Co słychać? Co czytasz? Co piszesz? Czym się inspirujesz?
Czy mówiłam Ci kiedyś, jak lubię poznawać nowe słowa? Wprost uwielbiam, kiedy czytam książkę i odkrywam nowości. Mogą to być słowa, które po prostu wypadły z użytku albo sięgamy po nie tak rzadko, że są mi obce.
Czuję wobec takich słów wystrzał energii. Umysł mi się otwiera i chłonie. Cieszę się niczym dziecko z nowej zabawki. Ekscytuje mnie dodatkowo, jeśli są to słowa dźwięczne, jak na przykład: “barłog”. Głoski wręcz tańczą na języku!
Jednakże słowo takie, jak: “westybul”, które brzmi płasko niczym Wielkie Równiny, też rozbudza moje synapsy. Czym dokładnie jest ten tajemniczy przedsionek? Jak wygląda? Gdzie go znajdę? To zaproszenie do nowego świata!
“Portyki”, “kajet”, “kurhan” i “trytytki” – od samego wymieniania szaleje wyobraźnia!
Kocham za to pisanie i czytanie jeszcze bardziej!
Słowa zawsze mnie skłaniają do zgłębiania wiedzy!
Z tych samych względów uwielbiałam jeździć na wykłady prof. Miodka do Wrocławia. Ile było tam pasji! Brzmienie, dociekliwość i wspaniała dykcja przynosiły mi więcej radości, niż najlepszy koncert (a pamiętaj, że kocham muzykę!).
Dziś brakuje mi czasu na wysłuchiwanie wykładów, ale zawsze z ciekawością podpatruję ciekawostki językowe i zagapiam się w obce mi słowa w książkach. Na chwilę otulam się ekscytacją, a później pędzę dalej przez tekst.
Jak się masz? W którym świecie przebywasz: twórczym czy nietwórczym?
Niedawno pisałam o tym, jakie ważne jest otaczanie się stadem spod tej samej etykiety. Dziś chcę zwrócić uwagę na inny aspekt.
Bez nietwórczego świata też się nie da.
Oczywiście dobrze, żeby to nie były światy na zasadzie kontrastu. Tutaj też muszą być ludzie odpowiedni: pełni szacunku, o podobnych wartościach i tacy, wobec których czujesz się swobodnie. Inaczej życie staje się bardzo skomplikowane.
Czym jednak jest dla mnie nietwórczy świat?
To te przestrzenie w życiu, kiedy zajmuję się zakupami, remontami, praniem kota. Kiedy spotykam się na ploty ze znajomymi, którzy nie wiedzą nic o budowaniu fabuły. Może to też być czas tanecznego szaleństwa, śpiewów i tarzania się ze śmiechu. To chwile, kiedy prowadzę warsztaty medytacji albo pracuję coachingowo z nieliterackimi klientami.
Dzięki temu podtrzymuję balans.
Bardzo fajnie pisała o tym Bonda w “Maszynie do pisania”. Wspomniała, jakie to ważne, by wstać od biurka, naprawić kran albo pomyć gary.
Przeniesienie uwagi na temat zupełnie niezwiązany z tekstem jest zdrowe.
Jesteśmy pisarzami, prozaikami, publicystami, ale też jesteśmy po prostu ludźmi. Bez doświadczania życia, wyzwań, nie zgromadzimy doświadczeń, które posłużą za inspirację.
Grunt, by zachować odpowiednie proporcje.
Nie wiem, jakie są najlepsze. Zdaje mi się to indywidualne.
Dla mnie wyznacznikiem jest podtrzymywanie kontaktu z tekstem. Dopóki mogę swobodnie przypomnieć sobie, o czym napisałam ostatnią scenę, emocje wciąż we mnie są, jest OK. Jeśli natomiast wymaga to przekopania się przez stosy notatek, to już pora dzwonić na alarm.
Przyznam się szczerze, że jeszcze nie potrafię zauważyć momentu przed alarmem. Zdarza mi się zagłębić w nietwórczy świat za bardzo. Rozumiem już jednak, dlaczego tak się dzieje i szukam w życiu takich zmian, które pomogą mi szanować swoje proporcje. Za jakieś pół roku dam znać, jakie mam obserwacje.
Tymczasem ciekawa jestem Twoich technik i spostrzeżeń. Napisz, jak to u Ciebie wygląda.
Znasz ten stan, kiedy czegoś bardzo chcesz, ale świat i los, i kto wie, co jeszcze, zdają się po prostu nie składać?
Pisałam niedawno o realistycznym podejściu do życia. Tutaj zdecydowanie też się przydaje… o czym sama zapominam.
Mam strusia pędziwiatra w sobie. Łączy się z wewnętrznym perfekcjonistą. Jak już obiorę cel, to chcę się u niego znaleźć. Już! Natychmiast! I na 100%. Mam wielkie wizje, że wszystko idzie cudownie i po mojej myśli. Nawet, jeśli pojawiają się przeszkody, to skaczę nad nimi jak preriowy króliczek.
Nic mi nie straszne!
A potem budzę się umęczona, bo właśnie ile można skakać i lawirować. Przeszkód jest za wiele, cel się oddala. Myśli w głowie się mnożą, niezadowolenie z siebie rośnie.
Bez sensu.
Wszystko zaczyna się w głowie i spojrzeniu na świat.
Z wiekiem wydaje się, że łapiemy coraz więcej dystansu, wprawy i lekkości. Ja na pewno się uelastyczniłam i ufam swojej umiejętności spadania na cztery łapy.
Pobieram od świata kolejną naukę: nie wszystko naraz.
Jest w tym sporo mądrości, bo kiedy biorę na siebie zbyt wiele planów, projektów i nawet marzeń, żadne z nich nie może wybrzmieć, do żadnego nie mam serca i frustruje mnie stanie wobec nich w miejscu.
Zdarza się również, że pomocne osoby, dzięki którym miałam do celu wręcz doskoczyć, też mają swoje przeszkody. Samo życie.
Jak bardzo odległe od życia stworzyliśmy podejście: wszystko na już, za pomocą jednego kliknięcia. Zdaje się ono wykładnią obecnego społeczeństwa Zachodu i męczy nas kolektywnie.
Bierzemy kredyty, żeby już kupić i mieć. Godzimy się na byle wydawcę, żeby znaleźć się już na półkach. Podpisujemy umowy natychmiast, zamiast skonsultować się z prawnikiem. Wrzucamy posty, by otrzymać już-reakcję.
Życie, a pisanie tym bardziej, to sztuka warzenia. Pyrkoli pomalutku. I do wszystkiego dojrzewa w swoim czasie.
Po pierwsze potrzeba czasu, by zrozumieć, co chce się pisać. Jak. Po co. Zyskać dystans do swoich tekstów, by móc je poprawiać i przepisywać. Więcej dystansu, żeby poprawiać mogli je inni. Potrzebujemy dojrzeć, by mówić solidne: “Nie”, by współpracować z właściwymi ludźmi.
Może masz już w szufladzie gotowy tekst. Bardzo chcesz zobaczyć go już w księgarni. Głęboko wierzysz, że właśnie tym podbijesz serca czytelników. Wydawca jednak się z Tobą nie zgadza. Nie ma przestrzeni, zapotrzebowania. To nie ten czas.
Weź głęboki wdech i wypuść powietrze. Pozwól sobie jeszcze dojrzeć. Szlifuj warsztat. Ucz się. Działaj nad swoją pasją, bo to ona przynosi Ci uśmiech w oczy. To poprzez nią przytulasz swoją duszę.
Być może coś innego wymaga Twojej obecności i działań w świecie nietwórczym. Sprawdź. Zaopiekuj się. I ufaj, że Twój czas nadejdzie. Bo nadejdzie, ja wiem.
Czym się karmisz? Jako twórca oczywiście. Co czytasz, czego doświadczasz i co oglądasz? Czy przyglądasz się temu, jak odbierane treści, działają na Ciebie?
Dawno temu przeczytałam zasadę o trzymaniu się z ludźmi spod tej samej etykiety i bardzo mi się nie spodobała. Postanowiłam nawet udowodnić jej bezzasadność.
Mocno się poturbowałam.
Dziś tę zasadę doceniam i czuję się jak brzydkie kaczątko po odnalezieniu stada łabędzi. Innymi słowy czuję się na miejscu, kiedy jestem wśród ludzi twórczych. Jeśli mogę otaczać się pisarzami, to już w ogóle jestem szczęśliwa, rozkładam skrzydła. Jeśli mogę z tymi pisarzami współpracować, rozmawiać o tekstach, to zaczynam szybować w przestworzach.
„Ludzie spod tej samej etykiety” ma jednak wiele znaczeń i płaszczyzn.
Oznacza dla mnie ludzi ciekawych świata, otwartych na różnorodność i rozwiązania, miłośników zwierząt, pasjonatów nowych smaków, degustatorów sztuk wizualnych, introwertyków, empatów.
Kryje się też za tym pływanie na właściwej fali. Dla mnie to fala sztuki, dobrego filmu, wybornej muzyki, medytacji, nocnych przemyśleń i rozmów pełnych refleksji.
Jeśli coś mnie zmusza do odpłynięcia w inne rejony, robię się niespokojna.
To dlatego, że wiem, jak bardzo inne nurty są niebezpieczne, jak mnie porywają i niosą daleko na nieznane wody aż tracę siły. Mój umysł postrzega to jako zagrożenie dla integralności.
Mówię tu szczególnie o pozbawionych sensu obowiązkach (bo na przykład pracodawca coś sobie wymyślił), konieczności załatwiania spraw urzędowych (wszelkich i na dwa państwa), wkręcaniu się w politykę (bo dziś ciężko ignorować temat, a zarazem ciężko zachować spokój), scrollowaniu social mediów (chyba to wszyscy czasami robimy, co nie?), kręceniu się bez celu po lotnisku (samotne podróże zużyły moje nastawienie: “Ahoj, przygodo!”), szkoleniach BHP (aż skóra drętwieje na samo hasło).
Ot, masz teraz listę moich głównych wrogów, moich największych wyzwań.
Kiedy mnie już porwą te nurty, to tylko słuszny gniew pomaga wrócić na brzeg. Tam muszę trochę odetchnąć, odzyskać azymut i mogę płynąć dalej.
Kosztuje to jednak sporo energii i tu przydaje się właściwa odżywka. Książka, film czy przyjaciel. Bijące po oczach wielkie etykiety, dzięki którym wracam do bycia sobą.
Polecam więc gromadzenie swojego stada. Cokolwiek Ci służy, miej to blisko. Otulaj się i korzystaj w chwilach słabości. Tak życie staje się lżejsze.
Jak idzie planowanie wakacji i odnajdywanie się w tym letnim czasie? Ja już zabrałam kapelusz, spakowałam walizkę i nawet wróciłam. Minęła cudowna pora, by grzać się w słońcu, chłonąć górskie powietrze i robić nic.
Mam w tym tygodniu refleksje dotyczące prokrastynacji, ale inaczej. Mianowicie sporo się nasłuchałam od piszących o tym, jak bardzo pisanie wymaga od nas konsekwencji. Czujemy to pod skórą, mówią o tym poradniki. Zjawiaj się nad kartką. Bądź przy klawiaturze. Rób przestrzeń na pisanie, nawet jeśli nie napiszesz niczego.
To wszystko prawda, na dodatek bardzo pomocna. Rytm pracy i stabilny harmonogram to struktura, na której możemy budować nawet ogromne projekty. Dziś jednak przykuwa moją uwagę pewien aspekt.
Skąd w nas poczucie, że konsekwencji działania musimy się nauczyć?
Od pierwszych dni życia jesteśmy konsekwentni!
Z uporem poruszamy rączkami i nóżkami. Bezustannie próbujemy złapać dany przedmiot. Ćwiczymy mięśnie twarzy aż nauczymy się uśmiechu! A kiedy już opanujemy te sztuczki, zaczynamy siadać. Znów i znów.
O wstawaniu nie wspomnę!
Konsekwencja jest więc naszą opcją podstawową.
Mamy ją wgraną, z czasem tylko aktualizacje się kotłują.
Myślę sobie więc, że warto instalować je pojedynczo.
Bardzo często narzucamy sobie plany zgodne z oczekiwaniami, nie bacząc na faktyczne okoliczności, co prowadzi do poczucia przeciążenia. Zwoje się przepalają.
Realistyczne patrzenie na świat, na swoje możliwości i moce leży w naszej władzy. Panujemy nad tym. Jesteśmy w pełni decyzyjni.
Być może teraz się burzysz, ale czytaj dalej.
Jak często czujesz, że trzeba coś zrobić inaczej, ale upierasz się przy nieadekwatnym podejściu? Jak często po prostu nie chcesz zmienić swojej wizji, bo sprawdziła się raz lub lata temu? Jak często myślisz, że jakoś to pisanie pójdzie, chociaż dobrze wiesz, że przy pracy, rodzinie i domowych obowiązkach pisanie to ostatnie, o czym masz siłę pomyśleć na koniec dnia? Jak często narzekasz, że postaciom brak autentyczności, ale odrzucasz kursy, poradniki i blogi, które mogłyby ten problem rozwiązać? Jak często sypie się fabuła, ale uparcie nie planujesz, bo to usztywniające i nudne, niewarte artysty?
Dałam Ci do myślenia?
Jednocześnie zobacz, że używasz w tym konsekwencji, tyle że negatywnie. Negatywna konsekwencja to upór oparty na tunelowym podejściu do życia.
Mało w tym kreatywności, prawda?
Dlatego właśnie zacznij już dziś. Pomału rób aktualizacje własnego systemu aż zrobisz porządek. Zajmij się tym, co najważniejsze, lub drobiazgami – zgodnie z tym, co lepiej Cię zmotywuje.
Przywracaj funkcję wrodzonej konsekwencji.
I buduj na niej swoje twórcze życie.
Moja nauka konsekwencji owocuje tym oto, pięćdziesiątym listem do Ciebie. Rok temu postawiłam stronę na nowo. Niczego tutaj nie było. Dziś jest całkiem spory materiał na książkę 🙂
Konsekwentne działanie popłaca – czujesz to natychmiast, a także budujesz w sobie pozytywny stan, który wzmacnia wiarę w siebie, zaufanie do siebie, poczucie wewnątrzsterowności. To się przekłada na jakość życia.
Jak się czujesz w te słoneczne dni? Czy u Ciebie równie ciepło? Deszczowo? Burzowo?
U mnie trwa ładowanie baterii, które już za chwilkę zamieni się w oficjalne wakacje.
Sporo myślę o dojrzewaniu do tworzenia. Kiedy miałam jedenaście lat zapakowałam do koperty wystukane na maszynie bajki i wysłałam je do wydawnictwa. Miesiąc czekałam na odpowiedź, a każde zdanie z listu czytałam milion razy. Na pewno wielu kwestii nie rozumiałam, ale dojrzała wtedy we mnie odwaga.
Naprzestrzenilattaodwagakurczyłasię, a wiedzawzrastała. Stawałam się introwertyczną kobietą z bagażem doświadczeń.
Różne stany emocjonalne wpływały na moje podejście i jakość pisania. Teksty, którestraciłam, nauczyłymniewiele. Najpierw maniakalnych odruchów zapisywania, a później stopniowo wiarywsiebie, botoprzecieżjapiszę. To ja jestem źródłem, a każde zapisane zdanie to więcej wprawy i mądrości. Może być zatem tylko lepiej i dziś wiem, że nie ma co rozpaczać nad straconymi tekstami.
Dojrzewałam warsztatowo i to nigdy się nie skończy. Nie uważam się za pisarską geniuszkę. Uczę się ciągle, szlifuję, sięgam po nowe narzędzia. Jestem ciekawa innych perspektyw i wiecznie dopytuję o różne techniki. Widzę po tekstach, jak praca nad warsztatem popłaca. Nabierają barw, mięsistości, coraz lepiej wyrażają moją pewność.
Najwięcej dojrzałości jednak to efekt moich indywidualnych doświadczeń. Moich reakcji na świat.
Dawno temu obrałam sobie drogę przez życie. Obiecałam życie kochać, degustować się jego menu, jakie by nie było. Obiecałam trzymać serce otwarte, umysł w ciekawości. Pytać. Uczyć się egzekwować sprawiedliwość względem siebie.
Powiem Ci, Autorze, że to nie jest łatwa droga. O wiele łatwiej byłoby czasem czegoś nie dostrzec i nie filtrować przez siebie. Zamrozić relacje i zimnym podmuchem trzymać zdarzenia na dystans.
Bywało bardzo ciężko, bo człowiek, taki jak ja, naiwnie wierzy, że ludzie mają podobne założenia. Musiałam przyjąć do serca fakty o: patologicznych, toksycznych relacjach; nałogach i kompulsjach; projekcjach i przeniesieniach; egoistycznych intencjach; ułomności emocjonalnej i znieczulicy.
Kosztowało mnie to sporo łez, energii i emocjonalnego wyczerpania. Przyjaciel zapytał mnie któregoś dnia, dlaczego o tym nie napiszę. Nie potrafiłam. Bałam się skleić światy z mojej wyobraźni z tym, czego realnie doświadczałam. Bałam się, że w ten sposób stracę panowanie nad sytuacją i już nic mnie nie uratuje, nie przyniesie wytchnienia.
Pomalutku czerpałam siły z nauczycieli. Słuchałam mądrości i z ich wsparciem zaglądałam w siebie. Nabierałam dystansu.
Odkleiłam spojrzenie na sytuacje od doświadczania. I dzięki temu mogłam w końcu skleić doświadczenia z wyobraźnią.
Na swoich zasadach zaczęłam filtrować, by to, co przeżyłam, wzbogacało moje teksty.
Dziś piszę Ci o tym z wdzięcznością. Jeszcze otulam się łagodnie i czasem smucę, że musiałam cierpieć, ale głównie doceniam. Mrok kształtuje światło. Zmusza do przemyśleń i poszukiwania rozwiązań, a to z kolei poszerza horyzonty. Ludzie, którzy przyczynili się do moich łez, nie wzrastali. Być może wciąż są tacy, jakimi ich pamiętam.
Ja wzrosłam.
Znalazłam inne drogi. Odważyłam się na więcej, niż sądziłam, że mogę. Z każdym nowym rozwiązaniem budowałam siebie. I w tym wszystkim utrzymałam serce otwarte.
Dzięki temu mogę napisać mięsistą powieść. Moi bohaterowie są autentyczni, bo budowani na mojej wrażliwości i doświadczeniach. Nabyta wiedza to rusztowanie dla związków przyczynowo-skutkowych. Moje przeżycia to wykładnia natury życia, a ono jest karmicznie sprawiedliwe.
Dostrzeganie tego, czerpanie i finalnie przekuwanie w tekst uważam za twórczą dojrzałość. Idę w to z zaufaniem, by dojrzewać dalej.
Co u Ciebie? Ja mam poczucie, że wpadłam do tunelu czasoprzestrzennego. Dni ciągną się i umykają jednocześnie. Szczęśliwie niebawem czas odpoczynku, a później nawet wakacje. Chyba dotrwam 😉
Z racji zmęczenia, rozproszenia i nadmiaru obowiązków dużo myślę o prowadzeniu notatek do powieści. Jaki Ty masz system? U mnie jeszcze żaden nie sprawdził się na sto procent, ale próbuję wytrwale. Zaraz Ci napiszę, co testowałam.
Tablica korkowa. Była taka. Zapełniłam ją zdjęciami i kluczowymi hasłami. Zerkałam na nią często, ale nie miałam jeszcze wtedy pomysłu na planowanie fabuły. Czuję, że nie wykorzystałam potencjału do końca.
Tablica magnesowa. To po prostu druga strona wyżej wymienionej. Była o tyle lepsza, że mogłam po niej pisać. Minus taki, że flamastry się wypisywały, a jeśli jakiś napis trwał na tablicy za długo, ciężko się go zmazywało. Ponadto była za mała na wszystko, co potrzebowałam umieścić. Finalnie tablica zaginęła w przeprowadzkach, a materiały zamknęłam w teczce.
Notatki na biurku. Tak, na biurku. Ołówkiem. Bezpośrednio na blacie. Och, to lubię chyba najbardziej. Blat był biały, a moje bazgroły bardzo kreatywne i stymulujące. Niestety zmazywały się, ale nie to jest najgorsze. Kiedy nadszedł czas wyprowadzki, musiałam porzucić biurko. Notatek było za wiele na przepisywanie, a zdjęcia to nie to samo.
Karteczki, karteluszki. Zawsze sobie jakieś upatrzę. Czasem kolorowe, czasem grubsza gramatura. Puste lub w kratkę. Notuję koślawo: albo spodziewam się, że zmieszczę więcej, albo że zanotuję tylko kluczowe informacje. Czy wypadają później z mojego pamiętnika i notesów? Tak, oczywiście!
Notesy i wyklejanki. Skoro karteluszki wypadają, to trzeba je przytwierdzić. Raz na jakiś czas zatem robię porządek, systematyzuję. Już przeglądanie zapisków pomaga i przynosi kolejne pomysły. Porządek owocuje odkryciami połączeń, których wcześniej nie dostrzegałam. Niestety wciąż podróżuję, a notesy mam spore. Nie wspomnę, że spokojniej mi, gdy wiem, że są bezpieczne w domu.
Canva. Część zapisków przeniosłam i uporządkowałam w Canvie. To działa o tyle, że podczas podróży mam zawsze dostęp do zapisków. Na jednej tablicy mieści się wiele i mogę łączyć tekst ze zdjęciami. Przygotowywanie takiej info-grafiki jest fajne, ale nie aż tak, jak ręczne bazgroły.
Foldery zakładek. Zbawienne! Zwłaszcza, jeśli przeglądarka w telefonie jest zsynchronizowana z tą w komputerze. Tu jednak niezmiernie jest dla mnie ważny limit. Innymi słowy: kiedy zakładek jest zbyt wiele, przestaję je przeglądać.
Widzisz więc, że na wszystko mam plusy i minusy. Po powrocie do domu planuję testować tabelki. Możliwość patrzenia na notatki jakby z lotu ptaka, to moje marzenie. Być może mój uporządkowany umysł znajdzie w tabelkach ukojenie. Spróbuję skorzystać też z Painta i trochę pobazgrać albo dodać w okna obrazy. Taką mam wizję…
Dam Ci znać, dokąd mnie to zaprowadzi. Być może Ty teraz trzymasz się za głowę, bo Twoje notatki mieszczą się na karteluszce A6 i nie wiesz, o co robię ten raban. Wiedz jednak, że obydwie historie, które spisuję, są bardzo rozbudowane. Bez właściwego podejścia daleko nie dotrę.
Jeśli masz jeszcze inne pomysły, to podziel się. Wszelkie triki mile widziane. I, tak, porządkowanie w Scrivenerze też opanowałam 😉
Jaką wiedzą karmisz się ostatnimi dniami? Mamy do niej dostęp łatwy, jak nigdy. Czego sobie nie wymyślimy, Internet otwiera przed nami bezmiar informacji, opcje kontaktu z ludźmi nawet na drugim końcu świata i podglądania miejsc, do których nie dotarliśmy fizycznie.
Z sentymentem wspominam dni, kiedy zabierałam notes do biblioteki i szperałam w katalogach. Stosy właściwych tytułów czekały na mnie w zaprzyjaźnionych filiach. Szum kartek, zapach papieru i atmosfera skupienia tworzyły symfonię z moim zaciekawieniem.
Znasz to?
Dziś wpadam w bezmiar wiedzy. Ekscytuję się być może bardziej, ale i tęsknię za kolektywnym poszukiwaniem. Na szczęście niesie mnie ten sam głód pogłębiania informacji, a za nimi podąża inspiracja.
Zatoczyłam wielkie kręgi gromadzenia wiadomości i po kilku tygodniach zbliżam się do sedna.
Wszystko dlatego, że w obecnie wystukiwanym na klawiaturze tekście bohaterem uczyniłam Indianina. Najpierw przypomniałam sobie wszystkie filmy z dzieciństwa, a później mowę oscarową, którą Marie Louise Cruz z plemienia Apaczów wykonała w imieniu Marlona Brando. Zdałam sobie sprawę, że o Indianach współczesnych wiem bardzo mało.
Początkowe błądzenie po Internecie przerodziło się w pełne pasji studiowanie. Odezwałam się do stowarzyszeń rdzennych Amerykanów. Z każdą informacją moje zrozumienie rosło, a bohater zyskiwał kolejną warstwę.
Rdzenni mają niebywale bogatą kulturę. Języki i obyczaje, których ilość może konkurować z europejskimi (i to wliczając gwary!). Przynależność do ziemi jest w nich tak silna, jak w naszych przodkach. Podtrzymywanie tradycji w trakcie weekendowych festiwali Pow Wow podtrzymuje symboliczny ogień plemiennych palenisk. Elastyczne podejście do trudności pozwoliło rdzennym przyjąć zachodnie koncepcje religijne. Jednocześnie wieki niszczenia rdzennej kultury przekładają się na dzisiejsze życie. Obumieranie języków i obyczajów, bieda, wysoka przestępczość i postrzeganie rdzennych jako gorszych trwa.
Przedstawiciele plemion od Czirokezów, przez Lakotów po Nawaho mówią zgodnie: “Wciąż tu jesteśmy”.
Te słowa przeszywają mnie na wskroś – swoją prostotą i szczerością. To wyraz potęgi ducha. Oświadczenie mocniejsze niż girlandy słów celebrytów i polityków.
“Wciąż tu jesteśmy”.
W tym punkcie moich researchów zaczęłam się zastanawiać, dlaczego rdzenni tak mnie poruszają? Z tego, co wiem, w moich żyłach raczej nie płynie krew żadnego z amerykańskich plemion. Serce jednak zapala mi się na niesprawiedliwość. Umiłowanie kultur, które nie miały za bardzo szansy przetrwać do dzisiejszych czasów, to paliwo dla opowieści. Czuję, że jest tam wiedza i mądrość, którą, przez ignorancję przodków, musimy odkrywać na nowo. Mam potrzebę sięgać do niej i chociaż sygnalizować jej istnienie, skoro brak mi takiego poziomu ekspertyzy, by nieść ją dalej.
Tak, to moja idealistyczna i może nieco romantyczna strona…
W każdym razie, po przeczytaniu tony tekstów, obejrzeniu reportaży, przyszedł czas na rozrywkę. Lubię obłożyć się wiedzą, a później zanurkować w empatię, by przekazać jak najlepszy obraz świata moich bohaterów.
Szukałam czegoś dobrego jakościowo i tak trafiłam na serial: “1883”. Przez kilka dni oglądałam zmagania europejskich osiedleńców, którzy na nowy dom wybrali Oregon. Serial pokazuje ich jako ludzi poszukujących swojego miejsca, niegodzących się na życie pod jarzmem tyranów. To marzyciele, którzy wyprawili się na drugi koniec świata bez przygotowania, bez znajomości ziemi i zagrożeń. To też ludzie, którzy, mimo przeciwności, idą naprzód.
Na ich nieszczęście przemierzana ziemia miała już swoich mieszkańców. I nie mówię tylko o wilkach czy grzechotnikach, ale o plemionach, które słynęły ze swojej waleczności.
Taylor Sheridan postarał się, by w jego dziele oddać rdzennym sprawiedliwość. Powiedział zresztą: “Nie ma chyba innej grupy społecznej, przedstawionej w amerykańskim kinie bardziej mylnie, niż rdzenni Amerykanie. Jeśli tylko mogę ten wizerunek poprawić i przedstawić go zgodnie z prawdą historyczną, zrobię to”.
Dlatego właśnie na plan zaproszono tubylczych konsultantów, użyto tradycyjnych artefaktów, a obyczaje przedstawiono z autentycznością. Dzięki temu poznajemy technologię, medycynę i wymiar sprawiedliwości mieszkańców tamtych ziem, i to z różnych plemion.
Fabuła jest prowadzona na tyle dobrze, że podbiła nie tylko moje serce i wyobraźnię, ale i dała mi do myślenia. Uzmysłowiłam sobie, że historia była świadkiem bardzo pierwotnego procesu: mocniejszy pokonał słabszego.
Cywilizacja Europy zetknęła się z kulturą Ameryki i pokonała ją. Jeśli odłożymy na bok chciwość, arogancję i kult władcy, zostaniemy z obrazem ludzi przeciw ludziom. Odmienny postęp cywilizacyjny doprowadził do powstania różnych technologii, a to z kolei poskutkowało pokonaniem słabszego.
Tu moja chęć oddania sprawiedliwości rdzennym nieco się uspokoiła. Przestałam chcieć prowadzić lud na barykady. Nabrałam dystansu, tak bardzo potrzebnego, by pisać. Zabieram się więc do dalszego uderzania w klawiaturę i mam nadzieję, że swoim wywodem zachęciłam Cię do researchów, a może nawet i do zainteresowania się tubylczymi Amerykanami.
Z zapalonym sercem, m
P.S. Pierwszy kadr pochodzi z serialu „1883”, drugi z „Rdzenni i wściekli”. Polecam obydwa.
Moje minione tygodnie to cieszenie się wiosną (na ile pozwalała) i przygotowania do warsztatów, które prowadziłam. Prowadziłam też bardzo duży research do mojej powieści, ale dziś nie o tym. Zostańmy w obszarze pierwszego zdania.
Kolejne warsztaty z serii “Piszę i już!” odbyły się w łódzkiej Mediatece MeMo. I chociaż zajęcia w zasadzie nie poruszały kwestii związanych z budowaniem fabuły, dołączyła do mnie grupa amatorów pisania. Z godziny na godzinę stawało się dla mnie coraz bardziej jasne, jak pisanie łączy się z życiem. Na koniec zresztą jeden z uczestników powiedział, że te warsztaty były nie tylko o pisaniu, były o czymś więcej.
Pamiętam moją rozmowę z Anią Judge jakieś dwa lata temu. Mówiła mi wtedy, jak tworzenie, pisanie i życie przenika się u niej. Pokazywała mi to, rysując dłońmi koła w powietrzu. Koła poziome to jedno, pionowe to drugie i razem się nakręcają. Słuchałam jej oczarowana i zapragnęłam, by i u mnie te sfery się tak wiązały i nakręcały.
Wczoraj jednoznacznie uznałam, że tak właśnie jest.
Uczę się wiele. Bezustannie zgłębiam albo coś z zakresu literatury, albo rozwoju. I coraz lepiej rozumiem, jak wcielać naukę z jednego do drugiego.
Podczas zajęć zaprosiłam uczestników do opowiedzenia swoich historii. Przekazywali w niej swoją przemianę po nabyciu nowych umiejętności. To właśnie wtedy dotarło do mnie, że i ja zmieniłam się od chwili, kiedy postanowiłam korzystać z coachingu, by wspierać pisarzy.
Koncentrowanie się na łączeniu pisania z rozwojem wzmocniło mnie. Sięgam teraz po rozwiązania, o których dawniej nie myślałam.
Wiem, że piszę o tym ogólnikami, ale to dlatego, że na ten moment najważniejsze jest dla mnie samo doświadczenie. I na tym próbuję dziś zatrzymać Twoją uwagę, Autorze. Te chwile często nam umykają, ponieważ przemiana nie jest fizyczna. Trudno ubrać ją nawet w słowa. To inny stan umysłu, który dopiero siebie pozna.
Fizyczne przejawy przyjdą później. Podzielę się nimi oczywiście, bo wnioski już krystalizują się w konkretne pomysły.
Mówiłam wczoraj uczestnikom, żeby pisali i kontaktowali się ze swoimi potrzebami. I tak samo napiszę dziś: podtrzymuj świadomość marzeń i rozwijaj się, Autorze. Celebruj momenty, kiedy wzrastasz.
Bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom moich zajęć. Każde takie spotkanie jest dla mnie bezcenne. Tworzę okazję do wymiany mądrości, do odkrywania nowych perspektyw – nie tylko dla Was, ale i – jak widać – dla siebie.
Co u Ciebie tej śnieżnej wiosny? U mnie nowości, choć też przebodźcowanie. Organizm doprasza się odpoczynku, zmęczyłam go researchem, nauką i… jeszcze większą ilością nauki. Zanim jednak przejdę do wielkanocnego resetu, podzielę się odkryciami.
W mojej podróży pisarskiej objawiło się zupełnie nowe rozgałęzienie. To autostrada! Moja własna, szerokopasmowa i z drzewami na poboczach – tyle bowiem się na tej trasie dowiaduję.
O narzędziach do edycji tekstu pisałam jesienią, o tu. Teraz odkrywam, jak ważne są narzędzia, które zupełnie nic nie mają wspólnego z edytorami! I w tym jest ogromne pole dla kreatywności!
Mam na myśli nie tylko karteczki i kolorowe mazaki lub zakreślacze na legendarnej tablicy. Nie mogę sobie na takie rzeczy pozwolić – tablicy nie sposób zapakować do walizki. Korzystam więc z apek. Graficznie ratuję się Canvą. Diagramy, plansze skojarzeń, historie postaci w pigułce – co rusz wymyślam coś, co ułatwia mi pisarskie życie.
Apki do organizowania sobie czasu świetnie sprawdzają się również do ogarnięcia ogromnego projektu, jakim jest powieść. Zwykła lista “to do” nie wystarcza. Podczas tworzenia powieści próbujemy przecież okiełznać cały świat. Wszystko trzeba spasować, ustalić i mieć do tego dostęp, by pracować skutecznie.
Niezależnie od tego, jaki gatunek piszesz: im więcej wątków oraz inwencji, tym więcej notatek, a przebijanie się przez sterty karteczek to przepis na pisarski blok.
Ułatwiaj sobie pracę. Polecam zwykły planer, z którego być może korzystasz na co dzień w celach zawodowych. Pobaw się, sprawdź, jak może Ci pomóc uporządkować świat, postaci, fabułę, plan pisania. Niech Ci przyświeca idea uporządkowania, zamiast wykorzystania kolejnego narzędzia do ganienia siebie za niepisanie.
Podejście do planowania fabuły naprawdę bardzo wiele zmienia. Mam wrażenie, że ta część nie bawi nas tak bardzo, jak pisanie samo w sobie. Dopóki nie odkryjesz w sobie miłości do tego, o czym chcesz napisać, jest ryzyko, że napięcie Cię zblokuje.
Moja bonusowa nauka z minionych tygodni jest taka, że nie muszę wszystkiego wymyślać sama.
Wydaje Ci się to śmieszne?
Mnie trochę też, ale zamiast się śmiać, pomyśl: jak bardzo chcesz być nowatorski?
Wiemy, że napisano już o wszystkim. Przypominamy sobie, żeby pisać z własnej perspektywy i na podstawie własnych doświadczeń. I jest w tym pułapka, bo można sobie wyrobić przekonanie (jak u mnie), że wszystko trzeba wymyślić od nowa.
Uch, aż mi się ciężko zrobiło na samą myśl.
Na szczęście to już za mną! Z pasją rzuciłam się w research. Wcześniej również czytałam, sprawdzałam i filtrowałam przez siebie, ale teraz czuję się prawie jak reporterka.
Co rano budzę się i wpada mi do głowy, z kim jeszcze mogę porozmawiać i gdzie zajrzeć! Wyobrażasz sobie, jak mi to ładuje baterie?!
Research to więc moje bonusowe niepisarskie narzędzie.
Podsuwam Ci je i podpowiadam: znajdź swój sposób na research. Pytaj, sprawdzaj, rozmawiaj. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże Ci napisać książkę. Karm się wiedzą i przelewaj ją w swoją historię. Pozwalaj sobie na akty odwagi, nawet jeśli jesteś introwertykiem. Kontakt z ludźmi ożywia fabułę, jak nic. Realne materiały i prawdziwe miejsca dadzą Ci doświadczenia, których nie wymyślisz.
Znajoma pisarka testowała nawet męskie zapachy w perfumerii, by znaleźć odpowiedni dla swojego bohatera.
I tak właśnie rób – szukaj frajdy na każdym etapie tworzenia, bo to Twoja najlepsza nagroda w tym procesie!
Rozentuzjazmowana, m
P.S. A wiosnę już naprawdę znalazłam, jak widzisz 🙂