Tag: list

  • Rozwój

    Rozwój

    Cześć, Autorze!

    Jak Ci się listopad przyjmuje? Raz słońce, raz przejmujący chłód? U mnie już czas na cieplejsze buty. Ogrzewający szalik też ruszył z pomocą, choć dziś pozwoliłam sobie jeszcze na spacer z rozpiętym płaszczem… Ale!

    W tym tygodniu chcę Ci opowiedzieć o warsztatach. Planowałam je od dawna, chwaliłam się przemyśleniami, dzieliłam wizją i oto stały się warsztaty: “Prokrastynacja w pisaniu”. Przyznaję, ten tytuł nie należy do moich najlepszych, ale potrzebowałam czegoś bezpośredniego. I najwyraźniej udało się, ponieważ na zajęcia przyszli przedstawiciele różnych obszarów pisania: od blogów, przez artykuły, poradniki i powieści aż po prace naukowe. Śmiałków zebrało się dwunastu, czyli dokładnie tyle, ile maksymalnie przyjęłam.

    Prowadzenie warsztatów to dla mnie wielka frajda. Lubię to jako kreatywny coach – zawsze mam wiele pomysłów na ćwiczenia i formy pracy, a im dłużej myślę i im więcej mam możliwości weryfikacji pomysłów z ludźmi, tym bardziej trafne tworzę koncepcje. Poza tym praca z grupą to przeciwieństwo samotniczej pracy pisarskiej – i dlatego właśnie ładuje mi baterie.

    Było wspaniale! A po zajęciach usłyszałam słowa takie, jak: “Lżej mi”, “Jak to już kończymy?!”, “Teraz rozumiem więcej” i moje ulubione: “Ruszyłem z pisaniem”.

    Miód na serce!

    Ja naprawdę uwielbiam dodawać ludziom skrzydeł. Dlatego właśnie warsztatów będzie więcej! Łódź, szykuj się! Szykuj się, Internecie! Plany mam spore, a siatka połączeń i znajomości już została uruchomiona. Będzie się działo! Będziemy pisać aż miło!

    A tak na poważnie: bardzo dziękuję uczestnikom. Udowodnili mi, że temat prokrastynacji dotyka nas wszystkich i z wielu różnych powodów. Pokazali, jak bardzo świadomi są własnych wyzwań, a przy tym jak bardzo potrafią się z nich śmiać. Pracowali wytrwale, a ja obserwowałam, co mogę zrobić lepiej.

    Dlatego już dziś zapraszam na ponowne zajęcia. Odbędą się najpewniej z początkiem roku. Minione bazowały na pracy w parach, ponieważ chciałam dać uczestnikom jak najwięcej konkretów, a te przychodzą indywidualnie. Kolejne to dodatkowa godzina zajęć, balans pracy w parach i w grupie. Do ćwiczeń rozwojowych dołączę pisarskie. Głowa aż mi huczy od pomysłów!

    Dziękuję też Marcinowi Kurcbuchowi, który wspierał mnie w prowadzeniu zajęć. Jego doświadczenia pisarskie i medytacja, którą poprowadził, wzbogaciła nas wszystkich. I to nie są tylko moje pochwały – uczestnicy potwierdzili!

    Pierwsze warsztaty o prokrastynacji pokazały mi, jak bardzo może ona być trampoliną dla pisarskiego rozwoju. Wszyscy mamy zastoje, czasem uciekamy od klawiatury albo kartki, czasem od krytyka, ale jeśli pisanie nas wzywa, to każdy wysiłek, by poradzić sobie z wyzwaniem, jest na wagę złota.

    Jako piszący potrzebujemy się rozwijać.

    Utwierdzenie się w tym przekonaniu to pewne domknięcie dla mnie. Pracowałam na to cały rok. Przygotowywałam się, obserwowałam, planowałam. Teraz wiem, jak bardzo było warto i daje mi to moc do dalszych działań!

    Z życzeniem skrzydeł,
    m

    P.S. A jeśli mieszkasz w Łodzi, Autorze, to odezwij się – mamy tu teraz ekipę, która chce się w pisaniu wspierać.

  • O sukcesach

    O sukcesach

    Drogi Autorze!

    Ostatnim razem było dość smutno i nostalgicznie, więc… czas na radość. Nie przyszła do mnie na siłę, bo przecież, jak mówiłam: powodów miałam sporo. Dziś to już w ogóle jest o czym pisać, ponieważ powody nabrały rumieńców.

    Po kolei, bo chciałabym skupić światło sukcesu sprawiedliwie. Najpierw zatem napiszę o tym, co działo się w piątek. Projekt “Mikołowski kalejdoskop” stał się książką! Nie tylko jest już wydrukowana, a w piątek miała swoją premierę, ale też można ją zakupić w Instytucie Mikołowskim im. Rafała Wojaczka.

    Muszę jednak powiedzieć o tym, co się w piątek działo, bo tak właśnie bywa z sukcesami.

    Czekałam z innymi autorami opowiadań o Mikołowie na dzień premiery, jak dzieci na Święta. Robiliśmy plany, sprawdzaliśmy połączenia i wymyślaliśmy coraz to lepsze formy świętowania. Im bliżej terminu, tym więcej sytuacji nas zaskakiwało i nasze grono wykruszało się ze spotkania.

    W piątek doświadczaliśmy apogeum!

    Nie dość, że grypa żołądkowa jednej z autorek, nie dość, że randomowe sprawy prywatne i nawet złamana noga (która nie powstrzymała Ani Partyki-Judge przed booktourem po Polsce!), to przespany samolot, opóźniony pociąg i na dokładkę popsuty samochód.

    Tak, to wszystko w naszej jednej pisarskiej ekipie.

    To wyglądało jak jakieś przedhalloweenowe fatum!

    Mimo wszystko udało nam się. Radość podzieliliśmy online, a cudowna ekipa z Magdaleną Lytek-Dehiles na czele reprezentowała nas podczas uroczystości oficjalnych w Mikołowie. After party było jeszcze bardziej udane!

    Niniejszym mamy na naszych kontach kolejną publikację!

    I wiesz co, Autorze? To jest najlepsza nagroda.

    Po wszystkich wysiłkach, oczekiwaniu, przebieraniu nogami i kilku bezsennych nocach, przychodzi czas celebracji.

    Smakuje wybornie!

    Kiedy przestaje się być pisarzem z szuflady, w człowieka wstępuje nowa moc. Okazuje się, że wysiłki popłacają. Pisanie otwiera przede mną nowe możliwości i buduje relacje. Wyciąga mnie ze strefy komfortu, pomaga wzrastać. Spełniam marzenie.

    Nawet jeśli czasem przychodzą wątpliwości i nadzieja, że projekt się dopełni, trzeba trwać. Nie tracić wiary.

    Zachęcam Cię do tej drogi. Naprawdę warto. Nie dla poklasku i sławy. Dla frajdy doświadczeń, wymiany z innymi i po prostu dla życia tym, co się kocha.

    To jest moja pożywka dla duszy i Tobie też życzę wielu takich uczt.

    Sukcesów,
    m

    P.S. Zdjęcie wykonane podczas premiery dla Gazety Mikołowskiej

  • Spadek formy

    Spadek formy

    Cześć, Autorze!

    Czy u Ciebie też czasem pojawia się swoisty czas mroku? Nic się nie chce, a życie zdaje się miałkie.

    Tak, tak właśnie u mnie obecnie jest. Wyklikałam się, że tak powiem. Nie działam na baterie, a jednak moce mi się chwilowo wyczerpały. Radość się pojawia, ale towarzyszy mi ogólna niemoc i w tle głowy brzęczy myśl: kocyk najlepszym przyjacielem.

    Potrzebuję wyciszenia, ale jest też tęsknota za frajdą tworzenia.

    I wiesz co… Łączę jedno z drugim.

    Trochę już żyję i znam siebie na tyle, by wiedzieć, że kiedy brak mi ożywczego nurtu inspiracji, świat traci kolor. Dlatego też najpierw postanowiłam się zasilić.

    W ruch poszły książki. W minionym tygodniu odrzuciłam: “Shantaram”, “Tam, gdzie las spotyka się z niebem”, “Inne światy”, “Tokio vice”. To nie są złe książki! Wręcz przeciwnie – każda miała coś urzekającego, ale z różnych względów zostały na razie zamknięte. Nie porwały mnie.

    Seriale oglądam, ale na każdy jestem w stanie pomarudzić. W “Rodzie smoka” dostrzegłam same minusy – co tu więcej mówić. Bałam się włączyć takie “Billions”, bo jak zdyskredytuję wysoką półkę, to co mi pozostanie?

    Jednak, żeby nie było, że inspiracji szukam jedynie w historiach istniejących, to… przyglądam się. Przygotowuję jedzenie. Szukam wyjątkowości w aromacie kawy. Bawię się z moją kotką (kocur się ze mną nie bawi. Wystarcza mu kolorowa mysz i impuls do polowania). Rozmawiam z bliskimi.

    Ostatnie, co mnie dogłębnie ucieszyło, to błękit nieba i promienie słońca złocące się na liściach drzew. To było tydzień temu.

    A przecież już za tydzień dziać się będą rzeczy ekscytujące: premiera antologii “Kalejdoskop mikołowski”, co dodatkowo pozwoli mi spotkać kochanych współszaleńców (znaczy współautorów oczywiście) i zaraz po premierze warsztaty o prokrastynacji, a z nimi interakcja z ludźmi takimi, jak Ty i ja. Ludźmi pióra.

    Są to powody do radości!

    I co ze sobą począć, jak szukanie iskry nie działa i wciąż się człowiek nie zapala?

    Pozwolić sobie odpoczywać.

    Dostrzec, że czasem robimy za wiele i naprawdę się wyczerpujemy.

    I zaakceptować podejście: “nic na siłę”.

    Stan, jakiego doświadczam, można przechodzić na wiele sposobów. Rozwój i dbanie o siebie pozwala iść przez to łagodnie. Zaśmiać się, jak jest chęć. Poszukać przytulenia. Pogapić się w ścianę. Z zaufaniem do siebie – ze świadomością, że to przejściowe.

    Głęboko wierzę, że wszystkie doświadczenia pozwalają nam wzrastać pisarsko.

    To, jak przez nie przechodzimy i jakie mamy podejście, jest kluczowe.

    Właśnie dlatego postanowiłam wspierać innych piszących. Zadbane narzędzie przekłada się na jakość dzieła. Rozumiesz, prawda?

    Każdy może napisać tekst o smutku, żalu i złości. O próżni lub trudach w życiu. Perełką jednak będzie ten tekst, który reprezentuje mądrość naszych indywidualnych wglądów. Tak właśnie wnosimy jakość w życie czytelników.

    Dlatego ostatecznie…

    Siedzę jak góra. Oglądam niebo wokół siebie. Pozwalam ptakom przelatywać. Czasem próbuję się poderwać, ale jeszcze nie czas. Oddycham.

    Ładuję swoje baterie.

    A Ty, Autorze, jak ładujesz swoje? Co Cię zasila?

    Życzę Ci w tym tygodniu harmonii,
    m

  • Tekst na zapas

    Tekst na zapas

    Cześć, Autorze!

    Nie, to nie jest selfie. To jest zdjęcie morza ze mną! Stąd mój humor! Dodatkowo, ponieważ właśnie nagrywałam materiał do promocji “Kalejdoskopu mikołowskiego” i moje oczy miały dość słońca i wiatru (czyt. odkryły własne morze, które zrobiło niezły przypływ na moje policzki), okulary również nie stanowią elementu trendy looku. Ratują przed łzawą powodzią.

    Ale… po tym długim wstępie… Co u Ciebie? Jak służy Ci jesień? Co dobrego czytasz albo oglądasz? Nad czym toczysz refleksje?

    Ja odkrywam swoją elastyczność. Oczywiście pisarską.

    Wiesz, jak to jest, kiedy piszesz tekst i zastanawiasz się, po co, skoro przeczyta go kilka osób i na tym zakończy się jego kariera?

    Dawno temu napisałam taki tekst. Pisałam bez wytchnienia przez trzy dni. Niosła mnie twórcza radość. Miałam mocną wizję i rozumiałam, co chcę przekazać. Obce mi wtedy jeszcze były hasła: “przemiana bohatera”, “kotu na ratunek”, “dialog to część fabuły”. Pisałam po prostu historię, która mi się pałętała po głowie.

    Japończyk, socjopata siedzi w karcerze i zżera go chęć pozabijania wszystkich, nawet za cenę własnego życia. Traf chciał, że na jego drodze staje… Nana Conucci.

    Tak oto napisałam zalążek ich wspólnej historii. Podzieliłam się nim z bliskimi i odłożyłam w odmęty folderów.

    Minęło kilka lat, tekst się uleżał. Raz czułam go lepiej, raz gorzej. Rzemiosło zaczęłam szlifować i przyszedł czas, by poprawić stary tekst.

    Zmieniłam mu tytuł, dopracowałam szczegóły. Poprawiłam literackie oblicze relacji między Naną a Japończykiem. Przekazałam tekst bliskim i kilku mądrym pisarkom. Ich wrażenia dodały mi odwagi. Podjęłam decyzję, że trzeba zacząć publikować. Czas już konsekwentnie pisać historię Nany, niech się warsztat szlifuje na tekstach.
    Później, jak wiesz, stała się rzecz wspaniała. Zaczęłam publikować. Mianowano mnie pisarką i oto jestem.

    I co z tym tekstem?

    W przyszłym roku doczeka się miejsca w kolejnej antologii!

    Tu powinny być fanfary! Także przez chwilę zatrzymajmy się i je sobie wyobraźmy…

    Nic więcej na razie nie zdradzę. Wykorzystam czas, by dopieścić szczegóły i będę się chwalić, gdy tylko prace zaczną nabierać tempa.

    Zapowiadałam wcześniej, że pracuję nad kolejnym opowiadaniem o Nanie. “Sangue” pojawi się online już niedługo. Przejdzie proces sprzątania i będę mogła przekazać je szerszemu gronu. Przecież najważniejsze pytania, z tym o pendrive na czele, nie mogą dłużej wisieć w powietrzu.

    Pomysł na dalszy skrawek historii Nany już świta mi w głowie…
    Zapowiada się więc owocna jesień!

    A dlaczego tak zatytułowałam list? Dlatego, że chciałam powiedzieć Ci, że teksty nie znikają. Leżakują niczym wino. Im dłużej dojrzewają, tym lepiej. W najmniej oczekiwanym momencie są gotowe otrzepać się z kurzu i zaprezentować światu.

    Pisz więc. Nie zniechęcaj się. A jak Cię zaskoczy konkurs albo możliwość wydawnicza, zaglądaj do starych folderów, bo kto wie, co się tam skrywa…

    Życzę Ci spadania na cztery rogi (kartki),
    m

  • Premiera!

    Premiera!

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie? Pogoda nie daje się ujarzmić? Ja co drugi dzień zaliczam sztorm i słońce. Mewy zdają się najszczęśliwsze, bo morze wyrzuca na brzeg same rarytasy, z homarami na czele.

    Dzieje się. Premiera kolejnej antologii z moim tekstem nadchodzi wielkimi, ogromnymi wręcz krokami! Już zdradzam, co i jak, i kiedy.
    Zdaje mi się, że mija już rok od czasu, gdy Magdalena Lytek-Dehiles zaprosiła mnie do projektu związanego z 800-leciem miasta Mikołów. Tekstów wspólnie z innymi wspaniałymi pisarzami napisaliśmy trzynaście. Jest to nasz międzymiastowy prezent na urodziny Mikołowa. Każdy tekst jest o czymś innym, ale łączy je Stara Apteka na Rynku.

    Przydałoby się zdradzić coś z zaplecza tego projektu…

    Od samego początku chciałam napisać coś o kotach. Pierwsza koncepcja była bardzo mroczna i jak to u mnie bywa – epicka. Musiałam swoje ze sobą przewalczyć, żeby pomysł nie rozrastał mi się w głowie niczym bluszcz.

    Drugim wyzwaniem było przypominanie sobie ślónsko godka. Przypominanie, ponieważ okazało się, że w moim domu w Zagłębiu sporo było gwary. Więcej niż myślałam! Tak oto zaczęło się poznawanie mojej rodziny na nowo – zwłaszcza tej ze strony taty, który spędził w Katowicach lwią część życia i w naturalny sposób przemycił do domu naleciałości śląskiej kultury.

    Trzecia sprawa to związek. Może to będzie nieco prywaty, ale chcę się tym z Tobą podzielić, bo pisanie nie jest oderwane od życia i czasem musi się ułożyć na nowo w nowych okolicznościach. U mnie był to czas wspólnego zamieszkiwania z partnerem i odkrywanie rytmów życia i pisania w tej zmianie. Mój partner dopingował mnie dzielnie, choć sam musiał rozpoznać to nowe stworzenie zwane pisarką. Doświadczał mnie w mojej ciszy, odosobnieniu, zamyśleniu, gadaniu ciągle o jednym, poszukiwaniu zdań i śmianiu się z rzeczy, które w procesie twórczym zrozumiałe były głównie dla mnie.

    Życie z pisarką to z pewnością temat na cały osobny blog.

    Tak czy inaczej poradziliśmy sobie i późną nocą wysłałam w końcu gotowy tekst.

    Pierwszą reakcją Magdaleny był śmiech, więc liczę na to, że pozostali czytelnicy będą mogli właśnie tego doświadczać.

    O czym zatem jest moje opowiadanie? Jego tytuł to: “Koci głos”.

    Pela Żur – weterynarka z Sosnowca – odkrywa kocią anomalię, kiedy pewnego jesiennego dnia koty zaczynają przemawiać. Co gorsza demoniczne przesłanie przypłacają życiem, a Pela jak na prawdziwą miłośniczkę kotów przystało, postanawia za wszelką cenę uratować czworonogi. Bo co to byłby za świat, gdyby kotów zabrakło? Jaki ma z tym związek bebok i jakie tajemnice Zagłębia oraz Śląska można odkryć w Mikołowie? Przygodowa lektura na deszczowe popołudnie odpowie Ci już niebawem, Autorze. Po jej przeczytaniu inaczej spojrzysz na koty.

    28 października szykujemy spotkania i celebracje z okazji premiery. Zapraszam i Ciebie! Szczegółami będę dzielić się na Facebooku, ale zaklep już termin i wpadaj do Mikołowa. Wraz z grupą wspaniałych pisarzy zapewniamy świetną zabawę!

    Tymczasem życzę Ci równie radosnych publikacji,
    m

  • Poprawki poprawek

    Poprawki poprawek

    Cześć, Autorze!

    W tym tygodniu działam prężnie, a Ty? Nie tylko układam w głowie kolejne elementy fabuły historii o Nanie Conucci, ale i popełniłam kilka ważnych dla mnie postów, a na koniec podzieliłam się wiadomością o warsztatach, które będę prowadzić. Warsztaty o prokrastynacji to coś, do czego nieświadomie szykowałam się od dawna. Ostatnie miesiące zaś to porządkowanie i uświadamianie sobie narzędzi, jakie zebrałam do tego, żeby pisać zamiast tylko planować.

    Jestem więc podekscytowana i na pewno w najbliższym czasie jeszcze wrócimy do tego tematu.

    Dziś jednak obiecałam – opowiem o kolejnym etapie procesu pisania. Oczywiście u mnie, bo Ty piszesz swoje historie albo artykuły i masz na pewno własne określenia. I tak, wyjaśnię, po co mi ten świąteczny obrazek powyżej. Cierpliwości…

    U mnie po drafcie oraz impasto następują porządki.

    To jest taki moment, kiedy wklepałam ostatnie zdania, zegar wybił północ i ja już nie widzę nic w tekście. Czuję się wypluta, zmęczona, ale i mam satysfakcję. Przez chwilę łapię powietrze. Patrzę kątem oka na ukończoną formę. Drukuję. Trzymam swoje dzieło w ręce.

    A potem zaczynam nim gnębić osoby postronne.

    Najpierw chrzestną wszystkich moich tekstów: Paulinę Sieczkowską. To moja nieoceniona betareaderka. Nie dość, że rozumie, co chciałam przekazać, to jeszcze ma tyle serca do moich bohaterów, co i ja. Jej uwagi są na wagę złota. Dotyczą fabuły, ale i moich skrótów myślowych. Rytmiki prowadzenia opowieści. Zwrotów akcji.
    Zdarza się, że po jednej obróbce u Pauliny, z tekstu zostaje sam ogryzek i lepię ponownie całą resztę. Także tekst wędruje między nami aż dochodzimy do wniosku, że to jest to. Wtedy weryfikuje go mój zespół czytelników bliskich.
    Są mi bliscy, ale i szczerzy. Wyłapują literówki, dzielą się wrażeniami, zadają kluczowe pytania.

    To, co zainteresuje ich na tym etapie, jest dla mnie inspiracją do kolejnego tekstu. Jest to więc bardzo ważny element porządków – nadaje mi kierunek do dalszych prac.

    Na koniec tekst frunie do takich wprawionych rąk, jak te należące do Ady Johnson. Jako profesjonalna redaktorka (i pisarka z wielką wyobraźnią) magluje tekst na wszystkie strony.
    Nie ma zmiłuj, ale to wyciska z opowieści sam nektar.

    Ponownie partie tekstu mogą wędrować. Zdania zostają skasowane, akapity rozpisane. Toczą się dyskusje na tematy wszelkie – od tego, jak odmieniać imiona, przez to czy można zaglądać do bagażnika tak, by nie uchwyciły tego kamery garażu, po logikę zadawania ciosów w bójce.

    Tu trzeba być twardym, ale i elastycznym ;p

    Innymi słowy w pracy z redaktorem liczą się rzeczy takie: wiedz, co chcesz napisać i kim jesteś. Znajdź wspaniałego redaktora, najlepiej takiego, który lubi gatunek, w którym piszesz. Przygotuj się na uzasadnienia i wiedz, na co możesz się zgodzić.

    Jak już obie strony są zgodne, że mogą się bez blamażu pod tekstem podpisać, to pora na czas korekty. To już raczej drobiazgi. Mogą się pojawić literówki, jakieś przesunięcia przy rozkładaniu tekstu na układ druku (tzw. łamanie – jak okrutnie to brzmi na zakończenie prac, co?), także warto poświecić czas na dopieszczenie.

    Taki wymuskany, wypieszczony tekst przestaje być już tylko mój. Należy do odbiorcy. Zrobiłam robotę, mogę napić się ze spokojem kawy, a czytelnik może się cieszyć lekturą.

    I tak to wygląda u mnie i od strony technicznej.

    A jeśli piszę artykuły? W przybliżeniu tak samo, tylko tekst zamiast przechodzić przez tyle rąk, przechodzi czas leżakowania i sprawdzam, czy będę z niego zadowolona. Czy mnie reprezentuje tak, jak tego chcę. W miarę możliwości, czy będę z niego zadowolona za rok.

    Jeśli więc chcesz pisać książki, to weź to przemyśl…

    Nie, to żart. Pisz! I pisz bez obciążeń, bo zobacz, ile osób jeszcze pomoże Ci uporządkować tekst! Pisz radośnie! I pisz dużo! Na świecie jest miejsce na wielu Stephenów Kingów!

    Szerokich akapitów!
    m

  • Impasto

    Impasto

    Cześć, Autorze!

    Moja podróż jest zwariowana w ostatnich miesiącach i oto, nieplanowanie, jestem nad morzem. Jest pięknie. Wielkie mewy polują na resztki, pająki biegają w poszukiwaniu schronienia, a mnie na plaży wielobarwne kamyki usuwają się spod stóp. Wiatr tańczy niezmęczenie, spraszając na swoją imprezę coraz to lepiej umalowane chmury. Doprawdy, magiczny początek jesieni.

    Nie mylisz się, jeśli już zaświtała Ci myśl, że do czegoś zmierzam z pomocą malowniczego opisu. Żadna to zagadka, jeśli pamiętasz mój poprzedni list albo wiesz, co oznacza tytuł nad tym tekstem.

    Impasto.
    Wspaniała technika malarska, która mnie sprawdza się również w pisaniu. Do określania mojego rzemiosła używam wielu słów, na przykład “lepię”, “sklejam”, “wycinam”. Najwyższa prawda jednak jest taka, że ja… maluję. Warstwami staram się stworzyć opowieść jak najbardziej trójwymiarową. Uważam, że praktyka czyni mistrza i im dłużej w ten sposób pracuję, tym lepsze efekty przychodzą.

    Pierwsza warstwa to podstawa historii, ale na niej zachodzi najwięcej zmian. Niektóre partie zdrapuję, inne zamalowuję, a jeszcze inne stanowią podkład dla głębi koloru na pierwszym planie.
    Tak, jest to czasochłonne. Wymaga nabywania dystansu do tekstu, by widzieć efekty. Odpowiada mi to jednak, ponieważ w ten sposób poznaję historię bardziej. Zanurzam się w nią i cieszę feerią barw. Nie zakładam od początku, że wiem. Jestem tu, by się przyglądać, zadawać pytania… czasem w kółko te same… i zapisywać, malować kolejne warstwy.

    Diabeł tkwi w szczegółach, a na właściwe ich rozmieszczenie potrzeba wyczucia. To zaś przychodzi z wprawą i dojrzałością. Dawniej nie myślałam o wielu elementach historii. Teraz zwracam uwagę na zaskakujące szczegóły. Doceniam subtelne różnice w wypowiedziach bohaterów. Upewniam się, że ich tło kulturowe barwi ich zachowanie. Najlepiej, jak potrafię, próbuję oddać życie w ich świecie. Zgłębiam research i często doczytuję lub pytam o rzeczy, które nigdy nie znajdą się w tekście, ale nadają mu ton.

    Nie twierdzę wcale, że to jest najlepsza technika. Sprawdza mi się jednak i właśnie na tym etapie prac jestem. Dokładam kolejny puzzelek do historii Nany Conucchi i bardzo się cieszę, że mogę być akurat nad morzem. To mnie i Nanę łączy – miłość do morza. Chłonę więc zapachy, dotykam spienionej wody i zanurzam się w świat Nany.

    Już niebawem mój tekst przejdzie w kolejny etap procesu powstawania.
    Napiszę Ci o nim niebawem.
    Tymczasem czekam na Twoje słowo lub dwa o tym, jak Ty lepisz teksty. Może łączy nas więcej, niż nam się zdaje…?

    Pozdrawiam morsko,
    m

  • O drafcie

    O drafcie

    Cześć, Autorze!

    W tym tygodniu moje pisanie było bardzo owocne. Mam nadzieję, że u Ciebie równie pozytywnie?

    Siadam do tego listu z głową pełną świeżych obserwacji o tym, jak piszę drafty. Bawi mnie zawsze to słowo, bo kojarzy się z kartką, którą można potargać i w ten sposób pasuje mi bardziej niż “szkic”. I tu muszę się przyznać, że ja targam z radością. Nie mam ani krzty litości dla tekstu, który jest mi zbędny. Czuję, że to już coś, co nie przynosi mi pożytku i najlepsze, co mogę z tym zrobić, to… unicestwić! Ale… od początku.

    Dawniej nie rozróżniałam pisania szkicu od pisania właściwego tekstu. Było to związane z pisaniem głównie do szuflady i faktem, że moimi czytelnikami byli w zasadzie tylko bliscy. Odkąd zaczęłam wymieniać się moimi tekstami z innymi piszącymi, naturalnym stało się dostrzeganie procesu, przez jaki moje teksty przechodzą. Proces ten z kolei podzieliłabym na trzy potężne etapy:

    Draft.
    Impasto.
    Sprzątanie.

    Draft – zaraz się nim zajmiemy. Impasto to dla mnie najlepsze określenie na to, jak lepię tekst. Podobnie, jak mój ukochany Proust, dokładam warstwy. Tu dopiszę, tam uzupełnię. Uwypuklam, barwię. Dodaję światła, a czasem zmieniam perspektywę lub coś przestawię. Poświęcę jeszcze temu więcej uwagi w kolejnym liście do Ciebie.

    Sprzątanie odbywa się już po zakończeniu tekstu przeze mnie. Zaprasza do współpracy betareaderów i redaktorkę. Słucham uwag, jeszcze zmieniam. Wyrzucam partie, tnę. Jestem bezlitosna. Tekst już nie jest niańczony, choć oczywiście kocham go do cna i walczę o niego, jak lwica. Rozumiem jednak, że zaraz wyfrunie mi z gniazda. Do tego też w przyszłości wrócimy.

    Draft to dla mnie zapis podstawowego pomysłu. Im więcej razy to robię, tym bardziej pozwalam by pierwsza wizja wypływała ze wszystkimi głupotami. Nabieram do siebie coraz więcej zaufania. Piszę emocjonalnie. Poddaję się działaniom wyobraźni.

    Towarzyszy temu wiele radości, wewnętrzny krytyk jest wyciszony, a tekst jak ciastolina. Na tym etapie dbam tylko o zapis – żeby było przejrzyście i jak się należy, zgodnie z zasadami języka. Dbam o odstępy i akapity. Rozpisuję dialogi, ale nie bawię się w tła. Zaznaczam miejsca większych opisów lub odniesienia do metafor, ale nie rozwijam ich. Podobnie daję sobie odnośniki do researchu, na który nie wpadłam wcześniej.

    Jak więc widzisz, jest to etap zabawy z wyobraźnią.

    Taką formę mogę pisać wszędzie, a później doklejać kawałki zapisane w telefonie, na kartce lub w pamiętniku. Potrzebuję na tym etapie też chwil ciszy i gapienia się w przestrzeń, żebym mogła zagłębić się w wizję. Słucham wyobraźni i próbuję zrozumieć, o czym jest historia, która do mnie przyszła.

    Kiedy już natomiast piszę, mam chwile różne. Bywa tak, że sceny przychodzą mi z większym trudem albo miewam przestoje, ale nauczyłam się pozwalać sobie na to i po prostu odnotowywać kierunek, w jakim chcę poprowadzić scenę. Na późniejszym etapie okazuje się to pomocne – są to punkty odniesienia, po których weryfikuję pomysły, rozplanowanie i zwięzłość fabuły.

    Jeśli jestem zadowolona i mam poczucie, że zapisałam całość wstępnej koncepcji, zostawiam tekst na dzień lub dwa. Po tym czasie drukuję go i w ten sposób przechodzę pomalutku do impasto.

    Dobrze wiem, że każdy z nas ma swoje techniki i uznaję dzielenie się nimi za inspirujące. Dzięki temu możemy też dostrzegać niewspierające przekonania, na przykład jak ten o pisaniu ideałów.

    Dla mnie tworzenie tekstu to stawianie budynku. Plan może być doskonały natomiast wykonanie przychodzi etapami i na każdym możliwe jest nanoszenie poprawek. Być może w ten sposób tekst jest też dla mnie żywym tworem… Pracuję nad nim zgodnie z moimi możliwościami, z rzeczywistością wokół mnie i z potrzebami, jakie pobudza we mnie tekst. W taki sposób podchodzę do tworzenia tekstu dziś. Za rok może to ulec bardzo dużej zmianie. Nabieram przecież wprawy, ciągle uczę się czegoś nowego o pisaniu i podchodzę do mojego pisania jak do bezustannie otwartego projektu.

    Niczego nie mogę Ci tu polecić, za to jestem bardzo ciekawa Twojego podejścia. W jaki sposób tworzysz? W jaki sposób podchodzisz do swojego tekstu? Jaką masz relację ze swoim pisaniem?

    Pozdrawiam zaciekawiona,
    m

  • O narzędziach

    O narzędziach

    Kochany Autorze!

    Jak się miewasz? U mnie w porządku. Jesienne rytmy i organizacja pracy wiodą prym, dlatego tym razem wzięłam na warsztat… warsztat. W sensie naszych edytorskich narzędzi. I nie, nie będę tu niczego reklamować – dlaczego napiszę za chwilkę. Otworzę po prostu ten temat między nami, bo może odnajdziemy coś nowego.

    Mamy dziś naprawdę obfitość narzędzi do pisania. Doceniam to, bo zdarzyło mi się przeżyć najgorszy koszmar pisarza: stracić teksty.

    Znasz to?

    Miałam dawno temu wymuskane opowiadania. Teraz mogę jedynie tworzyć wokół nich legendy. Na pewno to były te wyjątkowe skarby, które zaprowadziłyby mnie na szczyt pisarskich sukcesów. Przepadły jednak. Stary laptop zepsuł się na śmierć i nie dało się nawet podjąć próby ratunku dysku twardego.

    Od tamtej pory obsesyjnie zapisywałam swoje teksty. Na dyskietkach. Potem na płytach. Na pendrivach. Wysyłałam do siebie maile. Od pewnego czasu jednak dzielę się swoimi tekstami, więc zawsze gdzieś się odnajdą. Nie wspomnę, że zaczęłam doceniać siebie jako twórcę tych tekstów, także w razie czego wiem, że mogę napisać coś ponownie.

    Bądźmy jednak szczerzy – dziś wszystko możemy mieć w chmurze. Synchronizacja dzieje się automatycznie i stres związany z utratą tekstu może odejść do lamusa.

    Z czego więc korzystać najlepiej?

    Pisać w Google Doc? Edytor ma swoje wady i znam co najmniej jedną redaktorkę, która ma z nim na pieńku. Mnie najbardziej chyba drażni to, że strony przewijają się bardzo powoli. Jeśli tekst jest dłuższy, mija sporo czasu, by dotrzeć do pożądanego miejsca.

    Stary dobry Office też mnie zniechęcił. Wysyp reklam w darmowej wersji rozpraszał. Kiedy siadam i próbuję przelać na papier coś, co istnieje tylko w mojej wyobraźni, potrzebuję spokoju. Chaos może być, ale kontrolowany. Nie lubię, jak się mnie reklamą zmusza do zakupu czegoś, więc pożegnałam Office’a już dawno.

    Przerzuciłam się na jeden z darmowych edytorów. Szata graficzna pozostawiała wiele do życzenia, a nazwy narzędzi musiały pozostać angielskie, ale dźwięk maszyny do pisania, z dzwoneczkiem obwieszczającym koniec linijki na czele, rekompensował mi defekty.

    Ostatecznie zainteresowałam się edytorami stworzonymi dla pisarzy. Ktoś słusznie na to wpadł. Fajnie jest mieć osobne rozdziały w spójnym okienku. Móc zobaczyć opis postaci i lokacji. Wszystko zgromadzone i uporządkowane w jednym miejscu. W razie potrzeby łatwo przemieszcza się partie tekstu, a wszystkie klasyczne opcje są tam, gdzie by się ich szukało i na dodatek opisane po polsku.
    Są jednak minusy. Na przykład taki, że synchronizować trzeba ręcznie i gdybym chciała pisać na polnej łące przy użyciu telefonu, to ten tekst nie doda się do całości. Muszę go “kopiuj-wklej”.

    Cieszę się zatem obfitością narzędzi. Marzy mi się coś jeszcze lepszego, ale jeszcze tego nie znalazłam. Może coś podpowiesz, Autorze? Co piszesz i w czym?
    Jestem chętna testować nowe.

    Z ciepłym pozdrowieniem,
    m

    P.S. A stary dobry ołówek/długopis wciąż działa. Jedyny minus, że trzeba później przepisać.

  • O nauce

    O nauce

    Drogi Autorze,
    opowiem Ci dziś coś innego, bo zaczął się wrzesień, dzieciaki ruszyły do szkół i w powietrzu aż uniósł się edukacyjny vibe. Ja, jak to ja, zaraz się nad tym zamyśliłam. Powiem Ci zatem tak…

    Kocham pisanie. Pokornie. Na przestrzeni lat nauczyłam się, że zawsze jest w tej podróży coś nowego. Kiedy lata temu czułam, że technikalia na pewno zostały przez kogoś dawno temu opracowane, internet jeszcze nie rozumiał swojej mocy. Dziś mamy do wyboru wszelkie drogi: teksty, podcasty, filmiki. Rozpracowywane są fabuły książek i filmów.

    Technik pisania powieści nie zliczę. Każda ma swoje prawa, a ich bogactwo potwierdza nasze kreatywne podejście do tematu.
    Do tego dochodzą triki: jak pisać dialog, jak pisać opis, jak budować napięcie, jak stworzyć soczystą scenę seksu. Wszystko rozpisane wzdłuż i wszerz.
    Popularni pisarze też nam piszą. Opisują własne doświadczenia, służą poradą i dobrym słowem. Zapraszają nas w pisarski świat.
    Lubię w to sięgać. Dlatego na moich półkach jest i Murakamiego “Zawód: powieściopisarz”, i Llosy “Listy do młodego pisarza”, i Eco “Wyznania młodego pisarza”. Wszystkie trzy pochłonęłam.

    Na rodzimym rynku sięgnęłam po “Maszynę do pisania” Bondy i “O pisaniu na chłodno” Mroza. Lubię też jednak czytać o pisaniu od innej strony – z poziomu naszych doświadczeń, dlatego czytam Julii Cameron (notorycznie myląc ją ze wspaniałą Julią Marcel) “The Right to Write” i Joanny Penn “The Successful Author Mindset”. Chłonę i je, ponieważ na koniec dnia wszyscy jesteśmy ludźmi. Należy znać swoje rzemiosło, ale i przyznawać się przed sobą do słabości.

    Do tego, że boimy się białej kartki. Do tego, że chcemy pisać książki, ale nie chcemy stawiać czoła czytelnikom na spotkaniach autorskich. Do tego, że wiecznie czujemy się jak oszuści. Do tego, że nie potrafimy się zatrzymać w poprawkach.

    Powinniśmy móc rozmawiać o naszych doświadczeniach współpracy z redaktorami i wydawcami. Z grupami piszących. Z narzędziami do pisania.

    Bo często zapominamy o sobie w tym procesie. Zdaje nam się, że to my jesteśmy tacy miaucy, brak nam umiejętności, inni robią lepiej. Krytykujemy siebie bardziej niż innych, bo oczekujemy od siebie więcej.
    Cudownie jest móc brać udział w kursach, warsztatach i spotkaniach z innymi piszącymi. Jednak to dopiero wtedy, gdy integrujemy człowieka w sobie z pisarzem w sobie, odkrywamy w pisaniu najwięcej radości. Deadline’y tracą na wadze, zaczyna się liczyć podróż.

    “Podróż autora” – jak zatytułował swoją pracę Vogler. I zawsze przywodzi mi to na myśl transformację, którą przechodzimy pisząc. Przekazujemy historię naszych bohaterów, a w międzyczasie sami też się zmieniamy.
    Jaki tekst zmienił Ciebie najbardziej? Jaki najwięcej Cię nauczył? Czy wiesz?

    Odwagi na drodze,
    m

Magdalena Krok Naprzód
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.