać polubię, czy będę jej kibicować, czy jest przede mną zupełnie otwarta. Jeśli ma swoje tajemnice, intryguje mnie oczywiście bardziej. Jeśli nie chce ich zdradzić i jej motywy nie są do końca jasne, bazuję na tym, co sobą reprezentuje. Wrzucam ją w różne sytuacje, pozwalam wchodzić w interakcje z innymi postaciami i przyglądam się. Zapisuję.

    Czasami zaczynam też od udzielenia odpowiedzi na pytania czytelników.

    Coś w moim tekście zaintryguje, jakiś element wybija się i doprasza rozwinięcia. Ochoczo więc rzucam się do zbudowania całego tekstu, historii wokół tego elementu. To efekt domino i interakcja z czytelnikiem. Bardzo to lubię.

    Są też takie chwile, gdy coś usłyszę albo zobaczę i zakotwicza mi się w głowie na tyle, że wyobraźnia zaczyna pracować. Wyłania się scena, potem następna… Zanim się obejrzę, mam już gotową połowę tekstu.


    Jeśli za to chodzi o ten tu wpis… Skąd pomysł? Miałam dziś sen. Nie pamiętam za dobrze szczegółów. Byli w nim wikingowie. Kobieta w ciąży z mężczyzną z wrogiego klanu. Spokojna rzeka i płonący w oddali las. Ciekawiło mnie, co się dzieje i bardzo chciałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy. Kiedy jednak otworzyłam oczy, pomyślałam: jak to się, u licha, zaczęło? 
    Temat początku został ze mną, więc przy porannej kawie zaczęłam go zgłębiać i postanowiłam się z Tobą podzielić. Na pewno ktoś gdzieś skategoryzował nas, ludzi pióra, adekwatnie do źródeł inspiracji. Ja jednak lubię podejście indywidualne i myślę, że nasze iskry są trochę jak linie papilarne. Jaka więc jest Twoja mieszanka?

    Życzę Ci wielu wspaniałych początków,
    m

Magdalena Krok Naprzód
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.