Brakowało Ci mnie? Pomyślałam, że mogło troszkę brakować, więc już daję znać: wszystko u mnie dobrze. Jak to w wakacje, były rozjazdy, wyjazdy, rozluźnienie. Jednocześnie dopinałam część projektów, a inne w końcu przekładałam do worka: “w trakcie”.
Niebawem będę się nimi dzielić i chwalić.
To szczególna dla mnie jesień, ponieważ idą zmiany.
Dawno temu złożyłam sobie obietnicę, że zaprowadzę w moim życiu harmonię.
Wiedziałam już, o co mi chodzi i w czym czuję się dobra, więc naturalnym stało się podążanie za wnioskami. Plan się dopełnia od jakiegoś czasu, ale w tym roku zmiana jest wyrazista i staram się bardzo przechodzić przez nią jak najbardziej świadomie.
Piszę Ci o tym dlatego, że tak wiele wspominam o konsekwencji, o budowaniu i nie chcę, żeby teraz zdawało Ci się, że to wszystko bzdura.
Nie śpię. Działam.
Znaczy sypiam dobrze, ale konsekwentnie spełniam moje marzenia.
Niebawem będę miała znów czas na dłuższe posty, a tymczasem
Co słychać? Co czytasz? Co piszesz? Czym się inspirujesz?
Czy mówiłam Ci kiedyś, jak lubię poznawać nowe słowa? Wprost uwielbiam, kiedy czytam książkę i odkrywam nowości. Mogą to być słowa, które po prostu wypadły z użytku albo sięgamy po nie tak rzadko, że są mi obce.
Czuję wobec takich słów wystrzał energii. Umysł mi się otwiera i chłonie. Cieszę się niczym dziecko z nowej zabawki. Ekscytuje mnie dodatkowo, jeśli są to słowa dźwięczne, jak na przykład: “barłog”. Głoski wręcz tańczą na języku!
Jednakże słowo takie, jak: “westybul”, które brzmi płasko niczym Wielkie Równiny, też rozbudza moje synapsy. Czym dokładnie jest ten tajemniczy przedsionek? Jak wygląda? Gdzie go znajdę? To zaproszenie do nowego świata!
“Portyki”, “kajet”, “kurhan” i “trytytki” – od samego wymieniania szaleje wyobraźnia!
Kocham za to pisanie i czytanie jeszcze bardziej!
Słowa zawsze mnie skłaniają do zgłębiania wiedzy!
Z tych samych względów uwielbiałam jeździć na wykłady prof. Miodka do Wrocławia. Ile było tam pasji! Brzmienie, dociekliwość i wspaniała dykcja przynosiły mi więcej radości, niż najlepszy koncert (a pamiętaj, że kocham muzykę!).
Dziś brakuje mi czasu na wysłuchiwanie wykładów, ale zawsze z ciekawością podpatruję ciekawostki językowe i zagapiam się w obce mi słowa w książkach. Na chwilę otulam się ekscytacją, a później pędzę dalej przez tekst.
Jak Ci minęły ostatnie dni? Co robisz? Co planujesz? O czym myślisz?
U mnie czas wytchnienia. Zrobiłam, co mogłam, by zorganizować się na zapas i dziś mogę po prostu siedzieć i gapić się w chmury. Robię to z tym większą przyjemnością, że wiem, jakie wspaniałe korzyści przynosi to mojemu mózgowi. Dawniej myślałam, że to tylko fanaberia, potrzeba resetu. Dziś wiem, że to też czas dbania o synapsy.
Gapię się więc bezczelnie.
W ruch poszły kredki i stare kolorowanki. Nie takie dla dorosłych, bo one stresują mnie detalami. Po prostu stare, dobre rysunki klasycznych animacji, ostrzenie kredek i dopasowywanie kolorów. Jaskółki fruwają, liście lipy szumią za oknem, a ja smaruję po papierze.
Muzyką odcinam się od dźwięków nieprzyjemnych. I siedzę tak sobie na randce z nutami, w ciemności. Zanurzam zmysły, pozwalam sobie po prostu doświadczać. Muzyka to moje ukojenie, nośnik emocji i filtr świata. Rzeczywistość odbieram poprzez częstotliwości, w relacje wchodzę na odpowiednich falach. Moja dusza jest pewnie muzyką.
Umysł zatem odpoczywa.
Ciało karmi się pysznym jedzeniem. Smakuję kolejno owoce – te chrupiące, soczyste i słodkie. Od czasu do czasu przegryzam coś, co wykrzywia mi usta.
Przełykam ciepłą kawę i komponuję ją z ciastem z lokalnej ciastkarni.
Na spacer idę w towarzystwie miłości, by spotkać się z drzewami i trawą. Zaglądam w krzewy, zbieram stokrotki. Przyglądam się psom, które za pan brat mają się z radością.
Na te dni odłożyłam obowiązki, zapomniałam, co to oczekiwania. Odarta z planów, po prostu jestem. I tylko na tym się koncentruję. Balans wraca samoczynnie.
Jest czas na sentyment, więc sięgam po starego przyjaciela Goodkinda i czytam. Nie przejmuję się tym, co jest nie tak. To moja podróż w beztroskę. Cieszę się nią, pozwalam być i witam chwile.
Jaką wiedzą karmisz się ostatnimi dniami? Mamy do niej dostęp łatwy, jak nigdy. Czego sobie nie wymyślimy, Internet otwiera przed nami bezmiar informacji, opcje kontaktu z ludźmi nawet na drugim końcu świata i podglądania miejsc, do których nie dotarliśmy fizycznie.
Z sentymentem wspominam dni, kiedy zabierałam notes do biblioteki i szperałam w katalogach. Stosy właściwych tytułów czekały na mnie w zaprzyjaźnionych filiach. Szum kartek, zapach papieru i atmosfera skupienia tworzyły symfonię z moim zaciekawieniem.
Znasz to?
Dziś wpadam w bezmiar wiedzy. Ekscytuję się być może bardziej, ale i tęsknię za kolektywnym poszukiwaniem. Na szczęście niesie mnie ten sam głód pogłębiania informacji, a za nimi podąża inspiracja.
Zatoczyłam wielkie kręgi gromadzenia wiadomości i po kilku tygodniach zbliżam się do sedna.
Wszystko dlatego, że w obecnie wystukiwanym na klawiaturze tekście bohaterem uczyniłam Indianina. Najpierw przypomniałam sobie wszystkie filmy z dzieciństwa, a później mowę oscarową, którą Marie Louise Cruz z plemienia Apaczów wykonała w imieniu Marlona Brando. Zdałam sobie sprawę, że o Indianach współczesnych wiem bardzo mało.
Początkowe błądzenie po Internecie przerodziło się w pełne pasji studiowanie. Odezwałam się do stowarzyszeń rdzennych Amerykanów. Z każdą informacją moje zrozumienie rosło, a bohater zyskiwał kolejną warstwę.
Rdzenni mają niebywale bogatą kulturę. Języki i obyczaje, których ilość może konkurować z europejskimi (i to wliczając gwary!). Przynależność do ziemi jest w nich tak silna, jak w naszych przodkach. Podtrzymywanie tradycji w trakcie weekendowych festiwali Pow Wow podtrzymuje symboliczny ogień plemiennych palenisk. Elastyczne podejście do trudności pozwoliło rdzennym przyjąć zachodnie koncepcje religijne. Jednocześnie wieki niszczenia rdzennej kultury przekładają się na dzisiejsze życie. Obumieranie języków i obyczajów, bieda, wysoka przestępczość i postrzeganie rdzennych jako gorszych trwa.
Przedstawiciele plemion od Czirokezów, przez Lakotów po Nawaho mówią zgodnie: “Wciąż tu jesteśmy”.
Te słowa przeszywają mnie na wskroś – swoją prostotą i szczerością. To wyraz potęgi ducha. Oświadczenie mocniejsze niż girlandy słów celebrytów i polityków.
“Wciąż tu jesteśmy”.
W tym punkcie moich researchów zaczęłam się zastanawiać, dlaczego rdzenni tak mnie poruszają? Z tego, co wiem, w moich żyłach raczej nie płynie krew żadnego z amerykańskich plemion. Serce jednak zapala mi się na niesprawiedliwość. Umiłowanie kultur, które nie miały za bardzo szansy przetrwać do dzisiejszych czasów, to paliwo dla opowieści. Czuję, że jest tam wiedza i mądrość, którą, przez ignorancję przodków, musimy odkrywać na nowo. Mam potrzebę sięgać do niej i chociaż sygnalizować jej istnienie, skoro brak mi takiego poziomu ekspertyzy, by nieść ją dalej.
Tak, to moja idealistyczna i może nieco romantyczna strona…
W każdym razie, po przeczytaniu tony tekstów, obejrzeniu reportaży, przyszedł czas na rozrywkę. Lubię obłożyć się wiedzą, a później zanurkować w empatię, by przekazać jak najlepszy obraz świata moich bohaterów.
Szukałam czegoś dobrego jakościowo i tak trafiłam na serial: “1883”. Przez kilka dni oglądałam zmagania europejskich osiedleńców, którzy na nowy dom wybrali Oregon. Serial pokazuje ich jako ludzi poszukujących swojego miejsca, niegodzących się na życie pod jarzmem tyranów. To marzyciele, którzy wyprawili się na drugi koniec świata bez przygotowania, bez znajomości ziemi i zagrożeń. To też ludzie, którzy, mimo przeciwności, idą naprzód.
Na ich nieszczęście przemierzana ziemia miała już swoich mieszkańców. I nie mówię tylko o wilkach czy grzechotnikach, ale o plemionach, które słynęły ze swojej waleczności.
Taylor Sheridan postarał się, by w jego dziele oddać rdzennym sprawiedliwość. Powiedział zresztą: “Nie ma chyba innej grupy społecznej, przedstawionej w amerykańskim kinie bardziej mylnie, niż rdzenni Amerykanie. Jeśli tylko mogę ten wizerunek poprawić i przedstawić go zgodnie z prawdą historyczną, zrobię to”.
Dlatego właśnie na plan zaproszono tubylczych konsultantów, użyto tradycyjnych artefaktów, a obyczaje przedstawiono z autentycznością. Dzięki temu poznajemy technologię, medycynę i wymiar sprawiedliwości mieszkańców tamtych ziem, i to z różnych plemion.
Fabuła jest prowadzona na tyle dobrze, że podbiła nie tylko moje serce i wyobraźnię, ale i dała mi do myślenia. Uzmysłowiłam sobie, że historia była świadkiem bardzo pierwotnego procesu: mocniejszy pokonał słabszego.
Cywilizacja Europy zetknęła się z kulturą Ameryki i pokonała ją. Jeśli odłożymy na bok chciwość, arogancję i kult władcy, zostaniemy z obrazem ludzi przeciw ludziom. Odmienny postęp cywilizacyjny doprowadził do powstania różnych technologii, a to z kolei poskutkowało pokonaniem słabszego.
Tu moja chęć oddania sprawiedliwości rdzennym nieco się uspokoiła. Przestałam chcieć prowadzić lud na barykady. Nabrałam dystansu, tak bardzo potrzebnego, by pisać. Zabieram się więc do dalszego uderzania w klawiaturę i mam nadzieję, że swoim wywodem zachęciłam Cię do researchów, a może nawet i do zainteresowania się tubylczymi Amerykanami.
Z zapalonym sercem, m
P.S. Pierwszy kadr pochodzi z serialu „1883”, drugi z „Rdzenni i wściekli”. Polecam obydwa.
Co u Ciebie? U mnie inspirująco, ale inaczej niż zazwyczaj. Dziś wyszłam z tematów mafii i przeszłam do tematyki dworskich obyczajów. Innymi słowy bardzo wnikliwie oglądałam koronację Karola III. Mało opowiadam o tym obszarze moich researchów, ale przyjdzie czas dzielić się ich efektami. Tę wiedzę gromadzę bardzo na spokojnie i pozwalam, by wypełniała luki mojej historii.
W zasadzie jednak dziś chciałam o czymś zupełnie innym, ale jak tu nie wspomnieć koronacji, która się zdarza tak rzadko w dzisiejszym świecie?
Poprzednio abstrakcyjnie podsumowywałam warsztaty, a dziś przechodzę do konkretu.
Otóż jeden z wniosków brzmi następująco: jesteśmy na Facebooku.
Większość uczestników moich warsztatów natknęła się na wiadomość o nich właśnie na tej platformie. Dlatego rozumiem, że my piszący naprawdę lubimy korzystać z Facebooka. Nie byłabym jednak sobą, gdybym tego tematu nie zgłębiła.
Słyszałam głosy, że FB rozprasza, że tylko przeszkadza w pisaniu, bo powiadomienia, wiadomości i jeszcze reklamy, kiedy się próbuje znaleźć coś konkretnego.
Zgadzam się.
Do tego dodam nawet inną kwestię: kiedy zaczynasz pisać i próbujesz budować swoją rozpoznawalność jako autor, na FB jesteś ziarnkiem piasku. Taka prawda. Jest nas tam naprawdę dużo! Zatrzęsienie! Każdy dzieli się swoim tekstem, swoją historią, spotkaniami, sukcesami.
Ale wiesz co? To jest też cenna lekcja. Dla cierpliwości i wytrwałości. Dla kreatywnego podejścia do marketingu. Dlatego, jak się domyślasz, powiem: działaj dalej!
Ja wyciągam z obserwacji coś jeszcze. Postanowiłam w końcu utworzyć na FB swoją stronę. I, słuchając potrzeb ludzi pióra, opakuję tę stronę w wartości, którymi żyję. Innymi słowy: robię stronę z intencją stworzenia miejsca ukojenia dla pisarskich umysłów. Nie będzie bombardowania ofertami. Nie będzie pstrokato. Nikogo do niczego nie będę nawoływać.
Zapraszam.
Tak, jak zapraszam na warsztaty i sesje indywidualne i cieszę się, gdy widzę błysk w oku klienta, uśmiech w kąciku, rozprężenie ramion, tak chcę pomagać rozwijać się odbiorcy mojej strony.
Jak to zrobię? Dokładnie jeszcze nie wiem, ale będę słuchać serca. Ono mi mówi to, co powiedziała mentorka: zrobione jest lepsze niż doskonałe. Trzymam się tego solidnie i działam. Ufam swoim decyzjom.
Do odwiedzania mojego facebookowego kąta zachęcam. Sugestii wysłucham lub je przeczytam. Przypominam też, że jeśli jesteś z Łodzi lub okolic, to możesz dołączyć do grupy Rozpisana Łódź. Idziemy tam w jakość, nie w ilość i celem jest coraz lepsze pisanie. Ot, tak, po prostu.
Tak więc widzisz, otwieram przestrzeń. Daj znać, jak poczujesz chęć odwiedzin.
Co u Ciebie tej śnieżnej wiosny? U mnie nowości, choć też przebodźcowanie. Organizm doprasza się odpoczynku, zmęczyłam go researchem, nauką i… jeszcze większą ilością nauki. Zanim jednak przejdę do wielkanocnego resetu, podzielę się odkryciami.
W mojej podróży pisarskiej objawiło się zupełnie nowe rozgałęzienie. To autostrada! Moja własna, szerokopasmowa i z drzewami na poboczach – tyle bowiem się na tej trasie dowiaduję.
O narzędziach do edycji tekstu pisałam jesienią, o tu. Teraz odkrywam, jak ważne są narzędzia, które zupełnie nic nie mają wspólnego z edytorami! I w tym jest ogromne pole dla kreatywności!
Mam na myśli nie tylko karteczki i kolorowe mazaki lub zakreślacze na legendarnej tablicy. Nie mogę sobie na takie rzeczy pozwolić – tablicy nie sposób zapakować do walizki. Korzystam więc z apek. Graficznie ratuję się Canvą. Diagramy, plansze skojarzeń, historie postaci w pigułce – co rusz wymyślam coś, co ułatwia mi pisarskie życie.
Apki do organizowania sobie czasu świetnie sprawdzają się również do ogarnięcia ogromnego projektu, jakim jest powieść. Zwykła lista “to do” nie wystarcza. Podczas tworzenia powieści próbujemy przecież okiełznać cały świat. Wszystko trzeba spasować, ustalić i mieć do tego dostęp, by pracować skutecznie.
Niezależnie od tego, jaki gatunek piszesz: im więcej wątków oraz inwencji, tym więcej notatek, a przebijanie się przez sterty karteczek to przepis na pisarski blok.
Ułatwiaj sobie pracę. Polecam zwykły planer, z którego być może korzystasz na co dzień w celach zawodowych. Pobaw się, sprawdź, jak może Ci pomóc uporządkować świat, postaci, fabułę, plan pisania. Niech Ci przyświeca idea uporządkowania, zamiast wykorzystania kolejnego narzędzia do ganienia siebie za niepisanie.
Podejście do planowania fabuły naprawdę bardzo wiele zmienia. Mam wrażenie, że ta część nie bawi nas tak bardzo, jak pisanie samo w sobie. Dopóki nie odkryjesz w sobie miłości do tego, o czym chcesz napisać, jest ryzyko, że napięcie Cię zblokuje.
Moja bonusowa nauka z minionych tygodni jest taka, że nie muszę wszystkiego wymyślać sama.
Wydaje Ci się to śmieszne?
Mnie trochę też, ale zamiast się śmiać, pomyśl: jak bardzo chcesz być nowatorski?
Wiemy, że napisano już o wszystkim. Przypominamy sobie, żeby pisać z własnej perspektywy i na podstawie własnych doświadczeń. I jest w tym pułapka, bo można sobie wyrobić przekonanie (jak u mnie), że wszystko trzeba wymyślić od nowa.
Uch, aż mi się ciężko zrobiło na samą myśl.
Na szczęście to już za mną! Z pasją rzuciłam się w research. Wcześniej również czytałam, sprawdzałam i filtrowałam przez siebie, ale teraz czuję się prawie jak reporterka.
Co rano budzę się i wpada mi do głowy, z kim jeszcze mogę porozmawiać i gdzie zajrzeć! Wyobrażasz sobie, jak mi to ładuje baterie?!
Research to więc moje bonusowe niepisarskie narzędzie.
Podsuwam Ci je i podpowiadam: znajdź swój sposób na research. Pytaj, sprawdzaj, rozmawiaj. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże Ci napisać książkę. Karm się wiedzą i przelewaj ją w swoją historię. Pozwalaj sobie na akty odwagi, nawet jeśli jesteś introwertykiem. Kontakt z ludźmi ożywia fabułę, jak nic. Realne materiały i prawdziwe miejsca dadzą Ci doświadczenia, których nie wymyślisz.
Znajoma pisarka testowała nawet męskie zapachy w perfumerii, by znaleźć odpowiedni dla swojego bohatera.
I tak właśnie rób – szukaj frajdy na każdym etapie tworzenia, bo to Twoja najlepsza nagroda w tym procesie!
Rozentuzjazmowana, m
P.S. A wiosnę już naprawdę znalazłam, jak widzisz 🙂
Jaką masz pierwszą myśl w odpowiedzi na pytanie z tytułu? Jakie jest pierwsze skojarzenie?
Dobre pytanie na sesję coachingową, patrz, ile otwiera drzwi! Ale przecież my tu nie w tym obszarze… To, o co mi chodzi?
Mogę Cię zaczepić, jak to czasem robię i wiercić dziurę w brzuchu o Twoją karierę literacką: czego się boisz? Co, jeśli wydasz tę książkę? Spokojnie, cofnijmy się nieco: co, jeśli napiszesz to zdanie? Co, jeśli ukończysz ten draft? Co tam na Ciebie czyha? Tak, czyha, nie czeka, bo przecież pytam o obawę.
Ale wcale nie o to mi chodziło, kiedy myślałam, o czym chcę w tym tygodniu do Ciebie napisać… Choć, oczywiście, jeśli sobie przeanalizujesz swoje lęki w procesie twórczym, to tez dobrze.
Moje pytanie jest dokładnie takie, jak widać: czego się boisz – w filmach, opowieściach, książkach? Co Cię straszy? Co wzbudza akceptowalny lęk – taki, dzięki któremu mózg tworzy scenariusze “na wszelki wypadek”?
Wracam często myślami do filmu “Midsommar. W biały dzień”. Wiele osób seans napawał strachem, a nawet wielu pisało, że nie pamiętają tak strasznego filmu! Mnie nie straszył, ale ciekawił i do dziś się zastanawiam, jak twórcy dokonali tego, że mimo słonecznych dni, oglądamy wydarzenia z napięciem. Wszystko jest na opak, strach nie czai się w ciemności, a bezczelnie patrzy nam w oczy w pełnym blasku dnia. Czyli nie ma już, gdzie się ukryć…
Dzieci w “Lśnieniu”. Tak często przywoływane w serialach, teledyskach. Kultowa wizja. Słodkie dziecko z nieznanymi zamiarami to przepis na dreszcze. Wiadomo, że dzieci mają nieograniczoną wyobraźnię, a jak pisał William Golding we “Władcy much”, człowiek ma opór na krzywdzenie dzieci. Jak się więc przed takim osobnikiem bronić?!
Najgorsze jest to, czego nie widać. Nie wiadomo, jak się przygotować, w co uzbroić. Na tym, moim zdaniem, bazują najlepsze historie. Napięcie się kumuluje, czytamy z wypiekami na twarzy. Ostatnio taką historią była dla mnie niepozornie zaczynająca się książka Erin A. Craig: „Dom soli i łez”.
Umierają kolejne dziedziczki rodu. Jaka klątwa na nich ciąży? Czy młodsze siostry zdołają się uratować?
Początkowo klimat jest baśniowy. Można wyczuć obecność fatum. Czytałam i szukałam powodu, czekałam na wyjaśnienia i liczyłam na to, że siostry się uratują. Z czasem kolejne umierają. Ich śmierć jest wytłumaczalna – znaczy, wcale nie musi być w to zaangażowana zła siła. Wypadki się zdarzają.
Autorka tańczy z czytelnikiem: podsuwa podpowiedzi, kamufluje je. Ta część była dla mnie najciekawsza! Bałam się wręcz, że ostateczne odpowiedzi mnie zawiodą.
Nie zawiodły – dlatego właśnie polecam Ci tę książkę, zanim się pogoda ustabilizuje. Dobra towarzyszka do wieczornej herbaty.
Zapytam więc jeszcze raz: czego się boisz?
Po jakie filmy lub książki sięgasz, żeby się bezpiecznie pobać? 😉
Bardzo jestem tego ciekawa u progu mojej przygody z grozą. Każdy z nas przecież choć raz w życiu sięgnął po horror – w tej lub innej formie.
Boję się tego. Wkraczanie w konkretny gatunek, osadzanie się w nim napawa mnie lękiem. Zastanawiam się, czy potrafię straszyć? Czy potrafię budować napięcie, które sprawia, że czytelnik boi się, ale czyta, żeby poznać odpowiedzi? Czy już jestem literacko gotowa?
Boję się i działam.
Podziel się swoimi strachami, Autorze. Bo razem raźniej 🙂
Co u Ciebie słychać? Jakie masz plany na wiosnę? Patrzysz już tęsknie na buty do biegania albo rower? Ja niebawem odwiedzę nieznane mi plaże, oczywiście pozbieram muszelki i kamyki, a przede wszystkim nacieszę się widokiem. Ale…
O wiele ważniejsze jest to, że pomalutku wracają rytmy pisarskie – toczą się właśnie rozmowy w mojej grupie pisarskiej: kiedy, o której i kto może. Cieszy mnie to bardzo, bo regularne spotkania motywują mnie jak mało co. To moje nagrody w procesie twórczym. Dzięki temu właśnie nie tkwię już w szufladzie i dlatego tak ważne jest dla mnie budować prężną grupę Rozpisana Łódź. Tu też toczą się rozmowy i niebawem zapadną decyzje o podobnej tematyce: kiedy, gdzie i kto może.
Baterie pisarskie ładuję też od wczoraj kursem. Prowadzi go Artur Urbanowicz, którego bardzo szanuję jako pisarza. Jego książki dały mi poczucie, że po polsku też można fajnie postraszyć. To literatura mądra, a jednocześnie pochłaniająca. Polecam nie tylko fanom grozy i proszę się nie bać objętości, bo kartki się przewracają nie wiadomo kiedy.
Tematem kursu jest Thriller – zagadka, napięcie, zaskoczenie, gra z czytelnikiem. Dopiero wystartowaliśmy, a ja już z wypiekami na twarzy opowiadałam bliskim, jak wiele wiedzy i inspiracji odebrałam. Kilka godzin spędzonych stricte w obszarze pisania, konkretne narzędzia warsztatowe, nowatorskie spojrzenie na proces tworzenia to bogactwo!
Przede mną jeszcze trzy spotkania i na pewno podzielę się wrażeniami, ale na dziś chcę Ci powiedzieć, jakie to ważne, by do swojego warsztatu podchodzić z otwartością. Pisanie to sztuka i zawsze można nauczyć się czegoś nowego. Już same rozmowy o pisaniu wnoszą bardzo wiele, pomagają podnieść jakość przekazu.
Julia Cameron napisała, że każdy z nas może pisać, skoro potrafi mówić. To prawda, ale jednocześnie: jeśli chcesz opowiadać historie, to trzeba się uczyć.
Niektórzy wychowują się w gronie bajarzy i wodzirejów. Snucie opowieści przychodzi im łatwo. Inaczej jednak opowiada się historyjkę kumplowi przy piwie, a inaczej rozpisuje się fabułę na książkę. Trików do tworzenia wspaniałej fabuły jest bez liku – zatem nie czerpanie z tego bogactwa zakrawa na ignorancję.
Tak, zaczepiam Cię, Autorze.
Nie szukaj wymówek, nie marudź do lusterka, że tkwisz w miejscu. Szukaj ekip pisarskich, webinarów, książek o pisaniu, a wreszcie – warsztatów. To naprawdę działa, bo w końcu zgłębiasz to, co Cię pasjonuje. Jeśli chcesz żyć z pisania, to podwijaj rękawy i działaj: gromadź wiedzę, szlifuj warsztat, rozwijaj się.
Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się na jakichś warsztatach.
Otwarta na wiedzę, m
P.S. Zdjęcie Artura Urbanowicza pochodzi z jego strony autorskiej.
Już po raz trzydziesty szósty piszę do Ciebie! Cały czas z tym samym entuzjazmem i zaciekawieniem. Uważam, że przez trzydzieści sześć tygodni można napisać sporo, nauczyć się wiele, a nawet zadebiutować!
Mnie po tych tygodniach otwiera się nowy projekt: Rozpisana Łódź!
Pisałam jakiś czas temu, że po warsztatach uczestnicy wykazali chęć na pisarskie spotkania. Nic dziwnego – pisarze jak koty: chodzą swoimi drogami, ale i uwielbiają ze sobą przebywać. Nie ma to jak pisarskie plemię! Mnie to graj, bo nie tylko lubię być wśród piszących, ale i skaczę z radości, że mogę ludzi łączyć, także… działamy!
Decyzje zostały podjęte, plany wstępnie rozpisane. Zapraszamy więc chętnych z Łodzi i okolic na naszą grupę FB: Rozpisana Łódź. Tutaj będziemy wymieniać się inspiracjami i bolączkami. Tutaj znajdą się informacje o konkursach, przydatne i sprawdzone kontakty. To miejsce, gdzie mam nadzieję, że z czasem znajdziecie swoich betaczytaczy i nabierzecie wiatru w żagle w chwilach niemocy.
Ponadto spotkania!
Toż to sama śmietanka projektu. Móc spotkać się i pisać wspólnie. Przeczytać swój tekst, by zderzyć wizję z rzeczywistością, wysłuchać życzliwej krytyki. Najbliższe spotkanie już 1 marca, także wypatrujcie wydarzenia na FB – ono wskaże miejsce spotkania.
Co bardzo istotne, zależy nam na ludziach z pasją. Być może to okrutne, ale szczere… Wielu z nas ma chęć pisać, jednak nie wszyscy naprawdę się w to angażują. Inna sprawa marzyć i naprawdę mieć wyzwanie ze znalezieniem czasu, podjęciem fabularnych decyzji, a inna zupełnie po prostu snuć marzenia bez końca. Także serdecznie zapraszam, ale i uprzedzam: będziemy tu wymagać partnerskiego podejścia, wsparcia i szanowania się wzajemnie.
Wszystko po to, by realnie osiągać zamierzone cele wydawnicze lub pisarsko-rozwojowe. Zmierz zatem siły na zamiary i jeśli się poczuwasz, to klikaj.
Jak wiesz, jestem otwarta na pomysły. Być może znajdzie się przestrzeń na konkurs, być może sfinalizujemy koncepcję pisarskiego weekendu w dziczy. Na pewno jednak postaramy się dobrze bawić, żeby wewnętrzny twórca pisał z radością. Wiadomo, jest jak dziecko i gdy ono się dobrze bawi i my krytyczni jesteśmy zadowoleni.
Także wszelkie pisarskie zabawy i gry mile widziane!
Klawiatury w dłoń i do dzieła! Już 1 marca! Mówiłam, że to będzie… rozpisany rok!
Jak ja kocham słowa! Uwielbiam! Przejawia się to w słowotoku, który czasem wypływa mi z ust niczym strumienie dialogów “Gilmore Girls”. Innym razem słucham w wielkim skupieniu i przyznam się, że w myślach zdarzy mi się poprawiać rozmówcę, ale chyba tylko dla udowodnienia sobie samej, że zwracam uwagę i znam słowną prawdę. Potrafię też nad słowami medytować. W kompletnej ciszy, gapiąc się w przestrzeń albo kartkując słowniki, albo zasłuchując się w piosenki. Cenię ten stan poszukiwania słowa, zwłaszcza jeśli chcę umieścić je w tytule.
Znajdywanie tytułu to dla mnie wspaniała przygoda. To smakowanie wina. Rozkoszowanie się ciastem czekoladowym. Nacieszanie oka dziełami Salvadora Dalego. Chłonięcie pejzażu i gry światła na horyzoncie. Nawet jeśli tytuł potrzebuje więcej czasu, żeby się wyłonić, cierpliwie go wyczekuję.
Szukam słów niejednoznacznych, zaskakujących i takich, które zmuszą do myślenia lub zatrzymania się. Nie martwię się, kiedy brakuje słowa w języku polskim. Dlatego właśnie wybrałam tytuł “Nu gui” – to brzmi znacznie lepiej niż “zły damski duch”, “upiorzyca”, “zjawa”. To już coś mówi o mojej bohaterce i przywodzi na jaw ducha rodem z “Kręgu” czy “Klątwy”, a nie jedną z dam zamkowych, o których to mamy całe mnóstwo legend.
Podobnie jest z tytułem “Sangue” do opowiadania, które dopracowuję. Mogłoby być po prostu “Krew”, ale włoski odpowiednik niesie już w sobie typ charakteru, wnosi informację, że zapraszam czytelnika do Włoch, do włoskiej rodziny – tam, gdzie krew gotuje się najmocniej. To też odniesienie do tego, z czym próbuje radzić sobie Nana – z krwią na rękach i z relacjami rodzinnymi. W jednym słowie całe bogactwo.
A na deser mamy “Behesht” – opowiadanie, które już niebawem przejdzie redaktorski szlif. To twarde słowo. Brzmi omalże jak przekleństwo. Nie sposób go mięciutko wyszeptać w ucho dziecka. Jest krótkie – kończy się, zanim naprawdę rozbrzmi. I sięga do starych tradycji perskich, kiedy wyobrażenia nieba i piekła były inne niż znamy je dziś. Które z tych dwóch oznacza? I co to mówi o moim bohaterze? Jeśli nie wygooglujesz, a nawet cierpliwie poczekasz na premierę książki, wyjaśnię to całym tekstem.
Poza wyszukiwaniem słów do tytułów, uwielbiam też czytać poszukiwania innych. Czy to będą przemyślenia i objaśnienia językoznawców, czy rozprawy socjologów i psychologów. Jaka historia stoi za słowem fascynuje mnie równie mocno, jak to, czym to słowo nam obecnie smakuje.
Przemianę przeżywa słowo “wiedźma”. Używane coraz częściej z czułością odrywa się od znaczenia “baby jagi”. “Diabeł” również odkleja się od “szatana”. Słowo takie jak “współczucie” nabiera coraz mocniejszego znaczenia “współodczuwania” zamiast “użalania się nad kimś”.
Wisienką na torcie są analizy słów mocy, wokół której miłośnicy natury człowieka budują całe prace naukowe. To właśnie, obok mądrości, cieszyło mnie najbardziej podczas czytania książek Brene Brown. Podziwiam ją za konsekwentne badanie natury ludzkiej przez pryzmat słów. Nauczyłam się dzięki temu wiele – spędziłam ze słowami takimi jak “przynależność”, “odwaga”, “ autentyczność” całe dni. Mogłam je przeanalizować, a później sprawdzić jak we mnie rezonują. Mogłam zweryfikować ich znaczenie przedstawione przez Brene. Filtrowałam i układałam: słowa w sobie i siebie wobec słów. I tak właśnie wzrosłam.