Tag: pisanie

  • Osobowość postaci

    Osobowość postaci

    Cześć, Autorze!

    Co tam u Ciebie? Śnieg? Deszcz? Szaleństwo zakupów? Świąteczne filmy?

    Przepraszam, zasypuję Cię pytaniami, ale to dlatego, że jestem podekscytowana. W tym tygodniu ustaliłam termin kolejnych warsztatów w Łodzi, także w styczniu szykuje się kreatywne spotkanie z ludźmi taki, jak Ty i ja! Wpadaj, jak masz chęć – widzimy się 7 stycznia w Bibliotece Wolność, godz. 11:00. Będziemy się rozpisywać na nowy rok, a prokrastynację zostawimy za sobą!

    Teraz już więc rozumiesz. Nie mogę się doczekać tego terminu, a przecież już i tak wypatruję Świąt. Powody do radości mi się namnożyły.
    W trakcie przygotowań do zajęć przeglądam zapiski o różnych ćwiczeniach i coś mi się przypomniało…

    Dawno temu koleżanki po piórze dopytywały znajomej psycholog, czy jej profesja pomaga tworzyć postaci. Wszyscy mamy na uwadze to, że nasze historie bez postaci nie mają sensu – nawet te najkrótsze. Jednocześnie chcemy, by bohaterowie byli ludzcy, prawdziwi, by czytelnik z łatwością mógł z nimi rezonować. Może nam się wydawać, że znajomość psychologii rozwiąże rozterki.

    I tak, i nie…

    Już mówię, dlaczego.

    Postać literacka to twór zupełnie różny od człowieka. To forma stworzona dla przekazania historii. Jej cechy są uproszczone, a uwaga czytelnika, swoiste światła reflektorów skupione są na kontrastujących cechach. Oczywiście można to robić subtelnie i pogłębiać tym samym naturalność postaci. W końcu nie ma potrzeby, by bohater eksplodował złością za każdym razem, jak przemawia, podczas gdy jego tęsknotą jest spokojne życie.

    Niemniej jednak postać to forma zamknięta w ramach prowadzonej opowieści, a jej przemiana zajdzie adekwatnie do wizji autora. Jako czytelnicy najpewniej nie dowiemy się, co się działo, gdy bohater miał lat trzy, z jakiego talerzyka lubił jeść i jakie kołysanki śpiewała mu babcia. Nie są nam potrzebne historie traum wyplecionych ze sobą w różnych proporcjach, by wyłonił się z nich człowiek. Ba! Często nawet nie wiemy, co naszego bohatera rozśmiesza!

    Człowiek jest złożony i gdy próbujemy siebie opisać, mamy problem. Bo jak? Co jest najważniejsze? Jakie są nasze dążenia? Co będzie chwalipięctwem? Nie wspomnę już o tym, że na ogół nie lubimy wokół siebie tak dużej uwagi. Wiele drobiazgów nas onieśmiela, bo coś w przeszłości stworzyło nam taki punkt odniesienia. Ciebie może coś zawstydzać, ja tymczasem zrobię to bez większego wysiłku.

    Poza tym, zachowujemy się inaczej w różnych grupach, a nawet w różnych relacjach. Zmienia nam się ton głosu, przyjmujemy inną postawę ciała. Próbujemy nowych rzeczy i bezustannie się czegoś uczymy.

    Już na tych przykładach widać bardzo mocne różnice między człowiekiem a postacią fabularną. Nie twierdzę przy tym, że nie warto rozmyślać o swoich postaciach, zaprzyjaźniać się z nimi. Sama przecież to robię i potrafię powiedzieć w środku nocy, jaka jest ulubiona piosenka Nany Conucci. Wydaje mi się zresztą, że w świecie filmowym pogłębiony obraz postaci bardzo dobrze się przyjmuje i jest to jednym z powodów tak wielkiego powodzenia kolejnych odsłon Marvela czy Gwiezdnych Wojen. Świat przedstawiony jest tam bardzo rozbudowany, a postaci poznajemy z biegiem w lat w bardzo różnorodnych sytuacjach i jako odbiorcy podczas seansu czujemy się wręcz swojsko.

    Na tych samych postaciach widać jednak, że potrzebne jest pewne wyczucie twórcy. Im bardziej logicznie i spójnie się postać zachowuje, tym lepiej z nią rezonujemy. Psychologia przydaje się zatem od kuchni. Zgłębianie książek poświęconych typom charakterów lub temperamentów pomaga nabierać wyczucia. Uświadamia nam, jak ważne jest, by zachować u bohatera na przykład spójność myślenia i poruszania się. Może podsuwać rodzaje chorób lub niepełnosprawności. Pomaga nam patrzeć na człowieka z zaciekawieniem i zrozumieniem. Dzięki temu możemy tworzyć postaci, które finalnie czytelnik odbiera jako bardziej autentyczne. W końcu jesteśmy ludźmi i natychmiast wyczuwamy fałsz.

    Jestem zanurzona w obu tych obszarach: psychologii i pisaniu, dlatego mogę mówić o tym z własnego doświadczenia. Zanim zaczęłam zgłębiać psychologię, moje postaci były papierowe. Wydawało mi się, że wystarczy, by coś mówiły, czasem popłakały, pośmiały się i tyle. Zajęło mi sporo czasu i dojrzewania zanim pojęłam, kim jest dla mnie postać literacka, a kim człowiek. Jeśli też masz z tym rozróżnieniem kłopot, to podsuwam książki takie jak: “Motywacja i osobowość” Abrahama Maslowa, “Ciało a stres” Gabora Maté czy “Style charakteru” Stephena M. Johnsona. To dobry początek dla pogłębienia tematu. Jeśli natomiast czytasz po angielsku, to polecam blog Helping Writers Become Authors – tam znajdziesz bardzo dobrze opracowane koncepcje budowy postaci. Świetnie też zajęła się tym Bonda w swojej “Maszynie do pisania”.

    To prawie gotowa lista prezentów dla Mikołaja, prawda?

    Pamiętaj tylko, że zarówno budowa postaci, jak poznawanie natury człowieka wymagają czasu i wprawy. Daj sobie to. Sięgaj po wiedzę, testuj i pozwalaj, by to w Tobie pracowało. A z czasem życzę Ci, by zaskoczyła Cię wspaniała postać, która wyłoni się na kartach Twojej powieści.

    Powodzenia,
    m

  • W chorobie

    W chorobie

    Cześć, Autorze!

    Pociągam nosem w tym tygodniu. Mam nadzieję, że Ciebie to ominęło. I w gardle jakieś łaskotanie. Jeśli i tego Ci życie oszczędza, to jesteś aż o dwa nieszczęścia do przodu.

    Jednakże! Przypomniałam sobie, jak Magdalena Anna Sakowska pisała niedawno, że pisarz nie choruje – korzysta z czasu wolnego, by pisać! I muszę się nie zgodzić.

    Pisarz-ja nie pisze w chorobie.

    Nie researchuję.

    Nie mogę myśli zebrać, a co dopiero stworzyć z nich elegancką scenę.

    Pisanie oczywiście trwa przy mnie na dobre i na złe, przypomina o swoim istnieniu, ale moja głowa nie współpracuje.

    Z sentymentem wspominam czasy szkolne, kiedy w chorobie rozkładałam w łóżku zeszyty i pisałam. Wielka płyta (nie wiem, z czego była… pewnie sklejka) służyła mi za podkładkę pod notesy. Pościel była nieraz popisana. Moje palce też zdobił tusz lub atrament, a ja z zadowoleniem pół dnia leżałam w gorączce, majacząc dalsze partie historii, a drugą połowę dziergałam tekst.
    Nie dziwię się zatem, że przeziębienia kojarzą mi się głównie pozytywnie – z czasem odpoczynku i tworzenia.

    Nie tworzę, ale mam potrzeby. Jak bałagan przekracza moją akceptację, sprzątam. Czasem gotuję. I to nawet wytrwale: kompot albo zupę mocy. Dopiero jak już dzieje się bardzo źle, śpię.

    Z wdzięcznością przyjmuję też opiekę nad sobą, ale nie zwalniam się przez to z robienia herbaty.

    Podejrzewam, że tak już nauczyłam się funkcjonować. Poddaję się obowiązkom, a w momencie słabości, organizm woła o całkowity reset. Nawet, jeśli oznacza to rezygnację z tego, co sprawia mi frajdę.

    Czy wyrzucam sobie stratę czasu? Nie. Tekst nie zając – ma być dobry, nie szybki.

    Także moja rada z serca na dziś: jak Cię jednak dopadła słabość, nie rób z niej dodatkowego zmartwienia. Popiszesz jutro. Dziś weź kubek herbaty, znajdź ulubiony kocyk i podaruj sobie… odpoczynek.

    Jeśli mieszkasz w Łodzi, nabieraj sił, bo już po Nowym Roku zaoferuję w mieście nowe pisarskie działania!

    Pozdrawiam ciepło,
    m

  • Równowaga

    Równowaga

    Cześć, Autorze!

    Listopad zagościł na dobre, świat nabiera odcieni szarości, więc sklepy już barwią go kolorowymi światełkami Świąt. To czas przejścia – już nie lato, jeszcze nie zima. To czas zaglądania w siebie bardziej, a może się to okazać trudne. Dobrze się jednak zaczepić o jedną z myśli i próbować. U mnie wygląda to obecnie tak…

    Mam wrażenie, że już o tym wspomniałam, ale układa się to we mnie, więc wróćmy do tematu: pisanie nie jest oderwane od życia. Wszystko dlatego, że czytam w końcu Bondy “Maszynę do pisania”. Bardzo polecam, zwłaszcza na początku poznawania pisarskiego rzemiosła. Wiele w tej książce systematyzacji, podpowiedzi  i wyjaśnień. Od poszukiwania własnego głosu, przez głos narratora po lepienie fabuły. Rzetelnie opracowany temat. Czytając, wyciągam wniosek z pierwszego zdania tego akapitu i już się w tej myśli rozwijam.

    Pisanie bazuje na naszych doświadczeniach i wrażliwości. Im lepiej potrafimy przekładać te pierwsze na fabułę, tym lepiej ona wychodzi, a im większa nasza wrażliwość, tym umiejętniej dodajemy drugie dno. Jest też codzienność i fakt, że w ciągu roku mamy różne okresy. Może być bardzo twórczo albo kompletna posucha. Często podchodzimy to sprawy zadaniowo: skoro pisałam wczoraj, to powinnam móc i dziś. Zaciągamy się nad klawiaturę i wychodzi… nic.

    To jeden ze scenariuszy na odkładactwo.

    Przeczuwamy, że z pisaniem wiąże się jakieś wyzwanie, a ponieważ nie zdajemy sobie sprawy, jakie, podejmujemy ucieczkę. Góra prania czeka, pokój już dawno powinien zyskać nowy regał, a te komodę można przestawić. W komodzie pełno szpargałów, które trzeba wyjąć, przejrzeć, wyrzucić. Albo… Foldery zalegają w komputerze. Zawierają ten sam tekst milion razy, a rozeznanie w nałożonych poprawkach to misja równa wyprawie na Marsa. Lub… Książka jest już napisana i wypada pomyśleć nad promocją, ale najpierw trzeba skontaktować się z ludźmi i nie wiadomo, jak zabrać się za znalezienie tych właściwych.

    Każda z tych kwestii mówi nam wiele, jeśli tylko skusimy się posłuchać. Może to być sprawa braku równowagi.

    Może sprzątanie, wyrzucanie i nowe meble oznaczają dla nas potrzebę porządkowania, tęsknotę za sukcesywnie ukończonym zadaniem. Nie dość, że robi się to własnymi rękami, to jeszcze wyobraźnia może odpocząć, bo decyzje należy w tym podejmować głównie organizacyjne. Efekty widać i czuć – od razu.

    Być może chęć przekopania się przez foldery to znak, że umysł potrzebuje klarowności: na którą wizję tekstu się decydujesz? Nadmiar poprawek to też wiadomość, że ćwiczymy nie ten mięsień, co trzeba. Kiedy na siłowni próbujemy wzmocnić łydki, nie będziemy robić brzuszków, prawda? I tak samo jest z pisaniem: za poprawki odpowiada wnikliwy analito-krytyk, podczas gdy przy budowie tekstu potrzeba nam umysłowego inżyniera. Umysł potrzebuje ogarniać wizję i podejmować decyzje w odniesieniu do kolejnych partii tekstu, z elastycznym podejściem.

    Brak ludzi, którzy pomogą nam promować książkę, może być informacją, że za bardzo wkręciliśmy się we własny introwertyzm i ograbiamy się z możliwości dzielenia swoimi twórczymi przygodami z innymi pasjonatami. Ograbiamy, bo w ten sposób nie pozwalamy sobie być w otoczeniu ludzi takich samych, jak my. Odizolowane pisanie nie idzie.

    To tylko przykłady, ale widzisz, Autorze, że może być różnie.

    Można śmiać się z Murakamiego i nawet mylić go z biegaczem, ale jego pasja do tego sportu skutkuje równowagą z procesem twórczym. Jest czas na ciało i jest na umysł.

    Takich swoich balansów warto szukać, zamiast ganić się za brak pisania, za odkładactwo.

    Jeśli siedząc nad klawiaturą, czuję się samotna, to impuls do wyjścia z przyjaciółmi. Jeśli się wiercę i dreptam, zamiast przebierać palcami po klawiszach, może właśnie chce mi się pobiegać. Może nie chce mi się gapić w ścianę, może właśnie potrzebuję podoświadczać lasu.

    Na pewno dla wielu z nas to oczywiste, a jednak bardzo często zmagamy się z odkładactwem, a ponieważ opiewam łagodność, zachęcam do zbadania tej poszlaki.

    Czy Twoje odkładactwo nie krzyczy o braku równowagi?

    Pisanie powinno przecież być przyjemnością – decydujemy się na nie, niezależnie czy piszemy książki, czy artykuły. Przelewanie własnych myśli na papier powinno nam przynosić frajdę albo chociaż ulgę.

    Jeśli więc coś Cię trzyma, odkładasz i teraz czytając ten list, czujesz rezonans, to pomyśl: jak wzmocnić moją radość do pisania?

    Obiecuję, że podążenie za odpowiedzią pomoże Ci spotkać się z wewnętrznym dzieckiem i poczuć to, co Cię na samym początku ściągnęło nad kartkę. Tak, ta radość wciąż tam jest. Niekiedy po prostu trzeba się do niej dokopać… poprzez poszukanie równowagi.

    Fajnych przemyśleń,
    m

  • Rozwój

    Rozwój

    Cześć, Autorze!

    Jak Ci się listopad przyjmuje? Raz słońce, raz przejmujący chłód? U mnie już czas na cieplejsze buty. Ogrzewający szalik też ruszył z pomocą, choć dziś pozwoliłam sobie jeszcze na spacer z rozpiętym płaszczem… Ale!

    W tym tygodniu chcę Ci opowiedzieć o warsztatach. Planowałam je od dawna, chwaliłam się przemyśleniami, dzieliłam wizją i oto stały się warsztaty: “Prokrastynacja w pisaniu”. Przyznaję, ten tytuł nie należy do moich najlepszych, ale potrzebowałam czegoś bezpośredniego. I najwyraźniej udało się, ponieważ na zajęcia przyszli przedstawiciele różnych obszarów pisania: od blogów, przez artykuły, poradniki i powieści aż po prace naukowe. Śmiałków zebrało się dwunastu, czyli dokładnie tyle, ile maksymalnie przyjęłam.

    Prowadzenie warsztatów to dla mnie wielka frajda. Lubię to jako kreatywny coach – zawsze mam wiele pomysłów na ćwiczenia i formy pracy, a im dłużej myślę i im więcej mam możliwości weryfikacji pomysłów z ludźmi, tym bardziej trafne tworzę koncepcje. Poza tym praca z grupą to przeciwieństwo samotniczej pracy pisarskiej – i dlatego właśnie ładuje mi baterie.

    Było wspaniale! A po zajęciach usłyszałam słowa takie, jak: “Lżej mi”, “Jak to już kończymy?!”, “Teraz rozumiem więcej” i moje ulubione: “Ruszyłem z pisaniem”.

    Miód na serce!

    Ja naprawdę uwielbiam dodawać ludziom skrzydeł. Dlatego właśnie warsztatów będzie więcej! Łódź, szykuj się! Szykuj się, Internecie! Plany mam spore, a siatka połączeń i znajomości już została uruchomiona. Będzie się działo! Będziemy pisać aż miło!

    A tak na poważnie: bardzo dziękuję uczestnikom. Udowodnili mi, że temat prokrastynacji dotyka nas wszystkich i z wielu różnych powodów. Pokazali, jak bardzo świadomi są własnych wyzwań, a przy tym jak bardzo potrafią się z nich śmiać. Pracowali wytrwale, a ja obserwowałam, co mogę zrobić lepiej.

    Dlatego już dziś zapraszam na ponowne zajęcia. Odbędą się najpewniej z początkiem roku. Minione bazowały na pracy w parach, ponieważ chciałam dać uczestnikom jak najwięcej konkretów, a te przychodzą indywidualnie. Kolejne to dodatkowa godzina zajęć, balans pracy w parach i w grupie. Do ćwiczeń rozwojowych dołączę pisarskie. Głowa aż mi huczy od pomysłów!

    Dziękuję też Marcinowi Kurcbuchowi, który wspierał mnie w prowadzeniu zajęć. Jego doświadczenia pisarskie i medytacja, którą poprowadził, wzbogaciła nas wszystkich. I to nie są tylko moje pochwały – uczestnicy potwierdzili!

    Pierwsze warsztaty o prokrastynacji pokazały mi, jak bardzo może ona być trampoliną dla pisarskiego rozwoju. Wszyscy mamy zastoje, czasem uciekamy od klawiatury albo kartki, czasem od krytyka, ale jeśli pisanie nas wzywa, to każdy wysiłek, by poradzić sobie z wyzwaniem, jest na wagę złota.

    Jako piszący potrzebujemy się rozwijać.

    Utwierdzenie się w tym przekonaniu to pewne domknięcie dla mnie. Pracowałam na to cały rok. Przygotowywałam się, obserwowałam, planowałam. Teraz wiem, jak bardzo było warto i daje mi to moc do dalszych działań!

    Z życzeniem skrzydeł,
    m

    P.S. A jeśli mieszkasz w Łodzi, Autorze, to odezwij się – mamy tu teraz ekipę, która chce się w pisaniu wspierać.

  • O sukcesach

    O sukcesach

    Drogi Autorze!

    Ostatnim razem było dość smutno i nostalgicznie, więc… czas na radość. Nie przyszła do mnie na siłę, bo przecież, jak mówiłam: powodów miałam sporo. Dziś to już w ogóle jest o czym pisać, ponieważ powody nabrały rumieńców.

    Po kolei, bo chciałabym skupić światło sukcesu sprawiedliwie. Najpierw zatem napiszę o tym, co działo się w piątek. Projekt “Mikołowski kalejdoskop” stał się książką! Nie tylko jest już wydrukowana, a w piątek miała swoją premierę, ale też można ją zakupić w Instytucie Mikołowskim im. Rafała Wojaczka.

    Muszę jednak powiedzieć o tym, co się w piątek działo, bo tak właśnie bywa z sukcesami.

    Czekałam z innymi autorami opowiadań o Mikołowie na dzień premiery, jak dzieci na Święta. Robiliśmy plany, sprawdzaliśmy połączenia i wymyślaliśmy coraz to lepsze formy świętowania. Im bliżej terminu, tym więcej sytuacji nas zaskakiwało i nasze grono wykruszało się ze spotkania.

    W piątek doświadczaliśmy apogeum!

    Nie dość, że grypa żołądkowa jednej z autorek, nie dość, że randomowe sprawy prywatne i nawet złamana noga (która nie powstrzymała Ani Partyki-Judge przed booktourem po Polsce!), to przespany samolot, opóźniony pociąg i na dokładkę popsuty samochód.

    Tak, to wszystko w naszej jednej pisarskiej ekipie.

    To wyglądało jak jakieś przedhalloweenowe fatum!

    Mimo wszystko udało nam się. Radość podzieliliśmy online, a cudowna ekipa z Magdaleną Lytek-Dehiles na czele reprezentowała nas podczas uroczystości oficjalnych w Mikołowie. After party było jeszcze bardziej udane!

    Niniejszym mamy na naszych kontach kolejną publikację!

    I wiesz co, Autorze? To jest najlepsza nagroda.

    Po wszystkich wysiłkach, oczekiwaniu, przebieraniu nogami i kilku bezsennych nocach, przychodzi czas celebracji.

    Smakuje wybornie!

    Kiedy przestaje się być pisarzem z szuflady, w człowieka wstępuje nowa moc. Okazuje się, że wysiłki popłacają. Pisanie otwiera przede mną nowe możliwości i buduje relacje. Wyciąga mnie ze strefy komfortu, pomaga wzrastać. Spełniam marzenie.

    Nawet jeśli czasem przychodzą wątpliwości i nadzieja, że projekt się dopełni, trzeba trwać. Nie tracić wiary.

    Zachęcam Cię do tej drogi. Naprawdę warto. Nie dla poklasku i sławy. Dla frajdy doświadczeń, wymiany z innymi i po prostu dla życia tym, co się kocha.

    To jest moja pożywka dla duszy i Tobie też życzę wielu takich uczt.

    Sukcesów,
    m

    P.S. Zdjęcie wykonane podczas premiery dla Gazety Mikołowskiej

  • Spadek formy

    Spadek formy

    Cześć, Autorze!

    Czy u Ciebie też czasem pojawia się swoisty czas mroku? Nic się nie chce, a życie zdaje się miałkie.

    Tak, tak właśnie u mnie obecnie jest. Wyklikałam się, że tak powiem. Nie działam na baterie, a jednak moce mi się chwilowo wyczerpały. Radość się pojawia, ale towarzyszy mi ogólna niemoc i w tle głowy brzęczy myśl: kocyk najlepszym przyjacielem.

    Potrzebuję wyciszenia, ale jest też tęsknota za frajdą tworzenia.

    I wiesz co… Łączę jedno z drugim.

    Trochę już żyję i znam siebie na tyle, by wiedzieć, że kiedy brak mi ożywczego nurtu inspiracji, świat traci kolor. Dlatego też najpierw postanowiłam się zasilić.

    W ruch poszły książki. W minionym tygodniu odrzuciłam: “Shantaram”, “Tam, gdzie las spotyka się z niebem”, “Inne światy”, “Tokio vice”. To nie są złe książki! Wręcz przeciwnie – każda miała coś urzekającego, ale z różnych względów zostały na razie zamknięte. Nie porwały mnie.

    Seriale oglądam, ale na każdy jestem w stanie pomarudzić. W “Rodzie smoka” dostrzegłam same minusy – co tu więcej mówić. Bałam się włączyć takie “Billions”, bo jak zdyskredytuję wysoką półkę, to co mi pozostanie?

    Jednak, żeby nie było, że inspiracji szukam jedynie w historiach istniejących, to… przyglądam się. Przygotowuję jedzenie. Szukam wyjątkowości w aromacie kawy. Bawię się z moją kotką (kocur się ze mną nie bawi. Wystarcza mu kolorowa mysz i impuls do polowania). Rozmawiam z bliskimi.

    Ostatnie, co mnie dogłębnie ucieszyło, to błękit nieba i promienie słońca złocące się na liściach drzew. To było tydzień temu.

    A przecież już za tydzień dziać się będą rzeczy ekscytujące: premiera antologii “Kalejdoskop mikołowski”, co dodatkowo pozwoli mi spotkać kochanych współszaleńców (znaczy współautorów oczywiście) i zaraz po premierze warsztaty o prokrastynacji, a z nimi interakcja z ludźmi takimi, jak Ty i ja. Ludźmi pióra.

    Są to powody do radości!

    I co ze sobą począć, jak szukanie iskry nie działa i wciąż się człowiek nie zapala?

    Pozwolić sobie odpoczywać.

    Dostrzec, że czasem robimy za wiele i naprawdę się wyczerpujemy.

    I zaakceptować podejście: “nic na siłę”.

    Stan, jakiego doświadczam, można przechodzić na wiele sposobów. Rozwój i dbanie o siebie pozwala iść przez to łagodnie. Zaśmiać się, jak jest chęć. Poszukać przytulenia. Pogapić się w ścianę. Z zaufaniem do siebie – ze świadomością, że to przejściowe.

    Głęboko wierzę, że wszystkie doświadczenia pozwalają nam wzrastać pisarsko.

    To, jak przez nie przechodzimy i jakie mamy podejście, jest kluczowe.

    Właśnie dlatego postanowiłam wspierać innych piszących. Zadbane narzędzie przekłada się na jakość dzieła. Rozumiesz, prawda?

    Każdy może napisać tekst o smutku, żalu i złości. O próżni lub trudach w życiu. Perełką jednak będzie ten tekst, który reprezentuje mądrość naszych indywidualnych wglądów. Tak właśnie wnosimy jakość w życie czytelników.

    Dlatego ostatecznie…

    Siedzę jak góra. Oglądam niebo wokół siebie. Pozwalam ptakom przelatywać. Czasem próbuję się poderwać, ale jeszcze nie czas. Oddycham.

    Ładuję swoje baterie.

    A Ty, Autorze, jak ładujesz swoje? Co Cię zasila?

    Życzę Ci w tym tygodniu harmonii,
    m

  • Tekst na zapas

    Tekst na zapas

    Cześć, Autorze!

    Nie, to nie jest selfie. To jest zdjęcie morza ze mną! Stąd mój humor! Dodatkowo, ponieważ właśnie nagrywałam materiał do promocji “Kalejdoskopu mikołowskiego” i moje oczy miały dość słońca i wiatru (czyt. odkryły własne morze, które zrobiło niezły przypływ na moje policzki), okulary również nie stanowią elementu trendy looku. Ratują przed łzawą powodzią.

    Ale… po tym długim wstępie… Co u Ciebie? Jak służy Ci jesień? Co dobrego czytasz albo oglądasz? Nad czym toczysz refleksje?

    Ja odkrywam swoją elastyczność. Oczywiście pisarską.

    Wiesz, jak to jest, kiedy piszesz tekst i zastanawiasz się, po co, skoro przeczyta go kilka osób i na tym zakończy się jego kariera?

    Dawno temu napisałam taki tekst. Pisałam bez wytchnienia przez trzy dni. Niosła mnie twórcza radość. Miałam mocną wizję i rozumiałam, co chcę przekazać. Obce mi wtedy jeszcze były hasła: “przemiana bohatera”, “kotu na ratunek”, “dialog to część fabuły”. Pisałam po prostu historię, która mi się pałętała po głowie.

    Japończyk, socjopata siedzi w karcerze i zżera go chęć pozabijania wszystkich, nawet za cenę własnego życia. Traf chciał, że na jego drodze staje… Nana Conucci.

    Tak oto napisałam zalążek ich wspólnej historii. Podzieliłam się nim z bliskimi i odłożyłam w odmęty folderów.

    Minęło kilka lat, tekst się uleżał. Raz czułam go lepiej, raz gorzej. Rzemiosło zaczęłam szlifować i przyszedł czas, by poprawić stary tekst.

    Zmieniłam mu tytuł, dopracowałam szczegóły. Poprawiłam literackie oblicze relacji między Naną a Japończykiem. Przekazałam tekst bliskim i kilku mądrym pisarkom. Ich wrażenia dodały mi odwagi. Podjęłam decyzję, że trzeba zacząć publikować. Czas już konsekwentnie pisać historię Nany, niech się warsztat szlifuje na tekstach.
    Później, jak wiesz, stała się rzecz wspaniała. Zaczęłam publikować. Mianowano mnie pisarką i oto jestem.

    I co z tym tekstem?

    W przyszłym roku doczeka się miejsca w kolejnej antologii!

    Tu powinny być fanfary! Także przez chwilę zatrzymajmy się i je sobie wyobraźmy…

    Nic więcej na razie nie zdradzę. Wykorzystam czas, by dopieścić szczegóły i będę się chwalić, gdy tylko prace zaczną nabierać tempa.

    Zapowiadałam wcześniej, że pracuję nad kolejnym opowiadaniem o Nanie. “Sangue” pojawi się online już niedługo. Przejdzie proces sprzątania i będę mogła przekazać je szerszemu gronu. Przecież najważniejsze pytania, z tym o pendrive na czele, nie mogą dłużej wisieć w powietrzu.

    Pomysł na dalszy skrawek historii Nany już świta mi w głowie…
    Zapowiada się więc owocna jesień!

    A dlaczego tak zatytułowałam list? Dlatego, że chciałam powiedzieć Ci, że teksty nie znikają. Leżakują niczym wino. Im dłużej dojrzewają, tym lepiej. W najmniej oczekiwanym momencie są gotowe otrzepać się z kurzu i zaprezentować światu.

    Pisz więc. Nie zniechęcaj się. A jak Cię zaskoczy konkurs albo możliwość wydawnicza, zaglądaj do starych folderów, bo kto wie, co się tam skrywa…

    Życzę Ci spadania na cztery rogi (kartki),
    m

  • Premiera!

    Premiera!

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie? Pogoda nie daje się ujarzmić? Ja co drugi dzień zaliczam sztorm i słońce. Mewy zdają się najszczęśliwsze, bo morze wyrzuca na brzeg same rarytasy, z homarami na czele.

    Dzieje się. Premiera kolejnej antologii z moim tekstem nadchodzi wielkimi, ogromnymi wręcz krokami! Już zdradzam, co i jak, i kiedy.
    Zdaje mi się, że mija już rok od czasu, gdy Magdalena Lytek-Dehiles zaprosiła mnie do projektu związanego z 800-leciem miasta Mikołów. Tekstów wspólnie z innymi wspaniałymi pisarzami napisaliśmy trzynaście. Jest to nasz międzymiastowy prezent na urodziny Mikołowa. Każdy tekst jest o czymś innym, ale łączy je Stara Apteka na Rynku.

    Przydałoby się zdradzić coś z zaplecza tego projektu…

    Od samego początku chciałam napisać coś o kotach. Pierwsza koncepcja była bardzo mroczna i jak to u mnie bywa – epicka. Musiałam swoje ze sobą przewalczyć, żeby pomysł nie rozrastał mi się w głowie niczym bluszcz.

    Drugim wyzwaniem było przypominanie sobie ślónsko godka. Przypominanie, ponieważ okazało się, że w moim domu w Zagłębiu sporo było gwary. Więcej niż myślałam! Tak oto zaczęło się poznawanie mojej rodziny na nowo – zwłaszcza tej ze strony taty, który spędził w Katowicach lwią część życia i w naturalny sposób przemycił do domu naleciałości śląskiej kultury.

    Trzecia sprawa to związek. Może to będzie nieco prywaty, ale chcę się tym z Tobą podzielić, bo pisanie nie jest oderwane od życia i czasem musi się ułożyć na nowo w nowych okolicznościach. U mnie był to czas wspólnego zamieszkiwania z partnerem i odkrywanie rytmów życia i pisania w tej zmianie. Mój partner dopingował mnie dzielnie, choć sam musiał rozpoznać to nowe stworzenie zwane pisarką. Doświadczał mnie w mojej ciszy, odosobnieniu, zamyśleniu, gadaniu ciągle o jednym, poszukiwaniu zdań i śmianiu się z rzeczy, które w procesie twórczym zrozumiałe były głównie dla mnie.

    Życie z pisarką to z pewnością temat na cały osobny blog.

    Tak czy inaczej poradziliśmy sobie i późną nocą wysłałam w końcu gotowy tekst.

    Pierwszą reakcją Magdaleny był śmiech, więc liczę na to, że pozostali czytelnicy będą mogli właśnie tego doświadczać.

    O czym zatem jest moje opowiadanie? Jego tytuł to: “Koci głos”.

    Pela Żur – weterynarka z Sosnowca – odkrywa kocią anomalię, kiedy pewnego jesiennego dnia koty zaczynają przemawiać. Co gorsza demoniczne przesłanie przypłacają życiem, a Pela jak na prawdziwą miłośniczkę kotów przystało, postanawia za wszelką cenę uratować czworonogi. Bo co to byłby za świat, gdyby kotów zabrakło? Jaki ma z tym związek bebok i jakie tajemnice Zagłębia oraz Śląska można odkryć w Mikołowie? Przygodowa lektura na deszczowe popołudnie odpowie Ci już niebawem, Autorze. Po jej przeczytaniu inaczej spojrzysz na koty.

    28 października szykujemy spotkania i celebracje z okazji premiery. Zapraszam i Ciebie! Szczegółami będę dzielić się na Facebooku, ale zaklep już termin i wpadaj do Mikołowa. Wraz z grupą wspaniałych pisarzy zapewniamy świetną zabawę!

    Tymczasem życzę Ci równie radosnych publikacji,
    m

  • Poprawki poprawek

    Poprawki poprawek

    Cześć, Autorze!

    W tym tygodniu działam prężnie, a Ty? Nie tylko układam w głowie kolejne elementy fabuły historii o Nanie Conucci, ale i popełniłam kilka ważnych dla mnie postów, a na koniec podzieliłam się wiadomością o warsztatach, które będę prowadzić. Warsztaty o prokrastynacji to coś, do czego nieświadomie szykowałam się od dawna. Ostatnie miesiące zaś to porządkowanie i uświadamianie sobie narzędzi, jakie zebrałam do tego, żeby pisać zamiast tylko planować.

    Jestem więc podekscytowana i na pewno w najbliższym czasie jeszcze wrócimy do tego tematu.

    Dziś jednak obiecałam – opowiem o kolejnym etapie procesu pisania. Oczywiście u mnie, bo Ty piszesz swoje historie albo artykuły i masz na pewno własne określenia. I tak, wyjaśnię, po co mi ten świąteczny obrazek powyżej. Cierpliwości…

    U mnie po drafcie oraz impasto następują porządki.

    To jest taki moment, kiedy wklepałam ostatnie zdania, zegar wybił północ i ja już nie widzę nic w tekście. Czuję się wypluta, zmęczona, ale i mam satysfakcję. Przez chwilę łapię powietrze. Patrzę kątem oka na ukończoną formę. Drukuję. Trzymam swoje dzieło w ręce.

    A potem zaczynam nim gnębić osoby postronne.

    Najpierw chrzestną wszystkich moich tekstów: Paulinę Sieczkowską. To moja nieoceniona betareaderka. Nie dość, że rozumie, co chciałam przekazać, to jeszcze ma tyle serca do moich bohaterów, co i ja. Jej uwagi są na wagę złota. Dotyczą fabuły, ale i moich skrótów myślowych. Rytmiki prowadzenia opowieści. Zwrotów akcji.
    Zdarza się, że po jednej obróbce u Pauliny, z tekstu zostaje sam ogryzek i lepię ponownie całą resztę. Także tekst wędruje między nami aż dochodzimy do wniosku, że to jest to. Wtedy weryfikuje go mój zespół czytelników bliskich.
    Są mi bliscy, ale i szczerzy. Wyłapują literówki, dzielą się wrażeniami, zadają kluczowe pytania.

    To, co zainteresuje ich na tym etapie, jest dla mnie inspiracją do kolejnego tekstu. Jest to więc bardzo ważny element porządków – nadaje mi kierunek do dalszych prac.

    Na koniec tekst frunie do takich wprawionych rąk, jak te należące do Ady Johnson. Jako profesjonalna redaktorka (i pisarka z wielką wyobraźnią) magluje tekst na wszystkie strony.
    Nie ma zmiłuj, ale to wyciska z opowieści sam nektar.

    Ponownie partie tekstu mogą wędrować. Zdania zostają skasowane, akapity rozpisane. Toczą się dyskusje na tematy wszelkie – od tego, jak odmieniać imiona, przez to czy można zaglądać do bagażnika tak, by nie uchwyciły tego kamery garażu, po logikę zadawania ciosów w bójce.

    Tu trzeba być twardym, ale i elastycznym ;p

    Innymi słowy w pracy z redaktorem liczą się rzeczy takie: wiedz, co chcesz napisać i kim jesteś. Znajdź wspaniałego redaktora, najlepiej takiego, który lubi gatunek, w którym piszesz. Przygotuj się na uzasadnienia i wiedz, na co możesz się zgodzić.

    Jak już obie strony są zgodne, że mogą się bez blamażu pod tekstem podpisać, to pora na czas korekty. To już raczej drobiazgi. Mogą się pojawić literówki, jakieś przesunięcia przy rozkładaniu tekstu na układ druku (tzw. łamanie – jak okrutnie to brzmi na zakończenie prac, co?), także warto poświecić czas na dopieszczenie.

    Taki wymuskany, wypieszczony tekst przestaje być już tylko mój. Należy do odbiorcy. Zrobiłam robotę, mogę napić się ze spokojem kawy, a czytelnik może się cieszyć lekturą.

    I tak to wygląda u mnie i od strony technicznej.

    A jeśli piszę artykuły? W przybliżeniu tak samo, tylko tekst zamiast przechodzić przez tyle rąk, przechodzi czas leżakowania i sprawdzam, czy będę z niego zadowolona. Czy mnie reprezentuje tak, jak tego chcę. W miarę możliwości, czy będę z niego zadowolona za rok.

    Jeśli więc chcesz pisać książki, to weź to przemyśl…

    Nie, to żart. Pisz! I pisz bez obciążeń, bo zobacz, ile osób jeszcze pomoże Ci uporządkować tekst! Pisz radośnie! I pisz dużo! Na świecie jest miejsce na wielu Stephenów Kingów!

    Szerokich akapitów!
    m

  • Impasto

    Impasto

    Cześć, Autorze!

    Moja podróż jest zwariowana w ostatnich miesiącach i oto, nieplanowanie, jestem nad morzem. Jest pięknie. Wielkie mewy polują na resztki, pająki biegają w poszukiwaniu schronienia, a mnie na plaży wielobarwne kamyki usuwają się spod stóp. Wiatr tańczy niezmęczenie, spraszając na swoją imprezę coraz to lepiej umalowane chmury. Doprawdy, magiczny początek jesieni.

    Nie mylisz się, jeśli już zaświtała Ci myśl, że do czegoś zmierzam z pomocą malowniczego opisu. Żadna to zagadka, jeśli pamiętasz mój poprzedni list albo wiesz, co oznacza tytuł nad tym tekstem.

    Impasto.
    Wspaniała technika malarska, która mnie sprawdza się również w pisaniu. Do określania mojego rzemiosła używam wielu słów, na przykład “lepię”, “sklejam”, “wycinam”. Najwyższa prawda jednak jest taka, że ja… maluję. Warstwami staram się stworzyć opowieść jak najbardziej trójwymiarową. Uważam, że praktyka czyni mistrza i im dłużej w ten sposób pracuję, tym lepsze efekty przychodzą.

    Pierwsza warstwa to podstawa historii, ale na niej zachodzi najwięcej zmian. Niektóre partie zdrapuję, inne zamalowuję, a jeszcze inne stanowią podkład dla głębi koloru na pierwszym planie.
    Tak, jest to czasochłonne. Wymaga nabywania dystansu do tekstu, by widzieć efekty. Odpowiada mi to jednak, ponieważ w ten sposób poznaję historię bardziej. Zanurzam się w nią i cieszę feerią barw. Nie zakładam od początku, że wiem. Jestem tu, by się przyglądać, zadawać pytania… czasem w kółko te same… i zapisywać, malować kolejne warstwy.

    Diabeł tkwi w szczegółach, a na właściwe ich rozmieszczenie potrzeba wyczucia. To zaś przychodzi z wprawą i dojrzałością. Dawniej nie myślałam o wielu elementach historii. Teraz zwracam uwagę na zaskakujące szczegóły. Doceniam subtelne różnice w wypowiedziach bohaterów. Upewniam się, że ich tło kulturowe barwi ich zachowanie. Najlepiej, jak potrafię, próbuję oddać życie w ich świecie. Zgłębiam research i często doczytuję lub pytam o rzeczy, które nigdy nie znajdą się w tekście, ale nadają mu ton.

    Nie twierdzę wcale, że to jest najlepsza technika. Sprawdza mi się jednak i właśnie na tym etapie prac jestem. Dokładam kolejny puzzelek do historii Nany Conucchi i bardzo się cieszę, że mogę być akurat nad morzem. To mnie i Nanę łączy – miłość do morza. Chłonę więc zapachy, dotykam spienionej wody i zanurzam się w świat Nany.

    Już niebawem mój tekst przejdzie w kolejny etap procesu powstawania.
    Napiszę Ci o nim niebawem.
    Tymczasem czekam na Twoje słowo lub dwa o tym, jak Ty lepisz teksty. Może łączy nas więcej, niż nam się zdaje…?

    Pozdrawiam morsko,
    m

Magdalena Krok Naprzód
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.