Tag: list

  • Coraz cieplej

    Coraz cieplej

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie? Ja w minionym tygodniu przyglądałam się anglojęzycznemu rynkowi. Dzieje się.

    Temperatura wokół literatury rośnie. Mam na myśli trend poprawiania tekstów klasycznych i popularnych. Czyszczeniu poddawane są książki Agathy Christie, Roalda Dahla, a w kolejce już czeka Szekspir. Nie dość, że ociera się to o cenzurę, to niebezpiecznie kieruje nas w stronę historii znanej ot choćby z “451 stopni Fahrenheita”. Zdaje się, że co jakiś czas ludzkość po prostu musi palić książki. Powodów wymyśla bez liku. Obecnie jest to intencja wpuszczenia wolnościowego podejścia.

    Zanim się obruszysz, chcę zaznaczyć, że sama patrzę na ludzi równo. Często myślę o różnych mniejszościach, stąd na przykład w tekście, nad którym teraz pracuję, zgłębiam kulturę rdzennych Alaskan. Mam otwarte podejście do wielu kwestii, jestem ciekawa odmiennych perspektyw, ale…

    Przekonywanie czytelników, że w poprzedzających nas wiekach nie było rasizmu, seksizmu i szowinizmu, body shamingu i innych godzących w jakość życia konceptów, uważam za szkodliwe. To tak, jakby próbować wymazać historię. Wygumować trochę tu, trochę tam, a wraz z tym zatrzeć krzywdę milionów ludzi.

    To moje pierwsze “nie”.

    Może być jeszcze gorzej, niestety.

    Gillian Bridge – angielska psycholingwistka – poruszyła w artykule dla Daily Telegraph temat niszczenia mózgu przez wygładzoną literaturę. Już wyjaśniam.

    Jak wiadomo, mózg to mięsień i należy go ćwiczyć. Na przykład hipokamp zawiaduje naszym poczuciem orientacji w terenie i pamięcią. Ćwiczymy go, wynajdując nowe trasy czy poddając się nowym warunkom środowiska. Co ważne, ćwiczymy hipokamp również czytając.

    Jeśli zagłębiamy się w lekturę obfitującą w odmienne perpektywy, pomysły i argumenty, hipokamp pomaga nam zorientować się w tym abstrakcyjnym środowisku.

    Wiesz już, do czego zmierzam, prawda?

    Zanim wyprowadzę konkluzję, powiem coś jeszcze.

    Żyjemy w czasach, kiedy choroby cywilizacyjne takie, jak depresja, lęki, nerwice, demencja uginają nam kolana. Coraz lepiej radzimy sobie z chorobami fizycznymi, a nawet z wirusami. Mózg natomiast to wciąż pole minowe zagadek i pytań.

    Hipokamp to ta część mózgu, która jako pierwsza reaguje na wyżej wymienione choroby. Wobec zmian, jakie zachodzą, kurczy się, a więc słabnie nasza zdolność do orientowania się w terenie i gąszczu idei.

    I to jest moje mocne, drugie nie.

    Staję ramię w ramię z Tomem Hanksem i Whoopi Goldberg i mówię: czytajmy teksty takie, jakimi zostały napisane.

    Rozumiem delikatne unowocześnianie języka, ponieważ różne słowa wypadają z użytku. Natomiast nie zaakceptuję usuwania na przykład takich słów, jak “gruba”, bo obecnie jest ono uznane za niestosowne.

    Marzy mi się, by ludzie traktowali się w sposób dojrzały. Z szacunkiem. Z założeniem, że mają do czynienia z rozmówcą czy odbiorcą inteligentnym. Przeraża mnie natomiast, kiedy coś z gruntu dobrego (bo przecież akceptacja mniejszości to zacna idea), staje się formą faszyzmu.

    Krzyczę zatem: “Nie!”.

    I czy się w Tobie zagotowało, czy masz chęć wejść ze mną w dyskusję, zapraszam.
    Rozruszajmy hipokampy!

    Otwarta na polemikę,
    m

     

  • Coś nowego

    Coś nowego

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie? U mnie inspirująco, ale inaczej niż zazwyczaj. Dziś wyszłam z tematów mafii i przeszłam do tematyki dworskich obyczajów. Innymi słowy bardzo wnikliwie oglądałam koronację Karola III. Mało opowiadam o tym obszarze moich researchów, ale przyjdzie czas dzielić się ich efektami. Tę wiedzę gromadzę bardzo na spokojnie i pozwalam, by wypełniała luki mojej historii.

    W zasadzie jednak dziś chciałam o czymś zupełnie innym, ale jak tu nie wspomnieć koronacji, która się zdarza tak rzadko w dzisiejszym świecie?

    Poprzednio abstrakcyjnie podsumowywałam warsztaty, a dziś przechodzę do konkretu.

    Otóż jeden z wniosków brzmi następująco: jesteśmy na Facebooku.

    Większość uczestników moich warsztatów natknęła się na wiadomość o nich właśnie na tej platformie. Dlatego rozumiem, że my piszący naprawdę lubimy korzystać z Facebooka. Nie byłabym jednak sobą, gdybym tego tematu nie zgłębiła.

    Słyszałam głosy, że FB rozprasza, że tylko przeszkadza w pisaniu, bo powiadomienia, wiadomości i jeszcze reklamy, kiedy się próbuje znaleźć coś konkretnego.

    Zgadzam się.

    Do tego dodam nawet inną kwestię: kiedy zaczynasz pisać i próbujesz budować swoją rozpoznawalność jako autor, na FB jesteś ziarnkiem piasku. Taka prawda. Jest nas tam naprawdę dużo! Zatrzęsienie! Każdy dzieli się swoim tekstem, swoją historią, spotkaniami, sukcesami.

    Ale wiesz co? To jest też cenna lekcja. Dla cierpliwości i wytrwałości. Dla kreatywnego podejścia do marketingu. Dlatego, jak się domyślasz, powiem: działaj dalej!

    Ja wyciągam z obserwacji coś jeszcze. Postanowiłam w końcu utworzyć na FB swoją stronę. I, słuchając potrzeb ludzi pióra, opakuję tę stronę w wartości, którymi żyję. Innymi słowy: robię stronę z intencją stworzenia miejsca ukojenia dla pisarskich umysłów. Nie będzie bombardowania ofertami. Nie będzie pstrokato. Nikogo do niczego nie będę nawoływać.

    Zapraszam.

    Tak, jak zapraszam na warsztaty i sesje indywidualne i cieszę się, gdy widzę błysk w oku klienta, uśmiech w kąciku, rozprężenie ramion, tak chcę pomagać rozwijać się odbiorcy mojej strony.

    Jak to zrobię? Dokładnie jeszcze nie wiem, ale będę słuchać serca. Ono mi mówi to, co powiedziała mentorka: zrobione jest lepsze niż doskonałe. Trzymam się tego solidnie i działam. Ufam swoim decyzjom.

    Do odwiedzania mojego facebookowego kąta zachęcam. Sugestii wysłucham lub je przeczytam. Przypominam też, że jeśli jesteś z Łodzi lub okolic, to możesz dołączyć do grupy Rozpisana Łódź. Idziemy tam w jakość, nie w ilość i celem jest coraz lepsze pisanie. Ot, tak, po prostu.

    Tak więc widzisz, otwieram przestrzeń. Daj znać, jak poczujesz chęć odwiedzin.

    Pozdrawiam Cię serdecznie,
    m

  • Majówka i już!

    Majówka i już!

    Cześć, Autorze!

    Moje minione tygodnie to cieszenie się wiosną (na ile pozwalała) i przygotowania do warsztatów, które prowadziłam. Prowadziłam też bardzo duży research do mojej powieści, ale dziś nie o tym. Zostańmy w obszarze pierwszego zdania.

    Kolejne warsztaty z serii “Piszę i już!” odbyły się w łódzkiej Mediatece MeMo. I chociaż zajęcia w zasadzie nie poruszały kwestii związanych z budowaniem fabuły, dołączyła do mnie grupa amatorów pisania. Z godziny na godzinę stawało się dla mnie coraz bardziej jasne, jak pisanie łączy się z życiem. Na koniec zresztą jeden z uczestników powiedział, że te warsztaty były nie tylko o pisaniu, były o czymś więcej.

    Pamiętam moją rozmowę z Anią Judge jakieś dwa lata temu. Mówiła mi wtedy, jak tworzenie, pisanie i życie przenika się u niej. Pokazywała mi to, rysując dłońmi koła w powietrzu. Koła poziome to jedno, pionowe to drugie i razem się nakręcają. Słuchałam jej oczarowana i zapragnęłam, by i u mnie te sfery się tak wiązały i nakręcały.

    Wczoraj jednoznacznie uznałam, że tak właśnie jest.

    Uczę się wiele. Bezustannie zgłębiam albo coś z zakresu literatury, albo rozwoju. I coraz lepiej rozumiem, jak wcielać naukę z jednego do drugiego.

    Podczas zajęć zaprosiłam uczestników do opowiedzenia swoich historii. Przekazywali w niej swoją przemianę po nabyciu nowych umiejętności. To właśnie wtedy dotarło do mnie, że i ja zmieniłam się od chwili, kiedy postanowiłam korzystać z coachingu, by wspierać pisarzy.

    Koncentrowanie się na łączeniu pisania z rozwojem wzmocniło mnie. Sięgam teraz po rozwiązania, o których dawniej nie myślałam.

    Wiem, że piszę o tym ogólnikami, ale to dlatego, że na ten moment najważniejsze jest dla mnie samo doświadczenie. I na tym próbuję dziś zatrzymać Twoją uwagę, Autorze. Te chwile często nam umykają, ponieważ przemiana nie jest fizyczna. Trudno ubrać ją nawet w słowa. To inny stan umysłu, który dopiero siebie pozna.

    Fizyczne przejawy przyjdą później. Podzielę się nimi oczywiście, bo wnioski już krystalizują się w konkretne pomysły.

    Mówiłam wczoraj uczestnikom, żeby pisali i kontaktowali się ze swoimi potrzebami. I tak samo napiszę dziś: podtrzymuj świadomość marzeń i rozwijaj się, Autorze. Celebruj momenty, kiedy wzrastasz.

    Bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom moich zajęć. Każde takie spotkanie jest dla mnie bezcenne. Tworzę okazję do wymiany mądrości, do odkrywania nowych perspektyw – nie tylko dla Was, ale i – jak widać – dla siebie.

    Z radością,
    m

  • Niepisarskie narzędzia

    Niepisarskie narzędzia

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie tej śnieżnej wiosny? U mnie nowości, choć też przebodźcowanie. Organizm doprasza się odpoczynku, zmęczyłam go researchem, nauką i… jeszcze większą ilością nauki. Zanim jednak przejdę do wielkanocnego resetu, podzielę się odkryciami.

    W mojej podróży pisarskiej objawiło się zupełnie nowe rozgałęzienie. To autostrada! Moja własna, szerokopasmowa i z drzewami na poboczach – tyle bowiem się na tej trasie dowiaduję.

    O narzędziach do edycji tekstu pisałam jesienią, o tu. Teraz odkrywam, jak ważne są narzędzia, które zupełnie nic nie mają wspólnego z edytorami! I w tym jest ogromne pole dla kreatywności!

    Mam na myśli nie tylko karteczki i kolorowe mazaki lub zakreślacze na legendarnej tablicy. Nie mogę sobie na takie rzeczy pozwolić – tablicy nie sposób zapakować do walizki. Korzystam więc z apek. Graficznie ratuję się Canvą. Diagramy, plansze skojarzeń, historie postaci w pigułce – co rusz wymyślam coś, co ułatwia mi pisarskie życie.

    Apki do organizowania sobie czasu świetnie sprawdzają się również do ogarnięcia ogromnego projektu, jakim jest powieść. Zwykła lista “to do” nie wystarcza. Podczas tworzenia powieści próbujemy przecież okiełznać cały świat. Wszystko trzeba spasować, ustalić i mieć do tego dostęp, by pracować skutecznie.

    Niezależnie od tego, jaki gatunek piszesz: im więcej wątków oraz inwencji, tym więcej notatek, a przebijanie się przez sterty karteczek to przepis na pisarski blok.

    Ułatwiaj sobie pracę. Polecam zwykły planer, z którego być może korzystasz na co dzień w celach zawodowych. Pobaw się, sprawdź, jak może Ci pomóc uporządkować świat, postaci, fabułę, plan pisania. Niech Ci przyświeca idea uporządkowania, zamiast wykorzystania kolejnego narzędzia do ganienia siebie za niepisanie.

    Podejście do planowania fabuły naprawdę bardzo wiele zmienia. Mam wrażenie, że ta część nie bawi nas tak bardzo, jak pisanie samo w sobie. Dopóki nie odkryjesz w sobie miłości do tego, o czym chcesz napisać, jest ryzyko, że napięcie Cię zblokuje.

    Moja bonusowa nauka z minionych tygodni jest taka, że nie muszę wszystkiego wymyślać sama.

    Wydaje Ci się to śmieszne?

    Mnie trochę też, ale zamiast się śmiać, pomyśl: jak bardzo chcesz być nowatorski?

    Wiemy, że napisano już o wszystkim. Przypominamy sobie, żeby pisać z własnej perspektywy i na podstawie własnych doświadczeń. I jest w tym pułapka, bo można sobie wyrobić przekonanie (jak u mnie), że wszystko trzeba wymyślić od nowa.

    Uch, aż mi się ciężko zrobiło na samą myśl.

    Na szczęście to już za mną! Z pasją rzuciłam się w research. Wcześniej również czytałam, sprawdzałam i filtrowałam przez siebie, ale teraz czuję się prawie jak reporterka.

    Co rano budzę się i wpada mi do głowy, z kim jeszcze mogę porozmawiać i gdzie zajrzeć! Wyobrażasz sobie, jak mi to ładuje baterie?!

    Research to więc moje bonusowe niepisarskie narzędzie.

    Podsuwam Ci je i podpowiadam: znajdź swój sposób na research. Pytaj, sprawdzaj, rozmawiaj. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże Ci napisać książkę. Karm się wiedzą i przelewaj ją w swoją historię. Pozwalaj sobie na akty odwagi, nawet jeśli jesteś introwertykiem. Kontakt z ludźmi ożywia fabułę, jak nic. Realne materiały i prawdziwe miejsca dadzą Ci doświadczenia, których nie wymyślisz.

    Znajoma pisarka testowała nawet męskie zapachy w perfumerii, by znaleźć odpowiedni dla swojego bohatera.

    I tak właśnie rób – szukaj frajdy na każdym etapie tworzenia, bo to Twoja najlepsza nagroda w tym procesie!

    Rozentuzjazmowana,
    m

    P.S. A wiosnę już naprawdę znalazłam, jak widzisz 🙂

  • Czego się boisz?

    Czego się boisz?

    Cześć, Autorze!

    Jaką masz pierwszą myśl w odpowiedzi na pytanie z tytułu? Jakie jest pierwsze skojarzenie?

    Dobre pytanie na sesję coachingową, patrz, ile otwiera drzwi! Ale przecież my tu nie w tym obszarze… To, o co mi chodzi?

    Mogę Cię zaczepić, jak to czasem robię i wiercić dziurę w brzuchu o Twoją karierę literacką: czego się boisz? Co, jeśli wydasz tę książkę? Spokojnie, cofnijmy się nieco: co, jeśli napiszesz to zdanie? Co, jeśli ukończysz ten draft? Co tam na Ciebie czyha? Tak, czyha, nie czeka, bo przecież pytam o obawę.

    Ale wcale nie o to mi chodziło, kiedy myślałam, o czym chcę w tym tygodniu do Ciebie napisać… Choć, oczywiście, jeśli sobie przeanalizujesz swoje lęki w procesie twórczym, to tez dobrze.

    Moje pytanie jest dokładnie takie, jak widać: czego się boisz – w filmach, opowieściach, książkach? Co Cię straszy? Co wzbudza akceptowalny lęk – taki, dzięki któremu mózg tworzy scenariusze “na wszelki wypadek”?

    Wracam często myślami do filmu “Midsommar. W biały dzień”. Wiele osób seans napawał strachem, a nawet wielu pisało, że nie pamiętają tak strasznego filmu! Mnie nie straszył, ale ciekawił i do dziś się zastanawiam, jak twórcy dokonali tego, że mimo słonecznych dni, oglądamy wydarzenia z napięciem. Wszystko jest na opak, strach nie czai się w ciemności, a bezczelnie patrzy nam w oczy w pełnym blasku dnia. Czyli nie ma już, gdzie się ukryć…

    Dzieci w “Lśnieniu”. Tak często przywoływane w serialach, teledyskach. Kultowa wizja. Słodkie dziecko z nieznanymi zamiarami to przepis na dreszcze. Wiadomo, że dzieci mają nieograniczoną wyobraźnię, a jak pisał William Golding we “Władcy much”, człowiek ma opór na krzywdzenie dzieci. Jak się więc przed takim osobnikiem bronić?!

    Najgorsze jest to, czego nie widać. Nie wiadomo, jak się przygotować, w co uzbroić. Na tym, moim zdaniem, bazują najlepsze historie. Napięcie się kumuluje, czytamy z wypiekami na twarzy. Ostatnio taką historią była dla mnie niepozornie zaczynająca się książka Erin A. Craig: „Dom soli i łez”.

    Umierają kolejne dziedziczki rodu. Jaka klątwa na nich ciąży? Czy młodsze siostry zdołają się uratować?

    Początkowo klimat jest baśniowy. Można wyczuć obecność fatum. Czytałam i szukałam powodu, czekałam na wyjaśnienia i liczyłam na to, że siostry się uratują. Z czasem kolejne umierają. Ich śmierć jest wytłumaczalna – znaczy, wcale nie musi być w to zaangażowana zła siła. Wypadki się zdarzają.

    Autorka tańczy z czytelnikiem: podsuwa podpowiedzi, kamufluje je. Ta część była dla mnie najciekawsza! Bałam się wręcz, że ostateczne odpowiedzi mnie zawiodą.

    Nie zawiodły – dlatego właśnie polecam Ci tę książkę, zanim się pogoda ustabilizuje. Dobra towarzyszka do wieczornej herbaty.

    Zapytam więc jeszcze raz: czego się boisz?

    Po jakie filmy lub książki sięgasz, żeby się bezpiecznie pobać? 😉

    Bardzo jestem tego ciekawa u progu mojej przygody z grozą. Każdy z nas przecież choć raz w życiu sięgnął po horror – w tej lub innej formie.

    Boję się tego. Wkraczanie w konkretny gatunek, osadzanie się w nim napawa mnie lękiem. Zastanawiam się, czy potrafię straszyć? Czy potrafię budować napięcie, które sprawia, że czytelnik boi się, ale czyta, żeby poznać odpowiedzi? Czy już jestem literacko gotowa?

    Boję się i działam.

    Podziel się swoimi strachami, Autorze. Bo razem raźniej 🙂

    Wciągających historii,
    m

  • Thriller w Maszynie

    Thriller w Maszynie

    Cześć, Autorze!

    Co u Ciebie słychać? Jakie masz plany na wiosnę? Patrzysz już tęsknie na buty do biegania albo rower? Ja niebawem odwiedzę nieznane mi plaże, oczywiście pozbieram muszelki i kamyki, a przede wszystkim nacieszę się widokiem. Ale…

    O wiele ważniejsze jest to, że pomalutku wracają rytmy pisarskie – toczą się właśnie rozmowy w mojej grupie pisarskiej: kiedy, o której i kto może. Cieszy mnie to bardzo, bo regularne spotkania motywują mnie jak mało co. To moje nagrody w procesie twórczym. Dzięki temu właśnie nie tkwię już w szufladzie i dlatego tak ważne jest dla mnie budować prężną grupę Rozpisana Łódź. Tu też toczą się rozmowy i niebawem zapadną decyzje o podobnej tematyce: kiedy, gdzie i kto może.

    Baterie pisarskie ładuję też od wczoraj kursem. Prowadzi go Artur Urbanowicz, którego bardzo szanuję jako pisarza. Jego książki dały mi poczucie, że po polsku też można fajnie postraszyć. To literatura mądra, a jednocześnie pochłaniająca. Polecam nie tylko fanom grozy i proszę się nie bać objętości, bo kartki się przewracają nie wiadomo kiedy.

    Tematem kursu jest Thriller – zagadka, napięcie, zaskoczenie, gra z czytelnikiem. Dopiero wystartowaliśmy, a ja już z wypiekami na twarzy opowiadałam bliskim, jak wiele wiedzy i inspiracji odebrałam. Kilka godzin spędzonych stricte w obszarze pisania, konkretne narzędzia warsztatowe, nowatorskie spojrzenie na proces tworzenia to bogactwo!

    Przede mną jeszcze trzy spotkania i na pewno podzielę się wrażeniami, ale na dziś chcę Ci powiedzieć, jakie to ważne, by do swojego warsztatu podchodzić z otwartością. Pisanie to sztuka i zawsze można nauczyć się czegoś nowego. Już same rozmowy o pisaniu wnoszą bardzo wiele, pomagają podnieść jakość przekazu.

    Julia Cameron napisała, że każdy z nas może pisać, skoro potrafi mówić. To prawda, ale jednocześnie: jeśli chcesz opowiadać historie, to trzeba się uczyć.

    Niektórzy wychowują się w gronie bajarzy i wodzirejów. Snucie opowieści przychodzi im łatwo. Inaczej jednak opowiada się historyjkę kumplowi przy piwie, a inaczej rozpisuje się fabułę na książkę. Trików do tworzenia wspaniałej fabuły jest bez liku – zatem nie czerpanie z tego bogactwa zakrawa na ignorancję.

    Tak, zaczepiam Cię, Autorze.

    Nie szukaj wymówek, nie marudź do lusterka, że tkwisz w miejscu. Szukaj ekip pisarskich, webinarów, książek o pisaniu, a wreszcie – warsztatów. To naprawdę działa, bo w końcu zgłębiasz to, co Cię pasjonuje. Jeśli chcesz żyć z pisania, to podwijaj rękawy i działaj: gromadź wiedzę, szlifuj warsztat, rozwijaj się.
    Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się na jakichś warsztatach.

    Otwarta na wiedzę,
    m

    P.S. Zdjęcie Artura Urbanowicza pochodzi z jego strony autorskiej.

  • Dzień niemocy

    Dzień niemocy

    Cześć, Autorze!

    Jak Twoja moc dziś? Moja poszła na spacer, chyba w poszukiwaniu wiosny i zapomniała mnie ze sobą zabrać.

    Snuję się między kanapą a fotelem, pilnując, by towarzyszył mi wierny kompan: kocyk.

    Z początkiem roku obiecałam sobie, że pisanie w tym roku ma priorytet. Dziś nic z tego. Dziś pierwsze miejsce zajmują moje umęczone kości.

    Czasem taki dzień jest i nie ma, co tego ukrywać.

    Powodów do radości wiele: za mną pierwsze spotkanie warsztatowe Rozpisanej Łodzi. Członków grupy przybywa. Rozmowa podcastowa z Beatą Wawryniuk to kopalnia wiedzy. Inspiracja pukała do mnie zewsząd w minionym tygodniu: czytam “Ojca chrzestnego”, Internet podsunął szkolenia pisarsko-coachingowe (będę się chwalić z czasem), ustaliłam termin dla kolejnych warsztatów o produktywności w genialnym miejscu w Łodzi: Mediateka MEMO (29 kwietnia, godz. 11:00), a wisienką na torcie była rozmowa o fabułach i adaptacjach książek z Pauliną.

    Cóż, może po tylu wrażeniach trzeba odpocząć.

    Tymczasem w tym tygodniu kolejna wyprawa po wiosnę i łapanie inspiracji w Londynie.

    Opuszczam więc kocyk, by pochylić się nad walizką.
    Pozostańmy w kontakcie, nawet jeśli i Ty masz chwilę niemocy.

    Do następnej niedzieli!
    m

  • Strach przed nowym

    Strach przed nowym

    Cześć, Autorze!

    Co myślisz o nowym? Nowy dokument, nowy rozdział, nowy pomysł, nowa strategia pisania w ogóle… Sporo jest nowości w trakcie pisania. Mózg truchleje na to hasło, bo nowe oznacza, że mapa działań jeszcze nie została opracowana i trzeba się wysilić. O ile łatwiej zjeść kawałek czekoladowego tortu i zalec na kanapie przy wciągającym serialu!

    Tak oto otwiera się puszka wymówek, oporów i prokrastynowania.

    Pójście za tym, co wysypuje się z puszki do trenowanie lęku, pesymizmu. Podcinanie sobie skrzydeł.

    Oczywiście biorę pod uwagę, że czasem opór sygnalizuje potrzebę odpoczynku albo samego przebodźcowania. Zachowaj tu jednak czujność, nie daj się zwieść. Poznawaj siebie i na tej podstawie decyduj, czy coś jest już o jednym zadaniem za dużo, czy to tylko strach.

    I co z tym dalej zrobić?

    Umilać sobie.

    Opakować nowe w przyjemne. Może lepiej się dziś poczujesz z nowym notesem w rękach? Może potrzebujesz towarzystwa ludzi w trakcie pisania i kawiarnia okaże się wspaniałym miejscem. Może research roznieci na tyle ekscytacji, że chęć przelania myśli na papier przełamie lęk przed pustą stroną.

    Szukaj. Baw się. Korzystaj z umysłu dziecka. Ba! Nawet poobserwuj dzieci, jeśli możesz. Nad wieloma działaniami się nie zastanawiają. Sięgają, próbują, podejmują wyzwania. Niech Cię to zainspiruje.

    Dlaczego o tym akurat piszę?

    Oswajam lęk.

    Mierzę się z pomysłem pisania po angielsku i wciąż unikam podejścia do kartki.

    Znajduję wymówki tak logiczne, że wytrącają mi intencję. Na przykład: nie ma sensu teraz zaczynać pisać po angielsku, skoro jestem w rozgrzebanym tekście. Najpierw skończ jedno. Co, jeśli pomysł po angielsku mi się spodoba, a nie będę go w stanie dociągnąć do końca? Cały wysiłek pójdzie na marne i będę musiała zacząć od początku.

    Czy mój styl przeniesie się w inny język? Czy znam go na tyle, żeby mój styl mógł się przejawiać? Po polsku lubię przełamywać powiedzenia, ale nie na tyle, żeby zmiana męczyła czytelnika. Znam już swoje odruchy, wycinam bez sentymentów.

    Mój logiczny, dorosły mózg działa na najwyższych obrotach. Pomysł o oddaniu tekstu do tłumaczenia nie wchodzi w grę przed podjęciem próby. Czułabym, że złożyłam broń przed wyzwaniem.

    Dzielę się tym z Tobą, bo może masz podobne doświadczenia. Siedzisz i kłębisz myśli.

    Izolacja we własnej głowie jest o tyle męcząca, że w kółko wracają te same myśli i wnioski. Nic się nie zmienia. Przez bardzo długi czas.

    Teraz, gdy podzieliłam się z Tobą moimi przemyśleniami, widzę jak bardzo idą z głowy. Odbierają mi radość tworzenia. Korzystania z drugiego języka, który szczerze kocham. Pozbawiają mnie frajdy poznawania siebie na nowo.

    Nie muszę przecież od razu pisać całego opowiadania. Skrawek tekstu już pokaże mi, jak się czuję. Sama zadecyduję, czy w to idę, czy jednak rezygnuję. Zrobię to na podstawie doświadczenia. I będę to pamiętać! Jeśli pisanie po angielsku nie zadziała, to chociaż łaskawszym okiem spojrzę na tłumacza, któremu oddam swój tekst.

    Dziel się więc swoimi skłębionymi przemyśleniami. Wpuszczaj radość w swoje decyzje. Ćwicz mięsień rozwiązań i optymizmu. W końcu jesteś twórcą – tworzysz nowe!

    Z wiarą,
    m

  • Rozpisana Łódź

    Rozpisana Łódź

    Cześć, Autorze!

    Już po raz trzydziesty szósty piszę do Ciebie! Cały czas z tym samym entuzjazmem i zaciekawieniem. Uważam, że przez trzydzieści sześć tygodni można napisać sporo, nauczyć się wiele, a nawet zadebiutować!

    Mnie po tych tygodniach otwiera się nowy projekt: Rozpisana Łódź!

    Pisałam jakiś czas temu, że po warsztatach uczestnicy wykazali chęć na pisarskie spotkania. Nic dziwnego – pisarze jak koty: chodzą swoimi drogami, ale i uwielbiają ze sobą przebywać. Nie ma to jak pisarskie plemię! Mnie to graj, bo nie tylko lubię być wśród piszących, ale i skaczę z radości, że mogę ludzi łączyć, także… działamy!

    Decyzje zostały podjęte, plany wstępnie rozpisane. Zapraszamy więc chętnych z Łodzi i okolic na naszą grupę FB: Rozpisana Łódź. Tutaj będziemy wymieniać się inspiracjami i bolączkami. Tutaj znajdą się informacje o konkursach, przydatne i sprawdzone kontakty. To miejsce, gdzie mam nadzieję, że z czasem znajdziecie swoich betaczytaczy i nabierzecie wiatru w żagle w chwilach niemocy.

    Ponadto spotkania!

    Toż to sama śmietanka projektu. Móc spotkać się i pisać wspólnie. Przeczytać swój tekst, by zderzyć wizję z rzeczywistością, wysłuchać życzliwej krytyki. Najbliższe spotkanie już 1 marca, także wypatrujcie wydarzenia na FB – ono wskaże miejsce spotkania.

    Co bardzo istotne, zależy nam na ludziach z pasją. Być może to okrutne, ale szczere… Wielu z nas ma chęć pisać, jednak nie wszyscy naprawdę się w to angażują. Inna sprawa marzyć i naprawdę mieć wyzwanie ze znalezieniem czasu, podjęciem fabularnych decyzji, a inna zupełnie po prostu snuć marzenia bez końca. Także serdecznie zapraszam, ale i uprzedzam: będziemy tu wymagać partnerskiego podejścia, wsparcia i szanowania się wzajemnie.

    Wszystko po to, by realnie osiągać zamierzone cele wydawnicze lub pisarsko-rozwojowe. Zmierz zatem siły na zamiary i jeśli się poczuwasz, to klikaj.

    Jak wiesz, jestem otwarta na pomysły. Być może znajdzie się przestrzeń na konkurs, być może sfinalizujemy koncepcję pisarskiego weekendu w dziczy. Na pewno jednak postaramy się dobrze bawić, żeby wewnętrzny twórca pisał z radością. Wiadomo, jest jak dziecko i gdy ono się dobrze bawi i my krytyczni jesteśmy zadowoleni.

    Także wszelkie pisarskie zabawy i gry mile widziane!

    Klawiatury w dłoń i do dzieła! Już 1 marca!
    Mówiłam, że to będzie… rozpisany rok!

    Z uśmiechem,
    m

  • Miłość do słów

    Miłość do słów

    Autorze!

    Jak ja kocham słowa! Uwielbiam! Przejawia się to w słowotoku, który czasem wypływa mi z ust niczym strumienie dialogów “Gilmore Girls”. Innym razem słucham w wielkim skupieniu i przyznam się, że w myślach zdarzy mi się poprawiać rozmówcę, ale chyba tylko dla udowodnienia sobie samej, że zwracam uwagę i znam słowną prawdę. Potrafię też nad słowami medytować. W kompletnej ciszy, gapiąc się w przestrzeń albo kartkując słowniki, albo zasłuchując się w piosenki. Cenię ten stan poszukiwania słowa, zwłaszcza jeśli chcę umieścić je w tytule.

    Znajdywanie tytułu to dla mnie wspaniała przygoda. To smakowanie wina. Rozkoszowanie się ciastem czekoladowym. Nacieszanie oka dziełami Salvadora Dalego. Chłonięcie pejzażu i gry światła na horyzoncie. Nawet jeśli tytuł potrzebuje więcej czasu, żeby się wyłonić, cierpliwie go wyczekuję.

    Szukam słów niejednoznacznych, zaskakujących i takich, które zmuszą do myślenia lub zatrzymania się. Nie martwię się, kiedy brakuje słowa w języku polskim. Dlatego właśnie wybrałam tytuł “Nu gui” – to brzmi znacznie lepiej niż “zły damski duch”, “upiorzyca”, “zjawa”. To już coś mówi o mojej bohaterce i przywodzi na jaw ducha rodem z “Kręgu” czy “Klątwy”, a nie jedną z dam zamkowych, o których to mamy całe mnóstwo legend.

    Podobnie jest z tytułem “Sangue” do opowiadania, które dopracowuję. Mogłoby być po prostu “Krew”, ale włoski odpowiednik niesie już w sobie typ charakteru, wnosi informację, że zapraszam czytelnika do Włoch, do włoskiej rodziny – tam, gdzie krew gotuje się najmocniej. To też odniesienie do tego, z czym próbuje radzić sobie Nana – z krwią na rękach i z relacjami rodzinnymi. W jednym słowie całe bogactwo.

    A na deser mamy “Behesht” – opowiadanie, które już niebawem przejdzie redaktorski szlif. To twarde słowo. Brzmi omalże jak przekleństwo. Nie sposób go mięciutko wyszeptać w ucho dziecka. Jest krótkie – kończy się, zanim naprawdę rozbrzmi. I sięga do starych tradycji perskich, kiedy wyobrażenia nieba i piekła były inne niż znamy je dziś. Które z tych dwóch oznacza? I co to mówi o moim bohaterze? Jeśli nie wygooglujesz, a nawet cierpliwie poczekasz na premierę książki, wyjaśnię to całym tekstem.

    Poza wyszukiwaniem słów do tytułów, uwielbiam też czytać poszukiwania innych. Czy to będą przemyślenia i objaśnienia językoznawców, czy rozprawy socjologów i psychologów. Jaka historia stoi za słowem fascynuje mnie równie mocno, jak to, czym to słowo nam obecnie smakuje.

    Przemianę przeżywa słowo “wiedźma”. Używane coraz częściej z czułością odrywa się od znaczenia “baby jagi”. “Diabeł” również odkleja się od “szatana”. Słowo takie jak “współczucie” nabiera coraz mocniejszego znaczenia “współodczuwania” zamiast “użalania się nad kimś”.

    Wisienką na torcie są analizy słów mocy, wokół której miłośnicy natury człowieka budują całe prace naukowe. To właśnie, obok mądrości, cieszyło mnie najbardziej podczas czytania książek Brene Brown. Podziwiam ją za konsekwentne badanie natury ludzkiej przez pryzmat słów. Nauczyłam się dzięki temu wiele – spędziłam ze słowami takimi jak “przynależność”, “odwaga”, “ autentyczność” całe dni. Mogłam je przeanalizować, a później sprawdzić jak we mnie rezonują. Mogłam zweryfikować ich znaczenie przedstawione przez Brene. Filtrowałam i układałam: słowa w sobie i siebie wobec słów.
    I tak właśnie wzrosłam.

    Niech Cię niosą słowa, Autorze,
    m

Magdalena Krok Naprzód
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.